fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Świat według Beaty Pawlikowskiej

Beata Pawlikowska wydała dotąd – włącznie ze wznowieniami – ponad 170 tytułów. Można czytać naręczami.
VIPHOTO/EAST NEWS
Lekarstwa na depresję są jak „kieliszek mocnego alkoholu, który cię znieczuli i odwróci twoją uwagę". Jeśli zaś zachorujesz na raka, pamiętaj, że to „zewnętrzny przejaw podświadomego poczucia krzywdy, tłumionych uraz, braku przebaczenia". Beata Pawlikowska doradza Polakom już nie tylko w sprawach podróży, języków i odżywiania, ale też medycyny.

"Jestem teraz w dżungli amazońskiej, mam ograniczony dostęp do poczty, proszę o kontakt po 16 listopada" – odzywa się automat w skrzynce pocztowej. Proszę o rozmowę. Po chwili przychodzi odpowiedź esemesem: „Jestem wciąż w Ameryce Południowej, wracam do Polski 20 listopada. Wtedy chętnie się z panem spotkam. Jeśli rozmowa ma dotyczyć mojej najnowszej książki, czy chciałby ją pan najpierw przeczytać?". Pytanie – której, bo w międzyczasie wyszły już trzy.

Ciekawy jest za to dopisek na końcu wiadomości: „Sent from my iPad". Cóż to za dżungla, w której można korzystać z tabletu i internetu? Pawlikowska tłumaczy, że była akurat w Bogocie i maila pisała stamtąd, bo – najwyższa pora się przyzwyczaić – zna odpowiedzi na wszystkie pytania.

Co roku jeździ do skrawka Kolumbii przy granicy z Brazylią i Peru, gdzie odkryła skromne „schronisko" dla naukowców, którzy badali tam zwierzęta i rośliny. Teraz zabiera ze sobą chętnych. „Spędzimy noc w hamaku rozwieszonym w środku lasu, bez wątpienia czujnie obserwowani przez ukryte w okalającym nas gąszczu zwierzęta i duchy" – kusi ogłoszenie.

Ale wcale nie musi być ekstremalnie: za kilka miesięcy szykuje wyprawę do Bhutanu i Nepalu. Koszt takich eskapad jest zbliżony: ok. 20 tysięcy złotych, bo zawiera „udział i opiekę Beaty Pawlikowskiej". „Chcę tylko podkreślić, że cena jest uczciwie skalkulowana, a ja organizuję takie wyprawy dlatego, że lubię pokazywać piękne miejsca komuś, kto nigdy tam nie był" – napisała w postscriptum do oferty, bo ludzie stękają, że drogo.

– Nie robię tego dla pieniędzy. Organizuję te wyprawy, bo sprawia mi to przyjemność. Lubię patrzeć, jak ktoś pierwszy raz dociera do dżungli amazońskiej i jak to miejsce go zmienia – mówi. A jest co zmieniać. W tym roku spotkali węża, który pełzł po butach jednej z uczestniczek i zatrzymał się obok w gęstwinie. Indiański przewodnik potwierdził, że to najbardziej jadowita żararaka. Pawlikowska mówiła więc ludziom, żeby się odsunęli, ale oni wciąż robili zdjęcia i podchodzili coraz bliżej. – To zanik instynktu samozachowawczego! Narażali siebie i mnie przy okazji, żeby pokazać znajomym zdjęcie niebezpiecznego węża, którego spotkali w dżungli – opowiada, choć sama lubi kierować obiektyw w swoją stronę. Na fotografiach z dżungli jest jej więcej niż przyrody.

Bidulka, prymuska, mróweczka

Rocznik 1965. Na wizytówce napisała: pisarz, podróżnik, łowca. Od siebie dodam: fotograf, tłumacz, ilustrator. Wszystko zaczęło się od rodzinnych wypraw z Koszalina nad jezioro w Machlinach, potem były powieści Jamesa Curwooda i Jacka Londona. W wieku 16 lat usłyszała Beatlesów, szczęśliwych i twórczych ludzi, więc postanowiła iść tą drogą: być szczęśliwa i twórcza.

Studiowała hungarystykę (dwa tygodnie) i anglistykę (dwa miesiące), lecz zamiast uczelnianego kieratu wolała szkołę życia w Londynie, gdzie była sprzątaczką i kelnerką. Po powrocie trafiła do Radia Kolor z programem muzycznym, potem do Trójki. W 1999 roku osiadła w Radiu Zet i prowadziła tam firmową audycję „Świat według blondynki". Odeszła w marcu, by przed miesiącem zadebiutować w Open.fm z podróżniczą gawędą.

Pisała i fotografowała dla wielu gazet, współpracowała z telewizją. Wspólnie z Krzysztofem Skibą prowadziła „Podróże z żartem" w TVP, gdy dotychczasowi prowadzący – Dorota Wellman i Marcin Prokop – przenieśli się do konkurencji. – Poprzednia para oparta była na kontrastach, nie tylko fizycznych. Ten klucz pewnie zadecydował także w naszym przypadku. Beata spokojna, powściągliwa, fachowa. I ja – nieco dziki i rozbrykany. To połączenie ognia i wody okazało się sukcesem, bo oglądalność programu wzrosła znacząco i zakontraktowano dodatkowe odcinki – mówi Skiba. Z planu zapamiętał, że Pawlikowska uwielbiała popisywać się: – Czasem opowiadała te historyjki bez związku z programem, np. my tu gadu, gadu o Nowej Zelandii, a ona – bach – anegdotę o swojej ulubionej puszczy amazońskiej.

Skiba wspomina Pawlikowską jako miłą osobę o ciepłym głosie i dużej wiedzy. – Jest mała, drobna i zawsze gra taką bidulkę zagubioną w świecie, ale to tylko kamuflaż, bo pod tą zwiewną osóbką kryje się twardy gracz, który potrafi walczyć o swoje. To typ prymuski. Zawsze przygotowana do lekcji. Jest szalenie pracowita. Taka mróweczka. Cały czas coś tam pisze na swoim laptopie. Nie chodziła na balangi po programie czy na basen, który był w hotelu. Uważała to za stratę czasu – opowiada muzyk. – Podarowała mi książkę „Blondynka u szamana". Przeczytałem z zainteresowaniem, bo sporo było tam o indiańskich narkotykach. Mam wrażenie, że ona wierzy w te wszystkie duchowe moce, jakie kryją się w drzewie czy w ogonie szczura. Myślę, że pod wpływem podróży i spotkań z ludźmi stała się „Indianką".

W Amazonii była wielokrotnie. Według Wojciecha Cejrowskiego to pierwsza kobieta, która przeszła malaryczną dżunglę Darién na pograniczu Panamy i Kolumbii. W 1994 roku wzięła z nim „dziwny ślub". „Zawarty w kościele, ale nie przekazany dalej do urzędu stanu cywilnego. To znaczy, że oficjalnie w polskich dokumentach jestem i zawsze byłam panną. Dlatego potem nie było rozwodu, a ślub został po prostu anulowany przez sąd biskupi" – opowiadała „Vivie".

Otwarcie mówiła, że to nie był dobry związek, bo oboje nie lubili się nawzajem: ona nie tolerowała poglądów męża nie męża, on nie znosił książek, „szczególnie tych o życiu", żony nie żony. Różni ich powściągliwość w opowiadaniu o prywatnym życiu: ona „Gali" mówiła, że od kilku lat nie uprawiała seksu; on taktownie milczy w tych sprawach.

Dzieli ich także pisarska płodność: Cejrowski napisał osiem książek. Ile ona? Mówi, że sama nie wie. Policzyłem i, gdy oddaję ten tekst do druku, Beata Pawlikowska to autorka 100 książek, choć sytuacja jest dynamiczna i może ulec zmianie.

Pierwszą książkę, „powieść z nurtu realizmu magicznego o Baltazarze, który powraca na Ziemię ze swojej Wyspy, rozmawia z Nocą i zwierzętami", napisała w liceum – zajęła II miejsce w wydawniczym konkursie, Andrzej Zaorski czytał ją w Trójce. W 2001 roku ukazała się „Blondynka w dżungli" i następne tomy podróżnicze wydawane co rok.

Dietetyczka, psychiatra, kociara

Z czasem nastąpiło gwałtowne przyspieszenie: 2010 rok – siedem książek, 2011 rok – 13, 2012 – trzy i 2013 – dwie. Autorka bynajmniej nie straciła weny, jedynie równolegle wydawała inne rzeczy: cykl kursów języków obcych „Blondynka na językach" (2013 – cztery, choć znajomość danego języka wcale nie jest warunkiem niezbędnym do publikacji), książki psychologiczne (2013 – trzy) oraz o zdrowym odżywianiu (2014 – sześć), do których sama fotografowała. Ma na koncie także dzieło o prezentach, zbiór fotografii, opisowe kalendarze czy baśnie dla dzieci i dorosłych.

U Pawlikowskiej – żeby sparafrazować Wisławę Szymborską – książka napisana wiosną niekoniecznie musi przetrwać próbę jesieni. W tym roku przeszła samą siebie i wydała aż 20 pozycji (nie licząc sześciu gier i puzzli)! O wszystkim po trochu. Serię malowanek – „Multimedialna malowanka z piosenkami Beatlesów", „Interaktywna malowanka: dziennik dobrych zdarzeń", „Multimedialna malowanka: moje ulubione szczęśliwe piosenki", „Multimedialna malowanka: najpiękniejsze piosenki świąteczne".

O podróżach – „Blondynka nad Gangesem" i „Blondynka w Japonii". O językach – „Malowanka do nauki angielskiego z ćwiczeniami", „Praktyczny kurs języka angielskiego", „Fiszki podróżnicze do nauki języka angielskiego", „Malowanka do nauki języka angielskiego".

O jedzeniu – „Soki i koktajle świata", „Szczęśliwe garnki extra", „Kasza jaglana". Nawet o kotach – „Kot dla początkujących". Ale przede wszystkim o życiu – „Rok dobrych myśli – kalendarz 2017", „Między światami", „Jak pokochać siebie", „Narkotyki, anoreksja i inne sekrety" oraz „Wyszłam z niemocy i depresji. Ty też możesz", bo podróżniczka, lingwistka, dietetyczka i kociara postanowiła zostać także psychologiem i psychiatrą.

– Czy nie za dużo tych książek?

– Ale w czym panu to przeszkadza: robię mało czy dużo? Czy to w jakiś sposób dotyka pana świata?

– Sama pani mówi, że w zachodniej cywilizacji wszystkiego jest za dużo, bo ludzie wciąż muszą otrzymywać nowe bodźce. Czy pani nie dokłada się do tego?

– Wcale nie chcę, żeby generalnie zmniejszać liczbę rzeczy i wydawać mniej książek. Chodzi tylko o to, żeby świadomie wybierać to, co wzbogaca, inspiruje, karmi czymś dobrym. Dotyczy to w takim samym stopniu jedzenia, telewizji, jak i książek. Moich jest tyle, ile jest. Jeśli mam coś ważnego do powiedzenia, to piszę książkę, bo chcę się tym podzielić z innymi ludźmi.

– Istnieje książka, z której jest pani niezadowolona?

– Nie, każda była pisana z mojego ówczesnego punktu widzenia. Ale są takie książki, których nie wznawiam, bo chcę je napisać na nowo.

– Po co?

– Dlatego, że można to napisać trochę inaczej. Wnioski i wymowa będą takie same, ale użyję innych słów, żeby to wyjaśnić. Są rzeczy, których człowiek nie chce zobaczyć, bo podświadomość używa sprytnych sposobów, żeby to unieważnić, odrzucić, wyśmiać. Chodzi więc o to, żeby dotrzeć do tej części umysłu człowieka, która rządzi jego postrzeganiem rzeczywistości.

Anoreksja, bulimia, uzależnienie

Krzysztof Masłoń, który recenzuje książki dla „Plusa Minusa", pamięta Pawlikowską z czasów, gdy dopiero zaczynała karierę i była „raczej skromną dziennikarką radiową". – Pierwsze jej książki przyjmowałem życzliwie, choć nie jest to literatura moich marzeń. Ale potem to się przekształciło w przemysł, a ona sama zna się już na wszystkim. Przynajmniej sądząc po tym, o czym pisze. Bóg z nią – mówi. Zapewne z litości nie ocenia stylu Pawlikowskiej, który opiera się na dość naiwnym obserwowaniu świata.

Do tego dokłada frywolny stosunek do interpunkcji: nadużywanie wykrzykników, dodawanie emotikonów, czy „artystyczna wolność" dana przecinkom. Innym chwytem, wynikającym zapewne z wagi pisanych słów, jest powtarzanie ich po kilka razy na różne sposoby, aby trafiły do głów maluczkich. Irytuje również metoda nagminnego szatkowania akapitów na pojedyncze zdania, które wtedy wydają się jeszcze mądrzejsze.

Dodają tekstowi dynamiki.

Zbliżają go do wiersza.

Właśnie w ten sposób.

A i książka przy okazji staje się grubsza, a przecież grube książki są mądre, co było do okazania. Taka struktura przypomina mądrości Paula Coelha, banały podawane w zjadliwy sposób, od których roi się również strona internetowa Pawlikowskiej. Chodzi o żółte karteczki z brulionu pełne kwiatków, serduszek i pięknych słów spisanych wiecznym piórem. Rada na dziś: „Uśmiecham się :) Uśmiechnij się razem ze mną :) Świat jest piękny nawet wtedy kiedy pokazuje się z nie najpiękniejszej strony :)". I codziennie w ten żółty deseń.

Jeszcze inną cechą staje się podawanie różnych prawd nie z punktu widzenia nauki, lecz własnego życia. W ten sposób każdą teorię można odbezpieczyć słowami „moim zdaniem" albo „z mojego doświadczenia". Pawlikowska w książce o depresji pisze, że nie da się jej „trwale i skutecznie wyleczyć za pomocą lekarstw. Pigułki mogą przynieść chwilową ulgę, bo pozwalają mniej czuć. (...) To tak jakby wypić kieliszek mocnego alkoholu, który cię znieczuli i odwróci twoją uwagę, ale w niczym nie przybliża cię do uzdrowienia, a wprost przeciwnie – może cię uzależnić od możliwości oddalenia się od samego siebie".

I dalej: „Jeżeli użyjesz chemicznych lekarstw, które mechanicznie uderzają w komórki nerwowe wywołując ich ogłuszenie, spowolnienie albo oszołomienie, to niczego nie leczysz. Powodujesz tylko chwilowe zawieszenie systemu". Bo depresja to „stan podobny do awarii komputera, w którego pamięci zderzają się sprzeczne albo nieadekwatne dane, na podstawie których nie może utworzyć jednoznacznego wyniku. Wtedy komputer się zawiesza. (...) Komputer sam z siebie się nie przebudzi. Musisz go zrestartować. Robi się to za pomocą naciśnięcia i przytrzymania głównego włącznika".

I jeszcze kawałek o raku, który jest „zewnętrznym przejawem podświadomego poczucia krzywdy, tłumionych uraz, braku przebaczenia i skoncentrowaniu się na dawnej urazie". Nie dziwi, że ktoś ukłuł określenie: „Błądynka".

– Wierzy pani, że lekarstwa nie leczą depresji?

– Lekarstwa nie leczą emocji. Potrafią je tylko zamrozić. Moim zdaniem pierwotnym źródłem depresji i problemów, z których wynikają także wszystkie uzależnienia, są dawno zapisane kody w podświadomości, z których człowiek nie zdaje sobie sprawy, mimo że to właśnie one w najbardziej realny sposób kierują jego życiem – mają bezpośredni wpływ na samoocenę, nastrój, reakcje i decyzje. Z mojego doświadczenia wynika, że jeśli zmieni pan te zapisy, jeśli świadomie zweryfikuje pan ich treść i zapisze je na nowo, uwolni się pan od poczucia chaosu, niemocy, depresji, ale także od uzależnień, zachowań autodestrukcyjnych, od pecha, strachu, toksycznych związków i innych nieszczęśliwych przypadków.

– Psychiatrzy krytykowali te rady.

– Akurat byłam wtedy w dżungli, więc nie wiem, co mówili.

– A interesuje to panią?

– Do pewnego stopnia. Jest wiele sposobów spojrzenia na każdą sprawę i wiele opinii. Każdy ma prawo mieć swoją: zarówno lekarze wykształceni w tym kierunku z tytułami naukowymi, jak i ja na bazie własnych badań, które prowadziłam na swoim życiu przez kilkadziesiąt lat.

– Próba jest mała, bo dotyczy jednej osoby.

– Jest jednak pewna istotna różnica. Podczas rozmowy z pacjentem lekarz może dowiedzieć się tylko o tym, co pacjent sam mu powie, a przecież są rzeczy, których pacjent nie będzie w stanie wyrazić słowami, ponieważ sam ich nie rozumie albo nie zdaje sobie sprawy z tego, że kryją się w jego podświadomości. Inaczej jest wtedy, kiedy pacjent jest jednocześnie lekarzem. Ja sama wyleczyłam siebie z anoreksji, bulimii, uzależnienia i depresji. Dlatego widzę siłę w tym, co odkryłam i zastosowałam w moim własnym życiu.

– Były listy od ludzi negujące proponowane przez panią metody?

– Jeden. Pojawił się na mojej stronie internetowej, ale znajdowały się w nim zarzuty, które nie miały potwierdzenia w treści książki.

Smaczna, lekkostrawna, bezglutenowa

Na depresję Pawlikowska ma właściwie jedną radę, choć rozbija ją na 400 stron druku: zmień siebie. Sama jest dowodem: przyznała się do anoreksji, bulimii, uzależnienia od alkoholu i narkotyków, próby samobójstwa (połknęła tabletki, ale mama wróciła wcześniej z pracy), doznanego gwałtu – ale w pełni pokochała siebie. Z wzajemnością, sądząc po liczbie zdjęć ze sobą w roli głównej, które upublicznia, czy też przekonania do własnych racji.

A czy ludzie naprawdę nie wiedzą tego, że trzeba polubić siebie? Czy potrzebny jest im wykład z filozofii pod hasłem: odrzuć wszystko, co sztuczne i myśl pozytywnie, a będziesz zdrowy i szczęśliwy? Jest i zestaw „ćwiczeń, które będę wykonywał codziennie rano, kiedy widzę się w lustrze. Będę patrzył w oczy mojej duszy i mówił jej, że ją kocham. W ten sposób przejmuję odpowiedzialność za moje życie". Można jeszcze z uśmiechem zwracać się do siebie: „Tęczowa Jaszczurko, Chmurzasty Pająku, Wesoła Pliszko, Mokry Zającu, Leśna Poziomko", bo chodzi o pogodne nastawienie do świata. Ja nazwę siebie Zażenowanym Misiem.

Zanim przebrzmiała książka o depresji, wyszła już następna: „Blondynka w Japonii". Pytam o nią japonistów z Uniwersytetu Warszawskiego. Doktor Beata Kubiak Ho-Chi mówi, że książki nie czytała, ale „reportaże p. Pawlikowskiej o Japonii były oceniane przez studentów japonistyki dosyć krytycznie jako stereotypowe".

Magister Marta Trojanowska ostrzega: „Dopóki w pamiętniku z podróży – a chyba właśnie tym wydaje się książka pani Pawlikowskiej – nie ma zbyt daleko idących uogólnień, jest szansa, że czytelnik będzie w stanie uznać książkę za zapis indywidualnego doświadczenia. Każda kultura i każde społeczeństwo w swej istocie jest wieloaspektowe, wielowarstwowe i uogólnienia są błędem. Postawa pars pro toto jest zdecydowanie nie do zaakceptowania. Nie ma w niej prawdy, chęci poznania, tylko zamroczenie, wzmacnianie wcześniejszych przekonań. W przypadku książek o tematach egzotycznych dobrze jest więc pytać się specjalistów i weryfikować swoje wrażenia. Jak mówią Japończycy: – Zapytasz, wstyd przez chwilę. Nie zapytasz, wstyd na całe życie. A jeśli jeszcze ten wstyd wydrukować? Szkoda gadać...".

Gdy napisałem ten akapit, właśnie przyszedł mail, w którym wydawnictwo Edipresse Książki zachęca do kolejnych publikacji Pawlikowskiej. „Kasza jaglana" to kulinarna podróż ze 155 przepisami na bazie zdrowej kaszy, która „pomaga w leczeniu astmy, wzmacnia serce, przywraca wewnętrzną równowagę, jest lekkostrawna, bezglutenowa, smaczna i świetnie komponuje się w nawet deserach", choć na poprzednie książki sarkali specjaliści od żywienia.

Do tego na rynek trafia „Malowanka: moje ulubione szczęśliwe piosenki", w której kilkaset wzorów pomoże obniżyć stres i wyciszyć się, mimo towarzyszącej temu muzyki; oraz „Malowanka: najpiękniejsze piosenki świąteczne" z utworami bożonarodzeniowymi, które „rozgrzewają duszę i budują atmosferę". – Czy zawierają kolędy? – pytam. – Jeśli ma pan na myśli takie utwory jak „Cicha noc", to jest tam też kilka kolęd – odpowiada Pawlikowska. Ale stop, więcej książek już nie opiszę, choć niebawem pojawi się pewnie sto pierwsza, wszak do końca roku jeszcze cały miesiąc. Czytelnicy może i zacierają ręce, ale ja łapię się za głowę.

Zęby, śmieci, żaby

Przed dwoma laty Beata Pawlikowska z rąk Bronisława Komorowskiego odebrała biało-czerwoną flagę za osiągnięcia podróżnicze i ekologiczne. Mówi, że to była przyjemna okoliczność, bo wymienili uśmiechy i prezenty. Ona dała prezydentowi dwie książki.

– Od Andrzeja Dudy też by pani przyjęła wyróżnienie?

– Oczywiście, to wymiana dobra z innymi ludźmi, więc czemu nie?

– Ale polityką nie interesuje się pani w ogóle i nigdy nie głosuje w wyborach.

– Zrobiłam wyjątek jedynie dla ówczesnego chłopaka, któremu bardzo na tym zależało.

– Chodzi o 1989 rok?

– Nie pamiętam, ale to było chyba później, bo mieszkałam już w Warszawie.

– Dlaczego pani nie głosuje?

– Polityka to iluzja. Jest inną formą marketingu. Wybory wygrywa przecież ten, kto się najlepiej zaprezentuje w filmie reklamowym przygotowanym przez specjalistów od promocji. Albo ten, kto obieca, że będzie rozdawał pieniądze.

– Nie wierzy pani w program 500+?

– Nie tędy droga. Pieniądze dają iluzję poczucia bezpieczeństwa. Prawdziwe bezpieczeństwo bierze się z wartości duchowych – z przekonania o własnej wartościowości, zaufania do Boga, kierowania się na co dzień prostymi wartościami chrześcijańskimi – uczciwością, dobrem, miłością. Z tego bierze się siła i zdrowie. Wtedy rodzą się zdrowe dzieci, a rodzice są w stanie dać im to, co jest najważniejsze: akceptację, bezwarunkową miłość i bezpieczeństwo. Myślę więc, że należałoby zacząć od warsztatów z poczucia własnej wartości, rozwoju duchowego i nauki pozytywnego myślenia, bo kiedy dorośli będą żyli w stanie wewnętrznej równowagi i samoświadomości, to sami z siebie będą chcieli mieć dzieci i będą w stanie im przekazać swoją siłę i zdrowe emocje. Mnożenie dzieci wśród nieszczęśliwych dorosłych uzależnionych od alkoholu i innych używek nie ma sensu.

– Czym dla pani jest patriotyzm?

– Właśnie tym. Dobrem, które stosuję na co dzień. Tym, że zawsze zakręcam wodę, kiedy myję zęby, segreguję śmieci i szanuję życie żaby, która przechodzi przez jezdnię, więc zatrzymuję samochód i pomagam jej dotrzeć do miejsca, gdzie będzie bezpieczna. Te drobne rzeczy najlepiej pokazują dbanie o swój kraj. Bardziej niż rozpamiętywanie, kto i co zrobił nam złego. Czasem mam wrażenie, że w Polsce żyje się pomiędzy wojną, która była, i wojną, która będzie, czyli w stanie strachu, poczucia krzywdy i stresu. Ja tak nie chcę. Chcę być szczęśliwa i wolna. Dlatego koncentruję się na tym, że jestem tutaj i teraz!

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA