Plus Minus

Tomasz Terlikowski: W święta musimy wyjść z pogoni, konsumpcji i niewiary

Fotorzepa, Rafał Guz
Idą święta, więc postanowiłem – do czego stale namawiają mnie moi hejterzy (a stare przysłowie głosi: szanuj hejtera swego, możesz mieć gorszego) – przemówić ludzkim głosem. I dlatego nie będę dziś nad nikim się wyzłośliwiał, nikogo atakował, z nikim wchodził w polemiki, a zamiast tego zaproponuję, by... to Boże Narodzenie świętować razem.

Niezależnie bowiem od tego, czy jesteśmy z KOD czy z PiS, czy jesteśmy ateistami, agnostykami czy katotalibami, to czy w to wierzymy czy nie – Bóg, który stał się człowiekiem (akurat to wydarzenie miało miejsce w Zwiastowanie), objawia się całemu światu (i to właśnie wspominamy w Boże Narodzenie).

Tak, wiem, że ateiści w to nie wierzą, a agnostycy mają wątpliwości i nie są w stanie tego rozstrzygnąć, ale... moja propozycja dotyczy także ich. Boże Narodzenie jest tak pięknym świętem, że warto – choćby na chwilę – założyć, że wszystko, co opowiadają chrześcijanie, jest prawdą. Wcielenie, objawienie, Bóg, który jest bezbronnym dzieckiem. Prawda, która zostaje objawiona wszystkim ludziom.

I święty czas, w którym niebo i ziemia się jednoczą, wrogowie przekazują sobie znak pokoju, a w Polsce łamią się opłatkiem. Czy to nie jest piękne? Czy nie warto choć na moment zawiesić swoją niewiarę, by spotkać się z prawdami (nawet jeśli dla was są one tylko mitami), które ukształtowały Europę i Polskę?

Ale, żeby nie było wątpliwości, wcale nie chodzi mi o zachęcanie do przygotowywania 12 potraw, stania 20 godzin przy kuchni, porządków itd., itp. To wszystko są rzeczy poboczne, nieistotne dodatki do tego, co najważniejsze, czyli do ubierania choinki, przygotowania szopki, Pasterki (wszystkim nam życzę śniegu), łamania się opłatkiem, śpiewania kolęd (zachwycenia się pięknem ich języka, bogactwem treści, ale i powrotem do dzieciństwa) czy rodzinnych spotkań (tak, wiem, że to zawsze najstraszniejsze, ale kiedy mamy się spotkać, jeśli nie właśnie wtedy?). Nie ma nic piękniejszego niż wspólne, pełne symboliki święta Bożego Narodzenia. Wspólnie spędzone, zakorzenione w polskiej, tak przecież religijnej tradycji. Nie przeżyje się ich, jeśli nie wyjdzie się na moment z pogoni, z konsumpcji, z niewiary.

Ta zachęta nie wynika zaś z jakiejś próby pozyskania kogokolwiek, nawracania. Pan Bóg sam się o to zatroszczy. To, o czym piszę, jest jedynie wynikiem najgłębszego przekonania, że święta religijne, jeśli są dobrze, „po Bożemu" przeżyte, są jedyną przestrzenią, która pozwala wyjść z konsumpcjonizmu, pogoni za kasą, pracoholizmu i profanicznego postrzegania rzeczywistości. Wszystko inne jest tylko lepiej lub gorzej zapakowanym konsumpcjonizmem. Ani slow food, ani psychoanaliza, ani kursy z dobrego spędzania czasu nie zastąpią pobożnie przeżytych świąt.

Pobożnie to znaczy – i to jest uwaga także do nas, wierzących – z wyjściem z przestrzeni konsumpcjonizmu i nieustannego porównywania się z innymi. Tu bowiem nie chodzi o same zwyczaje, o same tradycje czy o to, by na siłę wszystko było jak drzewiej, lecz o to, by pozwolić sobie i swoim bliskim na rzeczywiste spotkanie, na bycie razem, na pośpiewanie, porozmawianie i wreszcie pomodlenie się. A wszystko to przy wyłączonym telewizorze, bez internetu i wreszcie z surowym zakazem rozmów o polityce.

Ktoś powie, że to niemożliwe. A niby dlaczego nie? Wiele rzeczy w życiu jest kwestią decyzji. W tej sprawie warto ją podjąć, bo dzięki temu i my, i nasze dzieci będą miały niezwykłe wspomnienia. A czas profaniczny trzeba od czasu do czasu przedzielać przeżywaniem czasu sakralnego. Jest to jednak niemożliwe bez przyjęcia, że sacrum istnieje, i że mamy do niego dostęp. Dlatego zachęcam, spróbujcie. Nawet jeśli z wiarą u was nie za bardzo.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL