fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Przestępczość

Dwa lata w zawieszeniu za zbrodnie w Stutthofie

Bruno Deya skazano, bo sąd w Hamburgu uznał, że Stutthof to obóz zagłady
AFP
To jeszcze nie koniec rozliczeń za zbrodnie III Rzeszy. Toczy się wciąż 20 śledztw wobec podejrzanych o ludobójstwo.

Na dwa lata więzienia w zawieszeniu na dwa lata skazał w czwartek sąd w Hamburgu 93-letniego Bruno Deya za pomocnictwo w zagładzie w obozie Stutthof (dzisiejsze Sztutowo w pobliżu Gdańska) 5230 osadzonych w nim więźniów.

Zakończony właśnie proces jest jednym z ostatnich w Niemczech postępowań wobec zbrodniarzy nazistowskich i ich pomocników. – Niewykluczone, że w najbliższym czasie na salach sądowych w Niemczech stanie jeszcze dwoje oskarżonych: wartownik ze Stutthofu oraz osobista sekretarka komendanta obozu – powiedział „Rzeczpospolitej" Rajmund Niwiński, adwokat z Düsseldorfu. Reprezentował w procesie w Hamburgu dziewięciu Polaków byłych więźniów Stutthofu. W sumie na 40 oskarżycieli posiłkowych, z Polski pochodziło dziesięć osób.

Bruno Dey został członkiem SS w wieku 17 lat i rozpoczął służbę wartowniczą, od sierpnia 1944 do kwietnia roku następnego w Stutthof. – Wyrok byłby znacznie wyższy, gdyby nie zastosowano wobec oskarżonego przepisów prawa karnego obowiązującego młodocianych – podkreślił sąd w ustnym uzasadnieniu wyroku.

– Chciałbym przeprosić tych, którzy przeszli przez to piekło obłędu, i ich bliskich – powiedział w trakcie procesu oskarżony. Tłumaczył jednak, że nie zgłosił się na ochotnika do SS i nie miał wpływu na miejsce służby. – W jaki sposób 17-latek miał się od tego wykręcić? – pytał jego obrońca podkreślając, że oskarżony nie miał nawet możliwości poruszania się po obozie poza patrolowanym obszarem. Sam były strażnik tłumaczył, że zdał sobie sprawę z całego ogromu okrucieństwa w obozie dopiero na sali sądowej. – Jak to możliwe? Czyż nie było tego wiadomo od dawna? – komentował jego słowa w jednej z relacji „Süddeutsche Zeitung".

Przez powojenne dziesięciolecia strażnikom niemieckich obozów nie groziła odpowiedzialność karna, jeżeli nie służyli w jednym z pięciu obozów uznawanych za miejsca zagłady: Treblince, Sobiborze, Bełżcu, Majdanku i Chełmnie. Na tej liście nie było jednak Auschwitz ani Auschwitz II, czyli Auschwitz Birkenau. Wyłączenie z niejako automatycznej odpowiedzialności nie było jednak możliwe, jeżeli sprawca brał osobisty udział w fizycznej likwidacji więźniów. Udowodnienie takich zbrodni było jednak niezwykle trudne.

Taka wykładnia prawa uległa jednak zmianie w ostatnim dziesięcioleciu. Pierwszym skazanym za służbę w obozie bez udowodnienia osobistego udziału w zagładzie więźniów był w 2011 roku John Demianiuk, który odbywał służbę w Bełżcu. W 2015 roku na pięć lat skazany został Oskar Gröning, obozowy buchalter w mundurze SS, za pomoc w zamordowaniu setek tysięcy osób, co było równoznaczne z uznaniem Auschwitz Birkenau za obóz zagłady. W 1944 roku Gröning stał na rampie kolejowej Auschwitz i był odpowiedzialny za konfiskatę mienia przybywających do obozu Żydów.

Na podstawie tej wykładni zapadł wyrok w sprawie Bruno Deya. – Sąd przyznał w uzasadnieniu, że od zimy 1944 roku Stutthof był obozem zagłady – mówi mec. Niwiński. Działała tam już komora gazowa, a fatalne warunki bytowania spowodowały śmierć tysięcy osób. Ofiar śmiertelnych było w sumie co najmniej 65 tys.

Mecenas Niwiński nie kryje, że jest pełen uznania dla sądu, który sumiennie zbadał sprawę i podkreślał wielokrotnie w czasie rozprawy, że ofiarami nazistowskiej machiny śmierci były także tysiące Polaków, Rosjan oraz przedstawicieli innych narodowości.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA