fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Komorowski, czyli Polska pokorna

Zdzisław Krasnodębski
Rzeczpospolita
Zwycięstwo kandydata PO byłoby tryumfem państwa zmonopolizowanego przez jedną partię – pisze filozof społeczny

Czy Polacy mogą się pogodzić? I kto ich dzieli? Mimo zapewnień, że żałoba zbliżyła Polaków, różnią się oni zasadniczo w ocenie położenia Polski i mają bardzo odmienne przekonania co do tego, jak odnieść się do przeszłości, co należy robić w przyszłości, komu powierzyć urząd prezydenta, komu zaufać.

Nie jest to dramat, gdyż w demokracji, w przeciwieństwie do demokracji socjalistycznej, podziały polityczne są czymś niezbędnym. Demokracja jest, jak się twierdzi, zinstytucjonalizowanym konfliktem, a ci, którzy nawołują, by nie "dzielić Polaków" i nie "grać trumnami", jeszcze niedawno wyśmiewali się z dążeń do "moralno-politycznej jedności narodu".

Na pewno przesadą są słowa Andrzeja Wajdy, że w Polsce jest wojna domowa, choć wydawałoby się, że znakomity reżyser wie, co mówi. Wnikliwie zajmował się kiedyś w swojej twórczości prawdziwą polską wojną domową, tą między II RP a PRL, a intuicja artysty zawsze pozwalała mu, na każdym etapie historii, stanąć po stronie nowoczesności i modernizacji przeciw wstecznictwu i nacjonalizmowi. Wzywał też niedawno do wojny o Wawel, tyle że sił nie starczyło i wszystko spełzło na antymartyrologicznym światełku dla sowieckiego żołnierza-wyzwoliciela.

[srodtytul]Oni są sobą [/srodtytul]

Rzecz jednak w tym, że podziały są w Polsce wyjątkowo głębokie i dotyczą spraw fundamentalnych, poruszają uczucia, zakłócają spokój rodzinny. W krajach o mniejszej intensywności konfliktu spory toczą się wśród zawodowych polityków i komentatorów, warstw i grup zainteresowanych polityką. W Polsce zawitały pod strzechy, na blokowiska, do limuzyn i przed kominki.

Tak jest jednak od dawna. Zdawało się tylko, że gdy wyczerpie się potencjał nostalgii za PRL, gdy osłabnie polityczny postkomunizm, emocje opadną. Ale to się nie stało – i w gruncie rzeczy jest to ten sam dawny konflikt, przybierający różne formy. Katastrofa smoleńska tylko go rozjaśniła, uczyniła go bardziej egzystencjalnym, uświadomiła wielu Polakom, że rzecz dotyczy podstaw ich zbiorowego istnienia. I gdy się widzi socjetę zebraną w Pałacu na Wodzie, która zupełnie zatraciła poczucie rzeczywistości, nie tracąc nic ze swego samozadowolenia i przekonania, że jest jak za PRL całością polskiej inteligencji, gdy się słyszy, co wydają z siebie jej przedstawiciele, arcyautorytety, to można uznać, że szanse, aby konflikt polityczny osłabić, aby znaleźć wspólny mianownik dla nich i dla nas, nie istnieją.

Oni zresztą bynajmniej tego nie chcą, zbyt daleko zabrnęli, za bardzo się boją o swoją pozycję, o te słoiczki konfitur ustawione na półkach III RP, tuż pod ich ręką. Oni chcą "dorżnięcia watah". Są sobą. Co bowiem było do przewidzenia, wszystko szybko wróciło do normy, poniżej stanów średnich. I tak jest lepiej, uczciwiej. Wiadomo przynajmniej, kto jest kim i gdzie stoi.

Ale czasami wydaje mi się, że w gruncie rzeczy jesteśmy całkowicie zgodni co do zasad i wartości, że te różnice wynikają z nieporozumienia, że wszyscy chcemy tego samego i gdybyśmy porzucili ostre słowa, gdybyśmy starali się wsłuchać w argumenty, udałoby się wrócić do zwykłej debaty i rywalizacji politycznej. Oto na przykład czytam tekst Adama Michnika publikowany w "GW" 14 maja 2010 r. i zgadzam się z nim w bardzo wielu punktach.

Ja też, podobnie jak on, nie chcę żyć w państwie podejrzliwości i strachu: "w państwie podsłuchów i prowokacji policyjnych; gdzie w ciągu jednej nocy dokonuje się partyjne przejęcie mediów publicznych; gdzie organizuje się nagonki na lekarzy i prawników; gdzie jedne służby specjalne są wynajmowane do szpiclowania ministrów, a inne służby organizują medialne spektakle wyprowadzania ludzi w kajdankach. Nie chcę żyć w państwie, gdzie zrozpaczona Barbara Blida popełnia samobójstwo; gdzie organizuje się na podstawie donosów i ubeckich raportów polowania na biskupów i ludzi opozycji demokratycznej, na pisarzy i artystów, na sędziów Trybunału Konstytucyjnego".

Nie sądzę jednak, by to, co establishment nazywa IV RP, miało być taką Polską. Nie myślę też, aby ten dramatyczny opis oddawał rzeczywistość czasów koalicji PiS, Samoobrony i LPR. Gdyby tak było, to czytelnicy, którzy pytają zszokowani, dlaczego Adam Michnik podpisał listę poparcia Jarosława Kaczyńskiego, mieliby zupełną rację. Bo przecież nie można torować drogi politykowi, który dąży do takich celów. Powoływanie się na demokrację, jak to czyni Michnik, byłoby nonsensem. Wręcz przeciwnie, należałoby zrobić wszystko, by takiego polityka powstrzymać, właśnie po to, by uchronić przed nim wolność i demokrację.

[srodtytul]Przesada i karykatura [/srodtytul]

To zresztą latami kładła "GW" do głowy swoim czytelnikom i zdezorientowanym, steranym upływem czasu autorytetom. Ale Adam Michnik podpisał się pod kandydaturą Jarosława Kaczyńskiego, dlatego że przecież on sam nie wierzy do końca w to, co pisał, co wypisuje jego "Gazeta". Tak jak nie wierzył w to, co wypisywała ona o śp. prezydencie Lechu Kaczyńskim. Na to jest zbyt inteligentny, zbyt oblatany w polityce. W przeciwieństwie do naiwnych czytelników, którzy traktują gazetowe teksty dosłownie, ze zbyt wielką powagą, jest świadomy, że to wszystko przesada i karykatura mająca na celu odstręczyć ich od wyboru prezydenta niewygodnego dla "GW", jej redaktora i wielu grup interesów.

Jeszcze czasami spotykam redaktorów tej gazety i wiem, że prywatnie ze sporym dystansem traktują opinie przez siebie publikowane. Wiemy też, że z łatwością potrafią zmienić front, w zależności od okoliczności. Przykładem może być stosunek do Lecha Wałęsy, a ostatnio do Władimira Putina, krystalicznie czystego demokraty i przyjaciela Polski.

Adam Michnik podpisał się na liście Jarosława Kaczyńskiego, bo wie, że prezes PiS jest politykiem działającym na rzecz wolności i dobra Polski. Wie też, że jego celem jest sanacja i modernizacja polskiego państwa, tyle że zagrażałaby ona tym celom politycznym i gospodarczym oraz tej wizji Polski, które Adam Michnik uważa za słuszne i pożyteczne.

Naturalnie nie wszystko w latach 2005 – 2007 było udane, choć z perspektywy roku 2010 wydają się one okresem niezwykłego szczęścia i prosperity. Jakże chcielibyśmy dzisiaj mieć tamte kłopoty.

Dzięki nadmiernej szczerości "najbardziej barwnego" polityka, jednego z najbliższych przyjaciół marszałka Komorowskiego, wiemy też, dlaczego nie powstał PO – PiS. Plan był następujący: "Wepchniemy ich w Samoobronę i LPR, skoro oni gotowi są na coś takiego pójść. Jednak Samoobrona to obciach i oni, obmacując się z Lepperem, stracą swoją czystość antykorupcyjną, pewną swoją siłę, z którą dostali mandat do rządzenia" ("Ja Palikot", Warszawa 2010, s. 122).

Jest jeszcze wiele innych rzeczy, w których Adam Michnik i ja na pewno się zgadzamy. Nie chcę Polski, w której polskość definiowana jest etnicznie, w której ludzie są dyskryminowani ze względu na swoje pochodzenie. Nie chcę Polski, w której homoseksualiści byliby prześladowani i nie mogli żyć w związkach prawnie uregulowanych. Nie chcę Polski, w której kobiety miałyby mieć gorsze szanse niż mężczyźni. Nie chcę Polski, w której panują szowinizm, antysemityzm i fanatyzm religijny. Nie chcę Polski zacofanej, zaściankowej.

Ale też nie chcę Polski, w której style życia bohemy są propagowane jako wzór do naśladowania, w której kobiety, pragnące poświęcić się rodzinie, traktowane są z lekceważeniem, w której aborcja jest środkiem antykoncepcyjnym, gwarantowanym "prawem reprodukcyjnym". Nie chcę Polski, w której mniejszość usiłuje narzucić swój styl życia i system wartości, w której dąży się do zepchnięcia katolików na margines i dechrystianizacji polskiej kultury. Nie chcę Polski wstydzącej się swojej kultury, przeszłości, swojego języka.

[srodtytul]Filozofia oportunizmu [/srodtytul]

Nie chcę również Polski bezsilnej, pokornej i biernej, płynącej zawsze "głównym nurtem". Nie chcę państwa, które nie ma odwagi bronić swoich interesów. Nie chcę Polski, w której rząd pozbywa się odpowiedzialności za centralne funkcje państwa, delegując ją na samorządy, prywatne organizacje i firmy, na podmioty zagraniczne. Nie chcę Polski, w której szarga się godność prezydenta i jego urzędu, dlatego że ma on inne – moim zdaniem o wiele bardziej realistyczne i szlachetne – poglądy polityczne niż obóz rządzący i tzw. elita.

Nie chcę Polski, której prezydent i czołowe osobistości polityczne kraju giną w katastrofie lotniczej, u której podłoża leżą ewidentne zaniedbania służb dyplomatycznych i instytucji odpowiadających za bezpieczeństwo, a zamiast licznych dymisji i surowego rozrachunku mamy kolejną hucpę rządzących i wmawianie obywatelom, że państwo "zdało egzamin". Nie chcę Polski, która nie jest w stanie przeprowadzić wiarygodnego śledztwa w tej sprawie. Nie chcę Polski, w której państwa ościenne usiłują przesądzić o tym, kto ma być jej prezydentem, a kto premierem.

Nie chcę państwa, w którym podsłuchiwani są dziennikarze i adwokaci, w którym szefowie służb nadużywają swojej władzy. Nie chcę państwa, w którym łapownicy i malwersanci czują się bezkarnie, nawet jeśli są lekarzami, posłami czy wicepremierami. W ogóle nie chcę Polski skorumpowanej – ani takiej, w której politycy na cmentarzach omawiają z biznesmenami ustawę hazardową, ani takiej, w której redaktorki jednej gazety ustalają z premierem, jak ma wyglądać ustawa medialna.

Nie chcę Polski, w której wicemarszałkowie Sejmu i Senatu, ministrowie i posłowie rzucają publicznie obelgi i wyzwiska. Nie chcę rządów partii, w której tego rodzaju praktyki są nagradzane i można się nimi chełpić. Vide cytowane wyżej dzieło, gdzie między innymi czytamy: "Przez okładanie Kaczyńskich dowiodłem, że jestem lojalny wobec mojej formacji, wchodzę w każdą grę po jedynie słusznej stronie, mam niespożytą energię, którą chcę mojej partii i mojemu środowisku lojalnie oddać" ("Ja Palikot", Warszawa 2010, s. 168).

Nie chcę Polski, w której media prywatne, zamiast spełniać funkcje kontrolne wobec rządu, uprawiają prorządową propagandę i sieją dezinformację – ich nikt przejmować nie musi, zostały przejęte już dawno, i to na własność. Nie chcę też Polski, w której rząd uprawia tanią, populistyczną propagandę sukcesu, zmienia politykę w medialny spektakl, robiąc z obywateli urabialną masę, a z oportunizmu swoją filozofię polityczną. Nie chcę Polski, w której polityka zostaje sprowadzona do poziomu dyskusji o nogach i krawatach. Nie chcę Polski, w której istnieje monopol jednej partii, a opozycja traktowana jest jak dinozaury skazane na wyginięcie.

[ol][li] Nie chcę Polski, w której redaktor naczelny potężnej gazety usiłuje zamykać usta swym krytykom i zastraszać polemistów procesami. Nie chcę Polski, w której premier wystawia polityczne oceny pracom magisterskim lub reportażom telewizyjnym i grozi konsekwencjami. Nie chcę Polski, w której dawni agenci SB i donosiciele są profesorami uniwersytetu, sędziami, biskupami i "autorytetami moralnymi", Polski, w której generał Kiszczak jest człowiekiem honoru, a mordercy, prześladowcy i donosiciele uchodzą sprawiedliwości. [/li][/ol] Nie chcę Polski, w której przynależność do pewnej grupy czy środowiska gwarantuje dobrobyt i przywileje. Polski, którą tygodniowa ulewa doprowadza do stanu katastrofy, w której jedni żyją w nędzy, a drudzy opływają w dostatki. Wreszcie nie chcę Polski, której prezydent dla przyjemności zabijał zwierzęta, nawet jeśli ma pięcioro dzieci. Z tych wszystkich powodów – i z wielu innych – nie będę głosował na Bronisława Komorowskiego.

[i]Autor jest profesorem Uniwersytetu w Bremie i Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie oraz współpracownikiem "Rzeczpospolitej"[/i]

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA