fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Lewice dwie, klub raczej jeden

Fotorzepa/ Michał Kolanko
Posłowie od Zandberga muszą rozstrzygnąć dylemat polityczny, organizacyjny i finansowy. Ale niezależnie od wyniku tę rozgrywkę wygrywa Włodzimierz Czarzasty.

Wszystko wskazuje na to, że w Sejmie funkcjonować będzie jeden federacyjny klub lewicy. Będzie się składać ze wspólnej partii, która powstanie po połączeniu Wiosny i SLD, oraz z partii Lewica Razem, która zachowa odrębność organizacyjną, choć w ramach wspólnej reprezentacji parlamentarnej.

Czarzasty: Za 4 lata Lewica będzie rządzić lub współrządzić

Wspólna partia Czarzastego i Biedronia ma powstać na przełomie roku, ostateczny termin zależy od sądowych procedur, a przede wszystkim negocjacji w sprawie stanowisk i prawa do podejmowania decyzji, także finansowych. Jak można usłyszeć nieoficjalnie wśród nowych posłów lewicy, Wiosna nie będzie raczej kruszyć kopii o sprawy programowe, bo nie dorobiła się własnej tożsamości ideowej, poza deklarowanymi ogólnymi postulatami lewicowymi. Dla ludzi Biedronia ważne jest, by nie pozostać na marginesie i bez problemu uczestniczyć w wewnątrzpartyjnej konkurencji o pozycję polityczną. – Robert zadowoli się kandydowaniem na prezydenta i już od dawna mu nie zależy na budowaniu tożsamości – tłumaczy jeden z aktywistów Wiosny i dodaje: – Szkoda, że tak się stało, bo gdybyśmy byli bardziej zintegrowani, można by chociaż ciągnąć ludzi z SLD w stronę większej otwartości w sprawach światopoglądowych. Wielu starszych działaczy jest wciąż w tych sprawach dość betonowa.

Partia Razem, która jeszcze przed wyborami przyjęła nazwę Lewica Razem, będzie w weekend decydować, czy założyć własne koło, czy też pozostać w dużym klubie całej lewicy. Według rozmówców „Rz" z SLD szanse na jedno lub drugie rozwiązanie są pół na pół. – Może muszą się przekonać, że bycie kołem oznacza przemówienia na końcu, po wszystkich, kiedy nikt już nie słucha i nie ma na sali mediów – mówi polityk SLD. – Dostaną jakąś dziuplę na siedzibę koła i jedną zdezelowaną drukarkę. To nic miłego – przewiduje.

A co dostaną od SLD, gdyby pozostali we wspólnym klubie? Na początek – miejsce w prezydium klubu, czyli stanowisko wiceprzewodniczącego lub wiceprzewodniczącej. Wspólni mają być też kandydaci na wicemarszałka Sejmu i Senatu, a także na prezydenta.

Czy to wystarczy, by Lewica Razem zachowała tożsamość, zwłaszcza że duży klub i nowa partia mają się nazywać po prostu Lewica? – SLD ma za sobą konsumpcję kilku partii lewicowych: PPS, Unii Pracy, Twojego Ruchu – mówi były poseł Sojuszu. – Los szóstki posłów Razem we wspólnym klubie będzie przesądzony.

No i kwestie finansowe. Razem może liczyć na dwie transze „starej" subwencji, a potem kurek się zamknie i od końca I kwartału 2020 roku będzie nim płynął strumyczek wprost do kasy SLD. Jak przystało na ideową lewicę, Razem profitów na koalicji z SLD się nie dorobiło.

Wiosna problem będzie miała z głowy, bo stanie się częścią nowej wspólnej partii. A Adrian Zandberg będzie musiał się zastanawiać, jak refundować wydatki za bilety kolejowe czy wynajem sali ze środków biur poselskich i składek, co jest dużo trudniejsze niż życie „na subwencji". I tu SLD ma wyraźną przewagę. – Partia to przecież ludzie – mówi jeden z posłów Sojuszu. – A z ludźmi można współpracować, nawet bardzo blisko. Także z tymi, którzy są w Razem.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA