fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Wołos : Przewrót majowy Piłsudskiego

W wyniku walk bratobójczych w maju 1926 roku zginęło 379 osób, połowę stanowili cywile. Ofiary walk żegnały tłumy Polaków
NAC
Tydzień po zakończeniu walk w Warszawie Józef Piłsudski wydał swój słynny „Rozkaz do żołnierzy". Dokument ten jest jednym z najpiękniejszych i zarazem najtragiczniejszych świadectw epoki.

Marszałek dał w nim dowód swoich literackich talentów, jasności myśli, wyczucia dziejowej chwili, ale i głębokiej świadomości tragicznych wydarzeń, które sam spowodował:

„Jest prawda twarda i harda o żołnierzach. Wszyscy mamy jedną wspólną siostrzycę, władającą nad pracą naszą żołnierską. Jest nią śmierć, ścinająca kosą tego, na którego palec Boży wskaże. Służb takich nie sprawuje nikt inny, prócz nas, żołnierzy. Takimi byliśmy, gdyśmy ongiś wzięli Polskę słabiutką i drżącą na swoje bary, by po znojach i zwycięstwach oddać ją współobywatelom silną i pewną życia. Lecz widzimy ją niestety w wiecznych swarach i kłótniach, w jakiejś rozkoszy panoszenia się jednych nad drugimi. I gdy dookoła nas wre wszędzie kłótnia i zawiść partyjna, gdy dygoce nienawiść i rozpala się niechęć dzielnicowa, trudno, by żołnierz był spokojny".

Marszałek w swoim coraz bardziej krytycznym oglądzie odrodzonej po zaborach Polski doszedł do przekonania, że tylko pod względem wojskowym stanęła ona na właściwym poziomie. Zapewne miał na myśli w pierwszym rzędzie walki o granice, a przede wszystkim zwycięską wojnę z Sowietami. Wojnę o wszystko, o niepodległość, narodowy byt, o własne państwo wyśnione po stuleciu niewoli. Żołnierzy traktował jako specjalną kastę. Może nawet w państwie najważniejszą. Sam się do nich zaliczał. Stąd w cytowanym fragmencie pierwsza osoba liczby mnogiej – „my". I nie chodziło Piłsudskiemu bynajmniej tylko i wyłącznie o pojednanie po krwawych walkach, podczas których odziany w polski mundur żołnierz strzelał do swojego kolegi noszącego identyczny uniform. Szło o sprawy głębsze, o imponderabilia, o których przypomniał dziennikarzom w pierwszym dniu walk majowych. Wsiąknięta w ziemię krew zapomniana być jednak nie mogła. Pamiętamy o niej do dziś. Piłsudski był świadom, że nieść będzie za nią odpowiedzialność wobec współczesnych mu i przyszłych pokoleń. To jedna z przyczyn wydania cytowanego powyżej rozkazu.

Bilans walk majowych na ulicach Warszawy był tragiczny. Zginęło 379 ludzi, z czego mniej więcej połowa to cywile. Wedle danych zebranych przez komisję z gen. Lucjanem Żeligowskim na czele, rannych zostało około 900 osób. Prawdą jest, że po obu stronach w walkach udział brali przeszkoleni i uzbrojeni żołnierze, wielu warszawiaków zaś przyglądało się wymianie ognia niczym przedstawieniu teatralnemu. Prawdą jest i to, że do krwawych walk ulicznych dochodziło w międzywojniu w stolicach takich państw, jak choćby Austria (1927) czy Francja (1934), którą traktowano jako wzorzec demokracji. W niczym te konstatacje nie zmieniają jednakże tragizmu polskiego maja 1926 roku.

Już jesienią 1925 roku Piłsudski chciał powrócić do czynnego życia politycznego po przeszło dwóch latach przebywania z własnej woli poza głównym nurtem wydarzeń, któremu wszakże nie przestawał bacznie się przyglądać. Nie czuł się jeszcze politycznym emerytem. Upadek rządu reformatora polskiej gospodarki prof. Władysława Grabskiego i perturbacje wokół powołania do życia kolejnego gabinetu dały asumpt do politycznych wystąpień Marszałka, który próbował narzucić prezydentowi Stanisławowi Wojciechowskiego swojego kandydata na fotel ministra spraw wojskowych. Piłsudski chciał przy tym przestraszyć politycznych konkurentów, mocno akcentując poparcie, jakim cieszył się w szeregach armii, a przynajmniej znacznej jej części. Liczył na to, że wyobraźnia adwersarzy na scenie politycznej sama podpowie im konieczność ugięcia się przed wolą pierwszego Marszałka Polski. Temu służyć miała manifestacja zorganizowana przez wiernych mu oficerów 15 listopada 1925 roku w Sulejówku, podczas której gen. Gustaw Orlicz-Dreszer wypowiedział znamienne słowa „Niesiemy Ci nie tylko wdzięczne serca, ale i pewne w zwycięstwach zaprawione szable". Przemówienie generała było uprzednio konsultowane z Piłsudskim, a jego cyzelowana odpowiedź doskonale obliczona na temperowanie rzekomo bliskich wybuchu nastrojów wiernych żołnierzy. Manifestacja przed dworkiem Milusin w Sulejówku miała się odbić szerokim echem w Polsce, aby niczym grom dotrzeć do uszu przeciwników politycznych Piłsudskiego. Tak też się stało.

Sondowanie czy spiskowanie?

To jeszcze nie wszystko. Równolegle prowadzono działania zakulisowe, które polegały na sondowaniu rozmaitych środowisk politycznych w Polsce w sprawie ich stanowiska w kwestii powrotu Marszałka do czynnej polityki. Objęto nimi korpus oficerski i przedstawicieli rozmaitych sił politycznych. Działania te prowadzili wierni Piłsudskiemu oficerowie, najczęściej legionowej i peowiackiej proweniencji. Może najbardziej wymownym przykładem były sondaże dokonane przez mjra Kazimierza Kierzkowskiego wśród komunistów, podchodzących zresztą doń z charakterystyczną dla tego środowiska gigantyczną podejrzliwością i obawą przed prowokacją. Czy ze strony piłsudczyków były to kroki konspiracyjne zmierzające do przygotowań zbrojnego zamachu stanu? Szukanie dowodów na takie postrzeganie przeszłości prowadziło wielu historyków niechętnych Piłsudskiemu na naukowe manowce i ku naciąganiu faktów. Stało się to między innymi udziałem Andrzeja Garlickiego, który niemal cały swój naukowy dorobek poświęcił Piłsudskiemu i budowanemu przezeń obozowi politycznemu. Inni badacze, jak chociażby amerykański historyk Joseph Rothschild, dowodów na konspiracyjne przygotowania przewrotu nie znaleźli, bo i znaleźć nie mogli. Konspirator w tym przypadku konspirować nie miał zamiaru i nie miał potrzeby. Sondowanie to jeszcze nie konspiracja. Kawiarniane zaś spotkania wiernych Marszałkowi piłsudczyków to wręcz rzekomego spisku zaprzeczenie. Poparcie w szeregach armii miał wystarczające, nawet jeśli na jej czele przed majem 1926 roku stali jego adwersarze, a nie adherenci. Trwający wciąż kryzys gospodarczy zwiększał stopień niechęci wielu środowisk do rządzących. Czas grał więc na korzyść Piłsudskiego, jak to często bywa w przypadku nieobecnych na politycznej scenie aktorów, o których trudno przecież zapomnieć ze względu na wcześniejsze dokonania. W tym przypadku dochodziła jeszcze legenda Komendanta rozlewająca się po ziemiach polskich co najmniej od czasów legionowej epopei.

Jesienny kryzys 1925 roku zakończył się jednakże polubownie. Premierem został giętki i inteligentny Aleksander Skrzyński, bez wątpienia jeden ze znamienitszych szefów polskiej dyplomacji w międzywojennym dwudziestoleciu. Piłsudski potrafił go zaakceptować, tym bardziej że na czele resortu spraw wojskowych stanął gen. Żeligowski, kresowianin, który wczesną jesienią 1920 roku nie odmówił Marszałkowi „buntu" zakończonego zajęciem ukochanego przez obu Wilna. Ministra wojny w warunkach stworzonych przez konstytucję marcową Piłsudski uważał zaś za jedynego w imieniu prawa prawdziwego obrońcę armii przed rozpasanymi politykami i partiami, do których odczuwał rosnącą niechęć, przed ową sejmokracją widzianą jako szalbierstwo godzące skutecznie w wartość absolutnie najwyższą – odrodzone po zaborach własne państwo z fundamentem w postaci wojska. Na kilka miesięcy sytuacja się uspokoiła, ale emocje bynajmniej nie opadły. Warto podkreślić, że w przededniu przewrotu mechanizm sondaży, nacisków i kawiarnianych manifestacji powtórzono.

Piłsudski aktywizował się publicznie. Wygłaszał odczyty, udzielał wywiadów, przyjmował u siebie w Sulejówku licznych gości. Na imieniny 19 marca 1926 roku strzelcy i żołnierze urządzili defiladę przed jego obliczem. Niespełna 19-letni Janusz Pajewski, w przyszłości wybitny historyk, wspominał, jak to z ojcem udali się na odczyt Marszałka pt. „O Wodzu Naczelnym i państwie", który odbył się miesiąc po wspomnianych imieninach w Kamienicy Książąt Mazowieckich na Starym Rynku w Warszawie. Po wyjściu Pajewski zapytał ojca. czy Piłsudski jest już człowiekiem przeszłości, czy też odegra jeszcze znaczącą rolę. Młodzian usłyszał krótką, acz znamienną i jakże trafną odpowiedź – „Ten człowiek tryska energią".

Wojsko bez map Warszawy

Marszałek nie bał się ryzyka. Już wcześniej wielokrotnie dał temu wyraz, tak w działaniach wojennych, jak i w życiu politycznym. Czy liczył na przysłowiowy łut szczęścia, które niejednokrotnie mu sprzyjało? Nie wykluczałbym i tego. Powołanie 10 maja 1926 roku gabinetu centroprawicowego zwanego Chjeno-Piastem podziałało na niego niczym czerwona płachta na byka. Rządy narodowej demokracji wspieranej przez inne ugrupowania prawicowe oraz Polskie Stronnictwo Ludowe Piast z Wincentym Witosem na czele kojarzyły się Piłsudskiemu i piłsudczykom przede wszystkim z polityczną oraz moralną odpowiedzialnością za zamordowanie pierwszego prezydenta Rzeczypospolitej Gabriela Narutowicza. Kojarzyły się także z niestabilną sytuacją w kraju, której wyrazem były krwawe starcia z robotnikami jesienią 1923 roku, partyjniactwem, sejmokracją i zatracaniem wartości, o jakie legioniści w swoim rozumieniu walczyli podczas Wielkiej Wojny. Do władzy doszli najwięksi i nieprzejednani wrogowie Marszałka, dla których nie miał on krzty szacunku. To właśnie przez nich trzy lata wcześniej wycofał się z aktywnego udziału w życiu politycznym w zacisze Sulejówka. Teraz powrócili, gotowi – w jego oczach – deptać imponderabilia i wiedzeni partykularnymi interesami szarpać na kawałki ledwie utkane płótno, a może i przysłowiowe Radziwiłłowskie sukno, uosabiające odrodzone po przeszło wieku niewoli i wciąż jeszcze słabe państwo.

Po Warszawie krążyć zaczęły plotki o inwigilowaniu przez agentów willi Piłsudskiego w Sulejówku. Nakład „Kuriera Porannego" z wywiadem Marszałka, w którym ostro i bardzo negatywnie wypowiadał się o nowym rządzie, został skonfiskowany, choć jak to w Polsce nieraz bywało, zdołał dotrzeć do części opinii publicznej. Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Piłsudski postanowił działać stanowczo, decydując się na pójście o krok dalej niż jesienią 1925 roku. Kolejna manifestacja wiernych mu żołnierzy w Sulejówku nikogo już przestraszyć nie mogła, a co za tym idzie, byłaby zbyt słabym środkiem nacisku na nowy rząd. Teraz demonstracja wojskowa z Piłsudskim na czele miała się odbyć w samej Warszawie właśnie pod hasłem obrony armii i państwa. Jej rezultatem miało być wymuszenie ustąpienia rządu Witosa na warunkach, jakie podyktować miał Marszałek, który widział w takiej właśnie formie działania najprostszą i najskuteczniejszą drogę powrotu do władzy. Gdyby plan się powiódł, warunki dyktowałby Piłsudski i od niego zależałby układ sił na polskiej scenie politycznej. Pognębieni przeciwnicy zostaliby rozstawieni po kątach. Marszałek był świadom, że taki wariant spodoba się wielu Polakom, zwłaszcza tym wszystkim, którzy byli niezadowoleni z ostatnich lat rządów jego przeciwników. Była to grupa niemała. Chłopi i robotnicy wciąż odczuwali skutki kryzysu gospodarczego zwalczanego reformami Grabskiego, ale przecież dającego jeszcze o sobie znać. Piłsudski wiedział, że może liczyć nie tylko na swoich zwolenników w szeregach armii, ale i zdecydowaną większość sił lewicowych z Polską Partią Socjalistyczną na czele, niemałą część sił umiarkowanych oraz na niepodległościową inteligencję. Czy ową szykowaną demonstrację wojskową można traktować jako polityczny zamach stanu? Zapewne tak, bo zmiany miały być wymuszone siłą i dokonać się poza legalnymi kanałami, aczkolwiek bez uciekania się do użyciu siły czy ofiar śmiertelnych. Przeciwnicy tej tezy, szukający apriorycznie argumentów na rzecz szykowanego od dawna wojskowego, krwawego przewrotu podnoszą jeszcze i dziś, że przecież żołnierze maszerujący 12 maja 1926 roku na Warszawę z Piłsudskim na czele mieli w ładownicach ostre naboje. Marny to argument, któremu można równie dobrze przeciwstawić inny – dlaczego zatem oficerowie wierni Marszałkowi nie zaopatrzyli się nawet w mapy stolicy, gdzie jakoby zamierzali toczyć boje? Czyżby dobrze wykształceni sztabowcy Piłsudskiego po prostu o nich zapomnieli? To zbyt banalne. Walczyć nie zamierzano, a ustępstwa chciano wymusić ostentacyjną prezentacją gotowości do walki. To bynajmniej nie to samo. Na marginesie warto dodać, że improwizowany naprędce sztab gen. Dreszera został zaopatrzony w mapy dopiero w ostatnim dniu walk. Trudno natomiast stwierdzić, czy ślepe naboje w ogóle były na wyposażeniu jednostek wojskowych w tym czasie.

Sojusz Sowietów i Niemiec

Szukając przyczyn przewrotu, nie można zapominać o sytuacji międzynarodowej. Układy parafowane w Locarno, a podpisane 1 grudnia 1925 roku w Londynie, zwłaszcza zaś pakt reński, osłabiały pozycję Polski wobec Niemiec. Sojusz polsko-francuski wyraźnie tracił na wartości, przede wszystkim w swoim militarnym wymiarze. W Europie pojawiły się lepsze i gorsze granice. Te pierwsze uzyskały gwarancje nienaruszalności od mocarstw, te drugie gwarancji takich były pozbawione. Granica polsko-niemiecka należała niestety do tych drugich. Równie, a może jeszcze groźniejsze było kontynuowanie przez Niemcy i Związek Sowiecki polityki zbliżenia wyznaczonej w Rapallo w kwietniu 1922 roku. Jej ostrze godziło w porządek wersalski, przypominało granie na nosie Francji i Wielkiej Brytanii, ale przede wszystkim było groźne dla państw położonych między Sowietami i Republika Weimarską ze szczególnym wskazaniem na Polskę. W rozumieniu kremlowskich decydentów polityka rapallska skutecznie balansowała układy lokarneńskie, które miały zbliżyć Berlin do Paryża oraz Ligi Narodów. Odpowiedzią na Locarno był traktat berliński podpisany zaledwie trzy tygodnie przed zamachem stanu w Warszawie, bo 24 kwietnia 1926 roku. Przedłużał on i pogłębiał stypulacje ustalone w Rapallo. Dla Polski był szczególnie groźny, ponieważ jeszcze szerzej otwierał drzwi współpracy wojskowej Armii Czerwonej i Reichswehry. Wywiad polski miał tego świadomość.

Byli jeszcze piłsudczycy postrzegający się w roli strażników niepodległości. Pokolenie legionistów właśnie wchodziło w życiową dojrzałość. Większość z nich nie osiągnęła 40. roku życia. Dowodzący wojskami wiernymi Marszałkowi gen. Dreszer miał w maju 1926 roku niespełna 37 lat. Szef jego prowizorycznego sztabu ppłk Józef Beck jeszcze mniej, bo niespełna 32 lata. W Piłsudskim widzieli Polskę, a służba dla niego była dla wielu z jego wiernych żołnierzy tożsama ze służbą ojczyźnie. Może tylko nieliczni byli w stanie te dwie kwestie rozdzielić, co w dniach przewrotu prowadziło do rozterek z często tragicznymi następstwami w postaci samobójstw lub prób samobójczych. Ta ostatnia była udziałem gen. Kazimierza Sosnkowskiego postrzeganego przez wielu byłych żołnierzy I Brygady Legionów jako niezaprzeczalnie druga w obozie osoba po Marszałku.

Demonstracja siły się nie udała. Spotkanie Piłsudskiego z prezydentem Stanisławem Wojciechowskim na moście Poniatowskiego popołudniem 12 maja nie zakończyło się kompromisem. Głowa państwa namawiała Marszałka do przejęcia władzy drogą legalną. Usłyszał dobitne słowa – „dla mnie droga legalna zamknięta". Piłsudski wiedział, że nie odniosłaby ona pożądanego efektu w postaci zastraszenia politycznych adwersarzy. Liczył jeszcze na niesubordynację wiernych prezydentowi i rządowi Witosa żołnierzy, których szpaler stał na moście. Marszałek zapytał ,czy go przepuszczą na prawy brzeg Wisły. Odpowiedź była negatywna. Już wówczas Piłsudski wiedział, że musi dojść do walki. Wycofanie się w tym momencie zostałoby odebrane jako tchórzostwo, niekoniecznie tylko polityczne. Położyłoby się cieniem na całą drogę życiową Marszałka. Skutkowałoby najpewniej postawieniem go przed sądem jako buntownika podrywającego część oddziałów Wojska Polskiego do walki przeciwko legalnej władzy. Opuszczając most Poniatowskiego, Marszałek miał wciąż cień nadziei na porozumienie żołnierzy i pozostawił na miejscu płka Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego, jednego ze swoich najbliższych, najzdolniejszych i najwierniejszych współpracowników. Niewiele to dało. Wieniawę aresztowano i osadzono w więzieniu przy ul. Dzikiej.

Bratobójcze boje

Walki na ulicach Warszawy zaczęły się niebawem po opuszczeniu mostu Poniatowskiego przez Piłsudskiego. W chwili ich wybuchu piłsudczycy mieli nieznaczną militarną przewagę. Mogli liczyć na wsparcie Związku Strzeleckiego, członków i sympatyków Polskiej Partii Socjalistycznej, wielu środowisk lewicy niepodległościowej, kolejarzy, robotników. Zamachowców poparli nawet komuniści, którzy kierowali się ideologicznym szablonem w sowieckim wydaniu. W Piłsudskim widzieli albo kogoś na obraz i podobieństwo Aleksandra Kiereńskiego przeprowadzającego pierwszy etap rewolucji, albo „faszyzm lewicowy" występujący zbrojnie przeciwko „faszyzmowi prawicowemu" w wydaniu Chjeno-Piasta. Jedno i drugie niewiele miało wspólnego z rzeczywistością. Cywilom rozdano broń, którą po zakończeniu walk równie szybko im odbierano, obawiając się dalszych walk w imię rewolucji czy nawet zwykłego bandytyzmu. Tymczasem obie walczące strony starały się jak najszybciej ściągnąć wierne sobie wojska z innych rejonów Polski, aby przeważyć szalę zwycięstwa. Generałowie wierni rządowi, w tym Tadeusz Jordan Rozwadowski, Juliusz Malczewski, Stanisław Haller, Włodzimierz Ostoja-Zagórski, liczyli na przyjazd pułków wielkopolskich, których większość zachowała wierność legalnej władzy. Piłsudczycy z kolei oglądali się na garnizon wileński, gdzie stacjonował gen. Edward Rydz-Śmigły, sprawdzony żołnierz Marszałka. Niektórzy dowódcy zachowywali się co najmniej dwuznacznie. Gen. Władysław Sikorski jako dowódca Okręgu Korpusu we Lwowie, nie miał nic przeciwko posłaniu części podległych mu oddziałów zarówno na pomoc Piłsudskiemu, jak i rządowi. Stronnicy Marszałka mieli tę przewagę, że wspierali ich kolejarze, zdolni choćby na jakiś czas utrudnić transportowanie wojsk jadących na pomoc rządowi i przyspieszyć przejazd oddziałów opowiadających się za zamachowcami. Walki trwały trzy dni. Głównym kierunkiem natarcia podkomendnych gen. Dreszera był Trakt Królewski w kierunku Belwederu i dalej Wilanowa. Już 14 maja przewaga zamachowców była wyraźna. Dreszer i jego sztabowcy wszystkie ważniejsze decyzje konsultowali z Piłsudskim, co przeczy pojawiającym się czasami oskarżeniom o jego załamaniu. Faktem jest natomiast, że bratobójcze boje ciężko przeżywał.

Następnego dnia walki zakończono. Był to dowód dojrzałości politycznej obu stron. Kontynuacja konfliktu zbrojnego groziła nie tylko przekształceniem walk w Warszawie w wojnę domową o znacznie większym zasięgu, ale i wzrostem dzielnicowych separatyzmów, wreszcie zagrożeniem polskich granic od wschodu i zachodu. Udało się uniknąć wojny domowej, na którą czekali komuniści rodzimi i ci z Moskwy, upatrujący na siłę w wydarzeniach warszawskich inspiracji Wielkiej Brytanii – głównej antysowieckiej siły ówczesnego świata – i gotowi przekształcać je w rewolucję społeczną.

Późnym popołudniem 14 maja prezydent Wojciechowski złożył urząd podczas posiedzenia rady gabinetowej w Wilanowie. Rząd Witosa również złożył dymisję. Władzę przejął zgodnie z zapisem konstytucji marszałek Sejmu Maciej Rataj. Faktycznie jednak znalazła się ona w rękach Piłsudskiego, z inspiracji którego powołano nowy rząd z prof. Kazimierzem Bartlem na czele. Marszałkowi zależało na zalegalizowaniu zamachu i zmian politycznych, które on przyniósł. Z tego powodu nie zdecydował się rozpędzić parlamentu wybranego w 1922 roku. Co więcej, ten sam parlament w końcu maja dokonał wyboru Piłsudskiego na stanowisko prezydenta Rzeczypospolitej. W ostatnim dniu maja 1926 roku Marszałek dał się wybrać, aby pokazać Polakom i opinii międzynarodowej, że jego władza nie ma źródła tylko w krwawych wydarzeniach, do jakich doszło na ulicach Warszawy, ale pochodzi z nadania legalnie funkcjonujących Sejmu i Senatu. Nie chciał jednakże zostać głową państwa z powodu zbyt małych uprawnień wyznaczonych konstytucją z 1921 roku. Złożył rezygnację i zaproponował na najwyższe stanowisko prof. Ignacego Mościckiego, którego wybrano prezydentem. Sam Piłsudski objął stanowisko ministra spraw wojskowych, które sprawował bez przerwy do śmierci. Faktycznie to on sprawował najwyższą władzę, a jego autorytet był jej źródłem dla stronników zajmujących teraz czołowe stanowiska w państwie. Zamach majowy otworzył przed nimi drogę do pełni władzy politycznej, wojskowej i gospodarczej. Z woli i nakazu Piłsudskiego szybko przystąpiono do przebudowy władzy państwowej. Dokonało się to latem 1926 roku. Wzmocniono władzę wykonawczą, zwłaszcza pozycję prezydenta Rzeczypospolitej, poprzez wprowadzenie tzw. noweli sierpniowej dającej mu prawo m.in. rozwiązywania parlamentu i wydawania rozporządzeń z mocą ustawy. Niemal równocześnie wojsko uniezależniono od sił politycznych poprzez utworzenie Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych. Na jego czele stanął Piłsudski, dla którego armia i polityka zagraniczna pozostawały najważniejszymi, choć bynajmniej nie jedynymi obszarami działania. Polska zmierzała ku dyktaturze i formie rządów autorytarnych, choć przysłowiowe złamanie kręgosłupa politycznej opozycji i parlamentyzmowi dokonało się dopiero kilka lat później, po rozwiązaniu Sejmu i Senatu oraz aresztowaniu przywódców opozycji politycznej w Twierdzy Brzeskiej w 1930 roku.

Profesor Henryk Wereszycki mawiał, że historyk ma dość problemów z wyjaśnianiem tego, co się wydarzyło, aby zajmować się jeszcze tym, do czego nie doszło, a co najwyżej dojść mogło, innymi słowy „gdybaniem". Mając te słowa w pamięci, postawmy wszak pytanie czy przewrotu majowego można było uniknąć? Zapewne tak, ale kształt państwa i władzy należało zmienić. Czy można było tego dokonać inaczej? Czy wprowadzone po zamachu zmiany szły w pożądanym dla państwa i jego obywateli kierunku? To już dywagacje godne podjęcia w innym tekście. ©?

Mariusz Wołos, profesor, historyk, eseista, prorektor na Uniwersytecie Pedagogicznym im. KEN w Krakowie

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA