fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Paweł Marczewski: Demokracja obywateli nieposłusznych

Fotorzepa, Robert Gardziński
Działalność prowadzona w imię nieposłuszeństwa obywatelskiego ma na celu przywrócenie lub naprawienie ładu publicznego, nie jego podważenie. Jeśli rządzący nie dostrzegają motywacji, jakie kierują Obywatelami RP, i oskarżają ich o „podważanie ładu publicznego”, jakikolwiek dialog staje się niemożliwy – pisze socjolog z Fundacji Batorego.

Co odróżnia nieposłuszeństwo obywatelskie od zwykłego przestępstwa? To jedno z najważniejszych pytań, z jakimi przyszło mierzyć się myślicielom politycznym, prawodawcom i zwykłym obywatelom, kiedy opadł kurz po obaleniu totalitaryzmów. Wraz z reżimami, dla których praworządność była jedynie przeszkodą, więc musiała ustąpić przed ważniejszymi zasadami, takimi jak wola przywódcy czy dziejowa konieczność, pojawił się też fundamentalny dylemat : jak bronić prawa w państwie, w którym przepisy stały się narzędziami opresji i podporządkowano je zasadom zgoła innym niż praworządność?

Czytaj także: PiS oducza Polaków demokracji

W tej sytuacji paradoksalnie jedynym sposobem obrony niezmiennych zasad, gwarantujących ochronę godności jednostki czy grup mniejszościowych, było łamanie praw uznanych za podyktowane wyłącznie arbitralnymi decyzjami władzy – a w państwie totalitarnym, niejako na mocy definicji, innych praw nie było. Co jednak zrobić w sytuacji, kiedy władza przestaje być totalitarna i nie uzasadnia już swoich poczynań wyłącznie dążeniem do niczym nieskrępowanego decydowania o całości życia swoich obywateli? Czy wówczas nieposłuszeństwo obywatelskie daje się jeszcze uzasadnić? A może samo staje się niedemokratyczne, oznacza bowiem łamanie prawa nie ze względu na obronę imponderabiliów, a jedynie z uwagi na niezgodę na te czy inne decyzje rządzących, które wywołują sprzeciw protestujących? Czy w sytuacji, kiedy niezgodę można zamanifestować przy urnie wyborczej, nieposłuszeństwo obywatelskie ma jeszcze sens?

Zgłaszając do sądu wniosek o objęcie fundacji Obywatele RP zarządem przymusowym, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zdaje się odpowiadać na to pytanie przecząco. Próba przejęcia kontroli nad organizacją, której członkowie podpisują „Deklarację nieposłuszeństwa” rozpoczynającą się od zdania „Ja, obywatel Rzeczypospolitej Polskiej wypowiadam posłuszeństwo państwu, które w osobach swych najwyższych przedstawicieli depcze obywatelskie swobody”, to oczywiście przede wszystkim próba rozprawienia się z politycznymi oponentami. Jednak wzięcie na celownik akurat tej organizacji i w oparciu o takie, a nie inne uzasadnienie otwiera dyskusję daleko wykraczającą poza krótkoterminową dynamikę walki o władzę i wizerunek rządzących w dzisiejszej Polsce. Zarzucając Obywatelom RP „wzywanie do łamania prawa i znieważanie organów władzy publicznej”, MSWiA, chcąc nie chcąc, wpisuje się w dyskusję o prawomocności i granicach nieposłuszeństwa obywatelskiego w demokracjach.

Wykręcanie bezpieczników

Z ministerialnego uzasadnienia wniosku o ustanowienie zarządu przymusowego wywnioskować można, że resort spraw wewnętrznych w ogóle nie traktuje działalności Obywateli RP w kategoriach nieposłuszeństwa obywatelskiego, a być może całkowicie wyklucza tego rodzaju formę uczestnictwa w demokratycznym życiu politycznym. „MSWiA zgodnie ze statutem jest organem nadzorującym fundację. W demokratycznym państwie prawa organ nadzorujący ma obowiązek kontroli przestrzegania prawa, a w razie podejrzenia jego naruszania skierowania sprawy do sądu” – argumentował resort. To uzasadnienie jest jednak mocno problematyczne.

Po pierwsze, skoro Obywatele RP zdaniem ministerstwa łamią prawo w sposób „programowy”, dlaczego resort wnioskuje o zarząd przymusowy, a nie o delegalizację? Czy chodzi o obronę prawa, czy też raczej o przejęcie zasobów fundacji – finansowych, ale i symbolicznych, np. logo? Niezależnie od sympatii politycznych i światopoglądu, takie posunięcie ministerstwa powinno zaniepokoić wszystkie organizacje społeczne, również te przychylne obecnej władzy. Jest ono bowiem sygnałem, że w relacjach z samoorganizującym się społeczeństwem władza gotowa jest postępować całkowicie arbitralnie.

Po drugie, uznanie „Deklarację nieposłuszeństwa” podpisywanej przez osoby zgłaszające akces do Obywateli RP po prostu za „wzywanie do łamania prawa i znieważanie organów władzy publicznej” świadczy o tym, że w ministerialnym słowniku kategoria nieposłuszeństwa obywatelskiego nie istnieje. Wstępujący do Obywateli RP deklarują: „Oświadczam zatem publicznie, że Andrzej Duda jest kłamcą i krzywoprzysięzcą, niegodnym sprawowania żadnej godności w Rzeczypospolitej. Mam pełną świadomość, że naruszam Art. 135. § 2. kodeksu karnego, narażając się na karę do 3 lat pozbawienia wolności.Deklaruję gotowość poniesienia tych konsekwencji”.

Nieposłuszeństwo obywatelskie polega przede wszystkim na tym, że naruszenie prawa ma w nim charakter publiczny i jawny, w odróżnieniu od pospolitych przestępstw, które sprawcy na ogół starają się ukryć. Co więcej, osoby sięgające po nieposłuszeństwo obywatelskie deklarują na ogół gotowość poddania się karze, co w przypadku zwykłych naruszeń prawa również z reguły nie ma miejsca. Te dwie cechy wyróżniające nieposłuszeństwo obywatelskie wskazują, że jego celem nie jest samo naruszanie ładu ani związanie z nim korzyści, ale wskazywanie jego ograniczeń i działanie na rzecz naprawy tych elementów, które uważa się za wadliwe bądź niesprawiedliwe.

Deklaracja Obywateli RP spełnia kryteria jawności i gotowości do poddania się karze, a jednak ministerstwo kwalifikuje ją po prostu jako łamanie prawa. To bardzo niepokojący sygnał. Zdolność do rozróżniania między aktami nieposłuszeństwa obywatelskiego a pospolitymi przestępstwami jest jedną z cech odróżniających współczesne demokracje od dyktatur czy totalitarnych tyranii. Nie oznacza to, że państwa, które poddają akty nieposłuszeństwa obywatelskiego pod ocenę sądu są od razu dyktatorskie – jest zasadnicza różnica między krwawym tłumieniem pokojowych, choć nielegalnych demonstracji czy wtrącaniem do więzienia bez procesu na przykład za odmowę przysięgi wierności, a wytoczeniem nieposłusznym obywatelom procesu. Jednak rezygnując z fundamentalnego rozróżniania między nieposłuszeństwem obywatelskim a pospolitym przestępstwem, demokratyczne państwo pozbawia się ważnego bezpiecznika, czasem nie mniej istotnego, niż niezależne sądy.

Dialog nieprzyjemny, ale konieczny

Pytanie jednak, czy te bezpieczniki są potrzebne również w krajach demokratycznych, w których regularnie odbywają się wolne wybory, a obywatele mają możliwość zrzeszania się i publicznego wyrażania swojego zdania? Czy w sytuacji, gdy istnieją różne formy wyrażania sprzeciwu przewidziane przez prawo, konieczne jest również warunkowe dopuszczenie albo przynajmniej uznanie jego łamania w imię obywatelskiego nieposłuszeństwa?

Zaznaczmy od razu, że nie chodzi tu o uniewinnienie w imię nieposłuszeństwa obywatelskiego. Sprzeciw obywateli nie może być wygodnym alibi dla naruszających prawo i sami protestujący, deklarując gotowość poniesienia kary, są świadomi tego niebezpieczeństwa. Kluczową sprawą przy wyroku skazującym za akt nieposłuszeństwa obywatelskiego jest jednak jego uzasadnienie. Obywatel dopuszczający się aktu nieposłuszeństwa może zostać ukarany za konkretny czyn, na przykład blokowanie drogi, ale nie za ogólne podważanie ładu publicznego.

Działalność prowadzona w imię nieposłuszeństwa obywatelskiego ma na celu przywrócenie lub naprawienie ładu publicznego, nie jego podważenie. Oczywiście można się o jego kształt spierać, władza i protestujący będą wyobrażali go sobie zupełnie inaczej. Jednak jeśli rządzący nie dostrzegają motywacji, jakie kierują protestującymi, i oskarżają ich o „podważanie ładu publicznego”, jakikolwiek dialog staje się niemożliwy. Wówczas sama władza zaczyna podważać ład demokratyczny, gdyż zamiast karać konkretne przestępstwa i wykroczenia, zamienia prawo w narzędzie dyscyplinowania oponentów politycznych i odmawiania prawomocności ich głosowi.

Być może jednak takie ograniczenie dialogu jest konieczne, aby skierować spór na tory usankcjonowane przez prawo? Nawet jeśli uznamy, że władzy chodzi nie o rozprawę z oponentami politycznymi, ale przede wszystkim o sprowadzenie polityki z powrotem z ulic do lokali wyborczych, parlamentu i na łamy gazet, takie ograniczenie wiąże się z poważnymi kosztami dla demokracji. Owszem, być może budżet państwa oszczędzi na niewysyłaniu licznych oddziałów policji do nadzorowania demonstracji, ale demokratyczne państwo musi na tym stracić.

Nieposłuszeństwo obywatelskie służy bowiem nie tylko autoekspersji jakiejś niewielkiej grupy obywateli, którzy czują się niedostatecznie reprezentowani lub dyskryminowani w danym systemie politycznym i w określonym ładzie prawnym. Jeśli w danym państwie reguły partycypacji politycznej są takie same dla wszystkich (nie rozstrzygam tu, czy w Polsce dziś faktycznie tak jest), taki sprzeciw podyktowany subiektywnym poczuciem dyskryminacji faktycznie można by uznać za nieuprawniony. Na ogół jednak nieposłuszeństwo obywatelskie ma na celu zniesienie lub przeformułowanie jakiegoś konkretnego prawa czy decyzji uznanych za niesprawiedliwe, niedemokratyczne lub szkodliwe dla społeczeństwa z jakiegoś innego istotnego powodu.

Protestujący mogą się mylić w swojej ocenie, w innych przypadkach mylić może się władza, ale mechanizm uzgadniania racji między nimi jest niezwykle istotny dla demokracji, pozwala bowiem ograniczyć wpływ przypadku na podejmowanie decyzji. Jest oczywiste, że w niektórych sprawach trzeba szybkiego rozstrzygnięcia, a ostatecznie w każdej spornej kwestii w pewnym momencie należy podjąć decyzję. Oczywiście w dobrze funkcjonujących demokracjach podjęcie decyzji poprzedzone jest przygotowaniem ekspertyz oraz konsultacjami społecznymi, ale nie zawsze są na nie środki i czas, a nawet jeśli tak, to po jakimś czasie sytuacja i oczekiwania społeczne mogą się zmienić.

Nieposłuszeństwo obywatelskie pozwala wypełnić te luki w komunikacji i zabezpiecza przed długoterminowymi skutkami złych lub nieadekwatnych decyzji. Ma przy tym tę zaletę, że pozwala reagować szybciej niż podczas głosowania w wyborach i daje szansę skoncentrowania się na konkretnej, szczegółowej kwestii, a nie na całym ich pakiecie. Na dłuższą metę taki dialog, choć nieprzyjemny, władzy też się opłaca, pozwala jej bowiem korygować błędy przed rozliczeniem w wyborach. Ten mechanizm działa oczywiście tylko wtedy, kiedy władza jest zainteresowania demokratyczną rozliczalnością swoich poczynań.

Nieposłuszeństwo obywatelskie nie jest przyjemne – to brudna, niewyjściowa twarz demokracji. Jego praktykowanie jest uciążliwe zarówno dla protestujących, którzy muszą pogodzić się z karą za konkretne wykroczenia czy przestępstwa, które popełniają, manifestując sprzeciw, jak i dla władzy, która zmuszona jest pochylić się nad każdym przypadkiem sprzeciwu i zachowując rozwagę, rozstrzygnąć, jak na niego zareagować. Demokracja wymaga jednak uporu i cierpliwości – drogi na skróty kończą się w niej spektakularnymi klęskami. Taką porażkę szykuje sobie właśnie MSWiA, nawet jeśli sąd rozstrzygnie na jego korzyść.

Autor jest szefem działu Obywatele forumIdei Fundacji Batorego. Socjolog, historyk idei, publicysta. Zajmuje się z ruchami i organizacjami społecznymi oraz zagadnieniami sprawiedliwości społecznej. Stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”, członek redakcji „Przeglądu Politycznego”

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA