Reklama

Prof. Sławomir Sowiński: Zmarł Jürgen Habermas. W epoce Donalda Trumpa tym bardziej potrzebujemy jego myśli

Czy chcemy Zachodu, który całą swą niepowtarzalną kulturową tożsamość i wrażliwość, składa na ołtarzu real politik i bezdusznego „koncertu mocarstw”? Czy chcemy politycznego świata, w którym jakiekolwiek odwoływanie się do uniwersalnych wartości czy godności człowieka, będzie traktowane wyłącznie jako słabość, mrzonka czy „szkodliwe zawracanie głowy”? – pisze politolog, prof. Sławomir Sowiński.
Jürgen Habermas (1929-2026)

Jürgen Habermas (1929-2026)

Foto: EPA/MARTIN GERTEN

W wieku 96 lat zmarł Jürgen Habermas, jeden z ostatnich wielkich autorytetów bezpiecznego, wygodnego liberalnego Zachodu, z którym – zanim zdążyliśmy się na dobre oswoić – przychodzi nam, w ciągu ostatnich kilkunastu lat, się żegnać. Przez całe dekady, ten znany niemiecki filozof i socjolog, wykładowca uniwersytetów we Frankfurcie n. Menem i Heidelbergu, a także dyrektor Instytutu Maxa Plancka w Starnbergu, budził ogromne zainteresowanie, niemal uwielbienie u jednych i stanowczą krytykę u drugich. To, kim był i kim się stał ów wybitny uczony dobrze ilustruje szacunek z jakim żegnały go różne środowiska i autorytety, od lewa do prawa, także we współczesnej Polsce, w której ani Niemcy, ani tym bardziej postmarksowska Szkoła Frankfurcka – z którą  Habermas bywa kojarzony – nie mają dziś, zwłaszcza po prawej stronie, zbyt dobrych notowań.

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Światowa potęga Habermas

Od lewicowych kwestii do liberalnych odpowiedzi

Fenomen życia i naukowego dorobku wybitnego niemieckiego uczonego można opowiedzieć w różnych odsłonach.

Pokoleniowo, urodzony w 1929 r., Habermas należał do generacji Kołakowskiego, Ratzingera, Dahrendorfa, Huntingtona, czy św. Jana Pawła II – wybitnych intelektualistów, którzy, opowiadając z różnych ideowych stron wyjątkowość demokratycznego Zachodu, jednocześnie już 40 czy 50 lat temu zwracali uwagę na rozmaite jego słabości, których skutki widzimy dziś gołym okiem. U autora „Teorii działania komunikacyjnego” jak refren wracała przestroga przed skolonizowaniem obywatelskiego „świata życia” przez system nowoczesnej władzy i gospodarki. Współczesne polityczne populizmy, które stają się parodią społeczeństwa obywatelskiego, i dyktat technologicznych bigtechów w naszym codziennym życiu, są dziś smutną, namacalną ilustracją tej intuicji.

Innymi słowy, rodzić się dziś może zasadne pytanie: co komu jeszcze po liberalnym Habermasie, w świecie, którego wyobraźnię organizują dziś inni zupełnie niemieccy myśliciele, sławiący siłę i skuteczność, Clausewitz, Nietzsche, czy Schmitt?

Dr hab. Sławomir Sowiński

Reklama
Reklama

Ideowo, ze względu zapewne na swe związki z Teodorem Adorno i Szkołą Frankfurcką, szukał Habermas przez całe swe naukowe życie rozwiązania starego marksowskiego problemu alienacji – wyobcowania współczesnego człowieka, w świecie jego własnych, nowoczesnych, dzieł. Długi cień niemieckiej historii, epoka zimnowojennego rozwoju Zachodu w której żył, a przede wszystkim jego odważne intelektualne poszukiwania, doprowadziły go, od lewicowej diagnozy problemów społecznych do liberalnych z gruntu recept i rozwiązań. Wolności i podmiotowości współczesnego społeczeństwa i współczesnego człowieka szukać chciał Habermas w przestrzeni publicznego dyskursu i płynnej ze swej natury racjonalności komunikacyjnej.

Bodaj najważniejszym, najtrwalszym i najcenniejszym efektem tych jego naukowych poszukiwań, jest pochodzące jeszcze z lat 60. jego „odkrycie” znaczenia „sfery publicznej” (niem. Öffentlichkeit) w rozwoju i funkcjonowaniu nowoczesnej demokracji. To z jej perspektywy, sensownie możemy dziś dyskutować – także w Polsce – o pożądanej roli uniwersytetów, Kościołów, mediów, czy instytucji kultury, które dla pełnienia swej misji w demokratycznym społeczeństwie potrzebują przestrzeni, ponad tym, co prywatne, ale też oddzielnej od tego, co stricte polityczne. Właśnie sfery publicznej.  

Po prawej stronie debaty, także w Polsce, sam Habermas został niejako odkryty na nowo po jego słynnej debacie z ówczesnym kard. prof. Josefem Ratzingerem na temat religii i współczesnego liberalnego społeczeństwa, jaka miała miejsce w styczniu 2004 r., w Monachium. Wielu ujęła wówczas intelektualna odwaga i uczciwość Habermasa, który w swej apologii i obronie liberalnego społeczeństwa doszedł wówczas do kwestii naturalnych ograniczeń i limitów liberalizmu, na które – w ocenie uczonego – jakimś panaceum w życiu publicznym może być także religia. Warto podkreślić, że to szczególne publiczne wyznanie „papieża” liberalizmu, który sam siebie określał mianem „religijnie niemuzykalnego”, pojawiło się w chwili, gdy doktryna sekularyzacji, jako nieuchronnej rzekomo historycznej tendencji cywilizowanego świata, rządziła w większości liberalnych salonów. A o dzisiejszym dyskursie na temat końca liberalizmu mało kto o tym słyszał.

Czytaj więcej

Sławomir Sowiński: Potrzebujemy poważnego głosu Kościoła

Można podziwiać wreszcie precyzyjny, erudycyjny, choć momentami piętrowy i złożony język jego analiz, metodologiczną wyobraźnię, a także kreatywność w konstruowaniu oryginalnych teoretycznych modeli, próbujących wyjaśnić całą złożoność współczesnych procesów społecznych i politycznych. Podobny, wyszukany i wymagający sposób uprawiania socjologii w polskim dyskursie naukowym prezentowała w swoim czasie m.in. prof. Jadwiga Staniszkis.

Co komu dziś po Habermasie?

Im dłużej jednak omawialibyśmy jego naukowy dorobek i fenomen jego popularności, tym szybciej dojść możemy do wniosku, jak bardzo Habermas nie pasuje do epoki Trumpa, Xi Jinpinga, Netanjahu czy Putina. I jak łatwo jego liberalna wiara w siłę racjonalnego publicznego dyskursu, w świecie geopolitycznego cynizmu, politycznych populizmów i internetowych plemion, kojarzyć się może z naiwnością lub ze zgoła szkodliwą utopią.

Reklama
Reklama

Innymi słowy, rodzić się dziś może zasadne pytanie: co komu jeszcze po liberalnym Habermasie, w świecie, którego wyobraźnię organizują dziś zupełnie inni niemieccy myśliciele, sławiący siłę i skuteczność: Clausewitz, Nietzsche czy Schmitt?

Bardziej szczegółową odpowiedź na nie zostawiając wyznawcom Habermasa i abstrahując od szczegółowej oceny aktualności jego dorobku, ogólnie zauważmy jedynie, że dokładnie takie samo pytanie niosą dziś ze sobą, wspomniani wyżej Kołakowski, Ratzinger, Dahrendorf, Foucault, św. Jan Paweł II, a ze współczesnych papież Leon XIV czy Snyder.

Wszyscy oni, przy wszystkich między nimi różnicach, swym życiem i dorobkiem pytają nas dziś z grubsza o to samo. Czy chcemy Zachodu, który całą swą niepowtarzalną kulturową tożsamość i wrażliwość, składa na ołtarzu realpolitik i bezdusznego „koncertu mocarstw”? Czy chcemy politycznego świata, w którym jakiekolwiek odwoływanie się do uniwersalnych wartości czy godności człowieka, będzie traktowane wyłącznie jako słabość, mrzonka czy „szkodliwe zawracanie głowy”? Bo jak stwierdził premier Netanjahu, „Jezus Chrystus nie ma żadnej przewagi nad Czyngis-chanem. Ponieważ jeśli jesteś wystarczająco silny, wystarczająco bezlitosny, wystarczająco potężny, zło pokona dobro”. Czy chcemy więc polityki bez żadnych dylematów moralnych? I, może najważniejsze, jak we współczesnym świecie pielęgnować w sobie głęboko ludzkie pragnienie, prawdy, dobra i sprawiedliwości, w sposób, który nie skończy się jednak polityczną, militarną czy gospodarczą katastrofą?

Habermas nie jest w tym zmaganiu nauczycielem jedynym, ani może nawet najważniejszym. Niemniej, dla niektórych ważnym. I to wystarczający powód, by o nim pamiętać i do niego wracać.

Autor

Sławomir Sowiński

Politolog, dr hab. nauk społecznych w zakresie nauk o polityce, prof. UKSW. Pracuje w Instytucie Nauk o Polityce i Administracji UKSW

Publicystyka
Juliusz Braun: Alternatywne chrześcijaństwo w programie Alternatywy dla Niemiec
Materiał Promocyjny
Jedna rata i większa kontrola nad budżetem domowym?
Materiał Promocyjny
Bank Pekao przyjął Plan Dekarbonizacji
Publicystyka
Estera Flieger: Czego boję się w kampanii parlamentarnej
Publicystyka
Zuzanna Dąbrowska: Jeden kraj, dwa państwa
Publicystyka
Prof. Roman Kuźniar: Jest jeden jedyny powód, dla którego Donald Trump z Beniaminem Netanjahu napadli na Iran
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama