fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Piotr Legutko: Choroba sieroca mediów

Gdy w modelu idealnym nie ma już państwa, które ma wobec mediów obowiązki, natychmiast pojawia się w to miejsce władza, która używa dziennikarzy dla osiągania swoich politycznych celów.
Fotorzepa, Jerzy Dudek
To nieprawda, że dziennikarstwo jest wolne i niezależne tylko wtedy, gdy nie interesuje się nim państwo. Pole zostaje wtedy bowiem oddane biznesowym, politycznym i wywiadowczym lobby – twierdzi publicysta.

„Państwo zrejterowało z obszaru mediów” – napisał niedawno na łamach „Rzeczpospolitej" Eryk Mistewicz. I jak łatwo było przewidzieć, spłynęła na niego za te słowa fala zgryźliwych komentarzy. Bo przecież kiedy padają hasła: „państwo, media, wsparcie", to wiadomo, że musi chodzić o PiS, media publiczne i generalnie o doraźną politykę. Jak więc można pisać, że państwo nie wspiera mediów, skoro „swoje" wspiera ile sił, oczywiście z wzajemnością (państwo PiS rzecz jasna, bo państwo polskie to było kiedyś, czyli za poprzedniej władzy).

Sytuacja jest typowa. Jakikolwiek temat próbuje się dziś wrzucić do publicznej debaty – obojętnie, czy chodzi o edukację, zdrowie, kulturę czy ekologię, zawsze kończy się na PiS-ie, jak w starej piosence Czerwonych Gitar o malarzu nieszczęśliwym, który choćby nie wiem co malował, zawsze spod pędzla wychodził mu słoń.

Dogmat niezaangażowania

Dekoncentracja mediów to temat poważny, z zaszłościami, kontekstem ekonomicznym, socjologicznym i kulturowym. Zamiast pochylić się nad konsekwencjami całkowitej abdykacji państwa z kontroli nad rynkiem – idei, a nie detergentów – mamy listy do „niemieckich przyjaciół" z przeprosinami za politycznych chuliganów, którzy temat w ogóle podnoszą. Zamiast rekomendacji płynących dla Polski ze studiów porównawczych nad doświadczeniami różnych państw UE w kwestii własności w mediach, dostajemy kolejny wrzut z autu – list Marka Dekana, niczym piłkę na polityczne boisko, na którym toczy się mecz PiS kontra reszta świata.

Ale tekst Mistewicza był poświęcony czemuś innemu. A mianowicie kwestiom systemowym i fundamentalnym, dotyczącym państwa niekojarzonego odruchowo z rządzącą partią, jak również o wsparciu niedotyczącym poszczególnych graczy na rynku, ale w ogóle mediów, postrzeganych jako sieć instytucji służebnych wobec obywateli. Wiem, trudna to mowa i anachroniczne pojęcia. W tym właśnie problem, że nawet państwo przestało wierzyć w duchy. Ale cóż nam po mediach pozbawionych ducha służby publicznej?

Całkiem serio traktowane są dziś tezy o kapitale niemieckim w polskich mediach jako gwarancie wolności słowa i pluralizmu idei. To państwo polskie już takim gwarantem być nie musi? Okazuje się, że nie, bo z definicji ma się trzymać od mediów z daleka.

Tyle że gdy w modelu idealnym nie ma już państwa, które ma wobec mediów obowiązki, natychmiast pojawia się w to miejsce władza, która używa dziennikarzy dla osiągania swoich politycznych celów. W takiej wizji „państwa niezaangażowanego w media" nie ma dobra wspólnego, rynku opinii, przestrzeni debaty.

Są jedynie organy rządowe i tuby opozycji. I z taką narracją wiodącego nurtu opinii mamy obecnie do czynienia. A najgorsze, że nie jest to tylko narracja przygotowana na okoliczność totalnej wojny z PiS. Dominuje błędne przekonanie, że media mogą być wolne tylko wtedy, gdy są wolne od jakiegokolwiek zainteresowania państwa.

Niewykluczone, że zgodnie z tą logiką mainstream rozpocznie za chwilę krucjatę na rzecz dobicia mediów publicznych, blokując na wszelkie sposoby naprawę ustawy abonamentowej. Stosownie do logiki wojny, w której należy niszczyć pozycje zajęte przez politycznego wroga. Ale i zgodnie z dominującym – choć dziecięco naiwnym – przekonaniem, że oligopol tworzony przez TVN i Polsat spełni wszystkie kulturowe potrzeby Polaków.

Przeciwko monopolowi

Teoria programowego niezaangażowania państwa w media ma w III RP długą i niechlubną tradycję. Po 1989 roku na rynku prasowym jego rola ograniczyła się jedynie do bezsensownego uwłaszczenia spółdzielni dziennikarskich, przez co karty zostały rozdane zainteresowanym koncernom, bez wiedzy kolejnych rządów i parlamentu. Warto przypomnieć, że tytułów prasowych, czyli instytucji ważnych dla kształtowania rodzącej się demokracji, nie sprzedawał Francuzom, Norwegom czy Niemcom żaden państwowy organ. Kupowali je oni już „z drugiej ręki". Dominującą pozycję uzyskali tanio i okazyjnie, bez żadnych warunków czy offsetu.

Gdy zachodnie sieci hipermarketów chciały w polskich miastach wznosić swoje hale, musiały wcześniej zainwestować w rozwiązania komunikacyjne. Tymczasem wielkie koncerny wydawnicze nie zbudowały przez 20 lat swego panowania w Polsce nawet porządnej infrastruktury czytelniczej. Nie stworzyły efektywnej sieci dystrybucji, nie wypromowały zwyczaju korzystania z prenumeraty, nie upowszechniły zdrowego snobizmu, mody na czerpanie wiedzy z mediów wysokojakościowych.

Owszem, koncerny te wniosły na polski rynek nowoczesną technologią i „know how", tyle że nie w ramach dobroczynności, ale dla zwiększenia swoich zysków. Żadna też z kolejnych ekip rządzących nie myślała o wspieraniu rodzimych inicjatyw wydawniczych czy choćby stworzeniu im równych szans na rynku.

Dzieje „Czasu Krakowskiego" czy „Gazety Gdańskiej", pism zakładanych na początku lat 90. przez środowiska antykomunistycznej opozycji, są podręcznikowym przykładem współodpowiedzialności państwa za zniszczenie ogromnego potencjału energii i przedsiębiorczości. Obecna kondycja dzienników regionalnych jest efektem przyzwolenia państwa na zmonopolizowanie medialnego rynku.

Nie doszłoby do tego, gdyby Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów nie uznał, że nie widzi nic zdrożnego w posiadaniu przez jednego wydawcę 20 z 24 istniejących tytułów na rynku dzienników regionalnych.

Co ciekawe, obecne kierownictwo tego urzędu podtrzymuje pozytywną decyzję poprzedników w sprawie transakcji dokonanej przez Polska Press, opierając się na definicji „rynków właściwych", zgodnie z którą czytelnik z Poznania nie czyta gazet wychodzących we Wrocławiu czy Krakowie. Tak oto państwo widzi jedynie drzewa, nie interesuje go las. Co nie zmienia faktu, że las rośnie.

Promowanie chamstwa

Tego typu technokratyczne podejście państwowych urzędników jest ucieczką od współodpowiedzialności za upadek regionalnego rynku prasy. Ale ucieczka to też wybór konkretnej strategii. Nie tylko w tym przypadku, także w wielu innych, owa strategia polega na nieprzyjmowaniu do wiadomości, że rynek mediów jest jak system nerwowy bezpośrednio oddziałujący na społeczeństwo. I dlatego państwo nie może wykręcać się od odpowiedzialności za jego kondycję. „Teoria niezaangażowania" nie może mieć tu zastosowania, tak jak nie ma go w żadnym innym kraju UE.

Media pozostawione same sobie dziczeją. Łatwo mogą stać się terenem bezkarnych polowań tych, którzy na ów społeczny system nerwowy chcą oddziaływać. Kłusują więc w polskiej medialnej dżungli najrozmaitsze lobby: polityczne, biznesowe, wywiadowcze. Szacuje się, że co druga ukazująca się informacja to czarny PR lub kryptoreklama. Taki stan trwa od dwóch dekad. Zjawiskiem nowszym, związanym z przejściem z papieru do internetu, jest całkowite już odejście od powinności, jakie media mają wobec języka, kultury czy etyki. Całkiem otwarcie zarabia się na złych emocjach; chamstwo i agresja są nie tyle tolerowane, ile wręcz promowane. Trwa hodowanie trolli na forach dyskusyjnych, bo tak buduje się klikalność i zasięg portali. Walka z hejtem jeszcze długo pozostanie jedynie w sferze obrzędowych deklaracji, gdy priorytetem jest liczba odsłon, a nie służba publiczna.

Czy w Polsce można sobie zatem wyobrazić systemowe wsparcie państwa dla mediów wysokojakościowych? Można, ale oczywiście nie w formie premii za właściwe poglądy i nie według standardów francuskich, czyli każdemu po równo. Trzeba określić pewne minimalne wymagania, ustawić poprzeczkę na wysokości związanej nie tyle nawet z treścią, ile z formą oraz intencją przekazu.

Państwo ma obowiązek chronić nas przed agresją, promować kulturę i trzymanie standardów w mediach. Teoretycznie dziś też to robi – przez programy ministra kultury. Tyle że ich kryteria są od lat niejasne, a finansowa kołderka bardzo krótka. Lista wspieranych tytułów co rok wywołuje emocje, bo w jakimś sensie odwzorowuje ona politykę kulturalną aktualnie rządzących.

W interesie obywateli

Jeśli państwo ma wypełniać cele, dla jakich zostało powołane, powinno nie tylko zapewniać bezpieczeństwo, dbać o zdrowie obywateli, ale i o szeroko pojmowaną edukację. Nie kończy się ona na szkole i nie obejmuje wyłącznie formalnego wykształcenia. Wspieranie czytelnictwa ma sens, tym głębszy, im szerszych warstw społecznych dotyka.

Nie wróży nic dobrego sytuacja, w której w milionowej aglomeracji czytelnictwo dzienników (a najczęściej jednego dziennika poświęconego sprawom metropolitalnym czy regionalnym) nie przekracza 20 tysięcy sprzedanych egzemplarzy. Dzienniki regionalne umierają, nasila się za to patologia związana z tworzeniem przez samorządy swoich mediów.

Wsparcie państwa nie ma polegać na finansowaniu własnych organów prasowych (przez każdą władzę i na każdym poziomie ), ale na zbudowaniu transparentnego systemu wspierania niezależnych wydawców.

Nie leży to bynajmniej w krótkoterminowym interesie żadnej partii rządzącej czy lokalnego „monarchy", za to na pewno leży w interesie demokratycznych porządków i uczestnictwa obywateli w życiu publicznym.

W tym sensie na media tworzące przestrzeń autentycznej debaty, budujące na co dzień trwałe więzi społeczne, państwo powinno łożyć, dokładnie z tych samych powodów, z jakich wspiera publiczny transport czy edukację obywateli. ©?

Autor jest wiceprezesem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, kieruje kanałem TVP Historia

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA