fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Karwelis: Zmarnowany strajk nauczycieli

Światełko dla nauczycieli. 12 kwietnia, plac Zamkowy w Warszawie
AFP
System edukacji przypomina wiadro z dwiema dziurami, w które, by utrzymać minimalny poziom, trzeba wlewać coraz więcej wody. Te dwie dziury to Karta nauczyciela i system finansowania oświaty w Polsce – pisze publicysta, działacz ruchu Polska Fair Play.

Opada kurz po szkolnej batalii. Wydaje się, że można już podsumować, co się stało, a właściwie, co się nie stanie. Niestety, choć konflikt się tli, matury przed nami, jednak można być pewnym, że spór zakończy się wynikiem niekorzystnym dla polskiej edukacji. I to wcale nie dlatego, że nauczyciele „przegrali". Przegrali wszyscy. Ale zacznijmy od początku.

Z politowaniem można obserwować akademicką dyskusję, czy strajk nauczycieli był polityczny, czy był tylko głosem rozpaczy pracowników oświaty. W dzisiejszej Polsce każdy spór jest sporem politycznym. Wojna polsko-polska nie pominie żadnego konfliktu – od razu dzieli Polaków na lepszy i gorszy sort. Magnes polskiej polityki ma tylko dwa bieguny. Jeśli coś się dzieje w Polsce, nasz rodak musi się opowiedzieć po którejś ze stron, nawet jak nie chce – wojna go wypatrzy i osadzi w wybranej roli.

Przykład. Ostatnio oglądałem dyskusję pod internetowym newsem, że gdzieś tam, lata świetlne stąd, odkryto planetę podobną do Ziemi i być może nadającą się do zamieszkania. No już myślałem, że przy takim temacie odpocznę od polskich swarów. Gdzież tam! Już w drugim wpisie przeczytałem, że to fajnie z tą planetą, bo dzięki niej wiadomo, gdzie ześle się pisowskie plemię po niewątpliwym zwycięstwie anty-PiS-u. W ten sposób wojna polsko-polska rozprzestrzeniła się już na kosmos...

Bilans starcia

Dwie strony tego konfliktu zdominowały spór. Pisowski rząd i nauczyciele. Popatrzmy więc na wynik starcia. PiS miał dobre badania opinii publicznej i powtarzał je codziennie, wiedział więc, że przedłużanie się tego konfliktu działa na jego niekorzyść. Polacy nie bardzo godzili się na to, by ich dzieci zostały zakładnikami. ZNP obiecał, że protest ma być „zauważalny i odczuwalny", wybrał więc najbardziej krytyczny moment na strajk – egzaminy, klasyfikacje i matury.

I Polacy to zauważyli, ale ocenili jako sytuację, gdy chirurg po otwarciu pacjenta na stole operacyjnym odstąpił od kontynuowania operacji i poszedł do pokoju lekarzy pograć sobie na gitarze, śpiewając protest songi o godności zawodu i walce o dobro pacjenta. Samobójcze oświadczenia protestujących nauczycieli, którzy eskalowali protest, używając bezpośrednich gróźb wobec przyszłości swoich podopiecznych, już tylko dołowały sondaże poparcia strajku. PiS pomógł sobie – mniejsza, czy świadomie czy nie – prowokując nauczycieli dofinansowaniem bydła oraz podnosząc temperaturę antynauczycielskiego przekazu w mediach publicznych.

Nauczyciele pokazali swoją mizerię w takim stopniu, że można wątpić w rozum ludzi, którym oddajemy pod opiekę swoje dzieci w procesie edukacji. Czegóż tam nie było! Pomijając ewidentne szantaże uczniowskimi zakładnikami, sam strajk i jego argumentacja jako protest przeciwko nieudolności „tego" rządu nie miały większych podstaw opartych na faktach. Nauczyciele o wiele więcej dostali od tego rządu niż od poprzedniego, a przy okazji Polacy odkryli tajemnicę dotychczas dla nich niedostępną, że nauczyciel stoi przy tablicy 18 godzin tygodniowo. Strajk o podobno „godnościowych" celach kompromitował się w oczach opinii publicznej jako hipokryzja, gdyż nauczyciele wycenili swój honor na 1000 zł, po których otrzymaniu odzyskaliby godność umożliwiającą im powrót do klas.

W jednym nauczyciele mieli rację: to, że dostali więcej za tego rządu niż za poprzedniego, z którym się obchodzili jednak łaskawiej, nie ma w sferze społecznej większego znaczenia. Nie liczy się, ile się więcej dostało, ale że jeszcze więcej dostali ci inni – czyli nie chodzi o zarobki, ale o zarobki w stosunku do wybranych grup. I tu PiS „innym" dał więcej, choć i wśród nauczycieli można przecież znaleźć beneficjentów i 500+, i „piątki Kaczyńskiego". Nie chodzi więc o kasę nominalną, ale kasę relatywną. A jak Kaczyński dołożył nierogaciźnie po 100, a rogaciźnie po 500 zł, to już nauczycielom puściły szwy.

Kto zyskał, kto stracił

Wbrew pozorom PiS nie wygrał. To znaczy wygrał taktycznie, ale przegrał strategicznie. Okrągły stół w formie prostokątnej to był już koniec spektaklu, mającego pokazać bezowocny ostracyzm tych, którzy przy nim nie chcieli usiąść. A była to wspaniała okazja do reformy zmurszałego systemu oświaty. Zaprzepaszczona okazja. Obrady trwały jeden dzień, a podział na stoliki (ach, ta tradycja podstolików z 1989 roku...) pokazał, że wszystko jest na niby. Podział tematów na „uczeń", „nauczyciel", „jakość edukacji" i „nowoczesna szkoła" pokazują przyczynkarstwo takiego podejścia. Nikt nie zajął się słoniem stojącym w kącie polskiej edukacji – systemem jej finansowania.

Nauczyciele przegrali taktycznie i strategicznie. Ich groźby, że dadzą rządowi łupnia we wrześniu (termin dobry, bo za miesiąc wybory sejmowe), są już tylko groźnym kiwaniem palcem w bucie. Strategicznie przegrali z dwóch powodów. Po pierwsze, ich wyłącznie roszczeniowe podejście pokazało jedynie merkantylne motywacje ich „godnościowych" postaw. Nauczyciele okazali się niezdolni do zaproponowania Polakom innej niż partykularna perspektywy spojrzenia na polską edukację. Po drugie, hucpa formy tego protestu, żałosne jęki o kasę za strajk, ostracyzm w stosunku do „łamistrajków" oraz kompromitujące formy spędzania wolnego przecież czasu kompletnie zdemolowały i tak już dołujący etos zawodu nauczyciela. I to wszystko na oczach dzieci i rodziców. Ciężko to będzie odbudować.

Przegrały dzieci – zobaczyły zagładę autorytetu swoich nauczycieli, mogą mieć – szczególnie maturzyści – dużą pretensję do swych edukatorów o opuszczenie ich w krytycznym momencie przygotowań do egzaminów. Już widzę te pozwy cywilne rodziców w zależności od wyników egzaminów ich pociech...

Najbardziej przegrali nieobecni – rodzice i samorząd. Widzieliście kogoś z nich w trakcie relacjonowania tego protestu? Pytał się ktoś kogoś z nich o zdanie? A mówimy o podstawowych składnikach procesu edukacji, czyli tych, którzy wykonują cały proces, oraz tych, dla dobra których się go wykonuje. Wszyscy wycierali sobie usta dobrem dziecka, ale jego rodzice byli odsunięci od dyskusji. Wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły. Został jeszcze drugi wielki nieobecny – samorząd.

Jak działa system

Zobaczmy, jak działa system i jakie w nim miejsce zajmuje samorząd. Na edukację rząd wydaje rocznie 46 mld zł, samorząd dopłaca do tego 24,5 mld, czyli 35 proc. środków na edukację samorząd musi sobie wygospodarować ze środków własnych. To średnia, bo w dużych miastach jest to ponad 50 proc. kosztów systemu. Państwo więc nie dopłaca. Za to wysyła samorządom nie tylko za mało kasy, ale także rachunek w postaci kosztów związanych z Kartą nauczyciela. To absurd.

Kartę nauczyciela – dziecko stanu wojennego – ustala się centralnie, a płaci lokalnie, to znaczy, jak sobie np. samorząd zaplanuje u siebie roczne wydatki na edukację, to podwyżkę kosztów może dostać przez telewizję, jak się dowie o losach kolejnych negocjacji rządu z nauczycielami na temat ich karty. Samorządowi więc brakuje i może zabraknąć jeszcze więcej w każdej chwili. Samorząd jest organem założycielskim dla większości szkół publicznych, jest także organem wykonawczym – jest więc i właścicielem, i operatorem systemu finansowanego po części przez kogoś innego, ale według bezwzględnych reguł, który ten ktoś wyznacza.

W dodatku system Karty nauczyciela uniemożliwia uzależnienie subwencji i zarobków nauczycieli od rzeczy wydawałoby się podstawowej – wyników danej szkoły i danego nauczyciela. Przy takim systemie nie dziwota, że nauczyciele będą bronić Karty jak niepodległości. Nie tylko przed zmianami, ale przede wszystkim przed samorządowym pracodawcą i rodzicami. Urawniłowkę Karty każdy może sobie już osobniczo zrekompensować dorabianiem w szkołach prywatnych (o dziwo lepiej płacą bez Karty...) czy korepetycjami.

Krzysztof Baszczyński, wiceprezes ZNP, powiedział tak: „Jak idzie powódź, to się buduje tamę". Mam nadzieję, że nie uczy on hydrologii. Ten zabawny lapsus przypadkiem dobrze przedstawia „model" tego systemu. Jak idzie powódź, to na budowanie tamy jest już za późno. Ba, ja jestem z Wrocławia, zalanego w 1997 r., więc wiem, co mówię. To właśnie regulacje koryta rzeki kierują jej spiętrzone wody na kurs zbieżny z przeszkodami. Nie wytrzyma tego żadna tama, co dopiero szkoła. I tak właśnie działa system. Scentralizowany system Karty nauczyciela spiętrza w jednym punkcie żądania w skali kraju. Te sezonowo rosną i wpadają w zabudowane koryto polskiego scentralizowanego systemu. Poziom się podnosi, naciski wzmagają, idzie kataklizm w skali kraju.

Kontynuując tę analogię, zobaczmy, jak być powinno. Zatem w kluczowych miejscach powinno się dać możliwość rozlania się fali powodziowej, zanim się spiętrzy do rozmiarów nie do uratowania. To system różnych ujść i polderów, które wypłaszczają falę, bo ta się rozchodzi. Tego w naszym systemie nie ma.

Bon edukacyjny

Powinno być tyle „kart nauczyciela", ile jest szkół. To nasze ujścia, poldery i zbiorniki retencyjne. Taka lokalna karta powinna być negocjowana w trójkącie: organ założycielski (samorząd), przedstawiciele rodziców i przedstawiciele nauczycieli. To oni wspólnie powinni ocenić, jak kształtować budżet szkoły w zależności od oczekiwań i możliwości rodziców, jakie przyjąć kryteria ocen – nie tylko uczniów, ale i nauczycieli, jak motywować ich systemowo do lepszej i bardziej kreatywnej pracy. To pozwoli przywrócić szkołę jej interesariuszom: samorządowi, któremu bezpośrednio zależy na jakości wykształcenia mieszkańców, oraz rodzicom, którzy do tej pory są systemowo wyrzuceni poza szkołę.

W ten sposób wszystko stanęłoby na nogach, bo dziś stoi na głowie: szkoła jest własnością – jak widać – nauczycieli, państwo zaś widzi ją „globalnie" i wskaźnikowo, w dodatku przerzucając coraz bardziej niewdzięczne i kosztowne zadanie na „chłopca do bicia", za którego robi samorząd. I wreszcie dzieci – w tej lokalnej perspektywie, gdy przy stole siedzą wszyscy realnie zainteresowani, nagle dobro uczniów staje jako priorytet nauczania, jego cel i ostateczny rezultat.

Jakie narzędzie mogą mieć rodzice, by móc wymóc na szkole realizację swego niewątpliwie priorytetowego celu, jakim jest dobre wykształcenie dzieci? Trzeba urealnić ten system. Popatrzmy – państwo i samorządy wydają na edukację 70,5 mld zł rocznie. Wydają te środki z kieszeni podatników. Wychodzi ponad 15 tys. zł na jednego ucznia. System, owszem, pobiera od rodziców te środki, ale wydaje je, pozbawiając rodziców jakiegokolwiek wpływu na to, na co zostaną wydane – nauczycielom zapłaci się poprzez Kartę nauczyciela, a program szkoły ustali centralnie. To chore.

Zróbmy więc bon oświatowy, to znaczy dajmy te pieniądze rodzicom, którzy będą mogli wydać je jedynie na szkolną edukację swoich dzieci według własnego uznania. Wtedy sytuacja wróci do normy. Samorząd, tak jak w szkołach prywatnych, będzie jedynie wynajętym i opłaconym bezpośrednio przez rodziców operatorem procesu edukacji, nauczyciele zaś jedynie wynajętymi przewodnikami dzieci w procesie nauczania. Skończą się wojny o to, czy religia, czy więcej wychowania fizycznego, czy mamy na pensję nauczycieli oraz jak ich zmotywować do osiągania lepszych wyników. 15 tys. zł to suma, po którą sięgnie każda szkoła, także prywatna. Wszędzie tam, gdzie wprowadzono system bonu oświatowego, system szkolnictwa zaczął się prywatyzować z korzyścią dla jego jakości. Za te same pieniądze, które wcześniej zużywał mniej wydolny system publiczny.

Obecny system przypomina wiadro z dwiema dziurami, w które, by utrzymać minimalny poziom, trzeba wlewać coraz to więcej wody. Te dwie dziury to Karta nauczyciela i system finansowania oświaty w Polsce. Dzisiejsze dyskusje i cały strajk nie wykroczyły poza te ramy: nauczyciele chcieliby znowu dolać (skoro innym dolewają), PiS zaś ograł towarzystwo taktycznie, ale odwlókł jedynie załatwienie i tak niepomijalnego problemu. Pamiętajmy też, że tę wodę zabiera się rodzicom, którzy płacą nią za edukację swoich dzieci. To, że jej systemowo nie widzą, nie zmienia problemu, bo jak jej zabraknie, to wszyscy przyjdą do rządu. Obecny kryzys był znakomitą szansą, by z przyzwoleniem społeczeństwa zmęczonego tym strajkiem przeprowadzić gruntowną reformę dysfunkcyjnego systemu. Szansę tę jednak zaprzepaszczono. Z obu stron.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA