fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Tomasz Krzyżak: Ambona to nie mównica na partyjnym wiecu

Metropolita krakowski abp Marek Jędraszewski
Fotorzepa, Marian Zubrzycki
Ksiądz, jak mówił Benedykt XVI, ma być przede wszystkim ekspertem w sprawach spotkania człowieka z Bogiem. Coraz częściej duchowni wcielają się jednak w rolę ekspertów politycznych.

Kościół na każdym kroku wtrąca się do polityki, a ustawy przygotowywane są pod dyktando Konferencji Episkopatu Polski (KEP) – z taką opinią spotkał się zapewne każdy z nas. Każdy też słyszał powtarzane przy okazji różnorakich kampanii wyborczych hasło o konieczności rozdzielenia Kościoła od państwa. Stwierdzenie o wpływie episkopatu na ustawy można w zasadzie między bajki włożyć. W drugim przypadku nie do końca wiadomo, o jakim rozdziale mówimy. Kościół i polityka przenikać się będą zawsze. ?I niekiedy się zdarza, że nieokreślona nigdzie granica ulega zatarciu.

Sprawą bezdyskusyjną jest, że wielu księży oraz biskupów nie ukrywa swoich sympatii politycznych i nie mają żadnych oporów przed dzieleniem się tym z innymi. Sympatie te okazują na różne sposoby. Różnie też można je interpretować. Weźmy kilka przykładów.

Media donoszą, że w Karolewie w diecezji bydgoskiej podczas mszy z okazji rocznicy wybuchu II wojny światowej celebrans krytykował w homilii Donalda Tuska, Angelę Merkel czy Fransa Timmermansa. Tłumaczył słuchaczom, że ich „przyjaźń jest wymierzona przeciwko Polsce" i dodawał, że trzeba o tym pamiętać przy okazji wyborów 13 października. Po mszy na pytanie jednego z wiernych, czy był to wiec polityczny, ksiądz miał odpowiedzieć twierdząco i dodać „że konieczne jest mówienie prawdy".

Jeśli media właściwie zrelacjonowały wydarzenia w Karolewie, to chyba nikt nie ma wątpliwości, że granica została przekroczona. Komentowanie bieżącej polityki na kościelnej ambonie jest wtrącaniem się w nią. W kościele ludzie oczekują czegoś zupełnie innego.

Ostatnio głośno było o wystąpieniu w kościele europosła Ryszarda Czarneckiego, którego jedna z parafii zaprosiła na dożynki. Sam Czarnecki tłumaczył, że jego wystąpienie nie było zaplanowane i pod koniec mszy został po prostu wywołany przez jednego z księży. Europoseł nie poruszał tematów politycznych, mówił o pięknej tradycji dożynek, ale jednak jego obecność przy ołtarzu wywołała sporą dyskusję. Zareagował m.in. rzecznik KEP, przypominając, że kościelna ambona nie służy do wystąpień politycznych. To sytuacja całkowicie odmienna od przywołanej na początku. To raczej przykład na pewną niefrasobliwość księdza, który prawdopodobnie nie zdawał sobie sprawy z tego, że wywołanie polityka do ołtarza – w samym środku kampanii wyborczej – może zostać odebrane źle.

Gorzej jest, gdy polityków dopuszcza się do wystąpień z pełną świadomością. Tak bywa często na Jasnej Górze czy przy okazji np. uroczystości organizowanych przez Radio Maryja. Politycy chętnie z takiej możliwości korzystają, bo mają szanse na dotarcie do elektoratu. I trudno im się dziwić.

Jeszcze odmienną sytuacją jest ta, w którą dał się wplątać abp Marek Jędraszewski i kilku innych hierarchów. Nie było tajemnicą, że jedną z osi kampanii PiS będą sprawy ideologiczne. Już wiosną, gdy w Warszawie proklamowano tzw. deklarację LGBT+, Jarosław Kaczyński ustawiał się w roli obrońcy tradycyjnego modelu rodziny i wartości. Po serii różnych profanacji, kilkudziesięciu paradach równości, temat zagrożenia ze strony środowisk LGBT podchwycili biskupi. I dziś PiS tego tematu właściwie poruszać już nie musi. Temat wałkują biskupi, pośrednio wchodząc w tok kampanii i ustawiając Kościół po stronie jednej partii. Nie oznacza to, że robią źle, przypominając nauczanie Kościoła w kwestii małżeństwa i rodziny – nie widzą jednak tego, że ich wystąpienia są odczytywane przez pryzmat polityki.

Bywa też tak, że duchowny zdradzi się ze swoimi sympatiami poza świątynią. Bp Wiesław Mering, zwracając się do Jarosława Kaczyńskiego, dziękował mu niedawno za wszystko co „robi i robił dla Polski" i uznał, że jego „sukcesy są naszymi sukcesami". Biskup ma prawo do wyrażania swoich poglądów. I z tą wypowiedzią nie byłoby problemu, gdyby nie to, że bp Mering w pewnym sensie brał wtedy udział w wiecu partyjnym. Odbiorcami konferencji byli politycy i wyborcy jednej partii, którzy stanowili większość zaproszonych gości. Biskup był na niej obecny jako przedstawiciel Kościoła i jego słowa muszą być interpretowane w kluczu politycznym. I swoimi słowami biskup włocławski dał politykom mandat do występowania w imieniu Kościoła.

Podczas pielgrzymki do Polski Benedykt XVI mówił do kapłanów, że mają być przede wszystkim ekspertami w sprawach spotkania człowieka z Bogiem. Ideałem byłoby, gdyby wszyscy duchowni wzięli sobie to do serca. Ale czy wtedy nie byłoby zbyt nudno?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA