fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

W porównaniu z TikTokiem Facebook to oaza wolności

AdobeStock
Przy okazji protestów w Hongkongu, które sami demonstranci ochoczo relacjonują w mediach społecznościowych, okazało się, że jedna z najszybciej rosnących platform internetowych ma świetnie rozbudowane algorytmy cenzurujące. TikTok – bo o nim mowa – został już ściągnięty na smartfony przez ponad miliard użytkowników. W Polsce zainstalowało go ponad sześć milionów osób. Najkrócej go opisując, jest to serwis umożliwiający wrzucanie do sieci krótkich, 15-sekundowych filmików, które można na różne sposoby przerabiać i edytować.

Początkowo służył jako miejsce tworzenia amatorskich teledysków – dzieci pod znane przeboje podkładały własne układy taneczne. Pierwszy raz spotkałem się z nim dwa lat temu, gdy jedna z moich córek pochwaliła mi się filmikiem na telefonie koleżanki ze szkoły. Zresztą 95 proc. użytkowników tego serwisu w Polsce to dziewczyny. Co więcej, 97-proc. to nastolatki!



Największym problemem TikToka – oprócz tego, że stał się bagnem tzw. patostreamingu (jeśli macie Państwo mocne nerwy, znajdźcie na YouTubie coś w rodzaju „przegląd najgorszych polskich TikToków") – jest jednak to, że aplikację założyli Chińczycy. A to nie jest w dzisiejszych czasach bez znaczenia.

Dzienniki „The Guardian" i „Le Monde" poinformowały w tym tygodniu, że rząd w Pekinie zmusił serwis do przestrzegania zakazu „wypaczania historii". Co się kryje pod tym pojęciem? Po prostu cenzura. Serwis usuwa bowiem informacje o Tybecie, Tajwanie, prześladowaniach religijnych w Chinach, Baracku Obamie, ludobójstwie w Kambodży, masakrze na placu Tiananmen. Znikać z niego zaczęły też relacje ze wspomnianych na początku protestów w Hongkongu.

TikTok jest doskonałym przykładem działania chińskich przedsiębiorstw. Podbijają świat, oferują świetne, nowoczesne i tanie usługi. Ale na końcu jest polityka, której nie mogą się nie podporządkować.

Bardzo często na Zachodzie krytykujemy Facebooka czy Twittera za to, że negatywnie wpływają na jakość debaty publicznej, że pod pretekstem swych „standardów społeczności" kasują konta i tak się składa, że chętniej ograniczają działania prawicy niż lewicy. Ale w porównaniu z TikTokiem Facebook to wprost oaza wolności. Przy całej arbitralności przy wyznaczaniu ich standardów, nie da się ich nawet porównać z tym, co robi TikTok. Różnica jest bowiem podstawowa: to nie rząd amerykański narzuca amerykańskim serwisom społecznościowym, takim jak Facebook, Twitter czy YouTube, co wolno tam pokazywać, a czego nie. Oczywiście muszą przestrzegać obowiązującego prawa, ale to one same ustalają, jakie reguły u nich obowiązują. To Facebook na przykład sam zdecydował, że nie będzie pokazywał pornografii, choć jest ona wszak legalna.

Serwisy chińskie tymczasem, jak przyjdzie co do czego, muszą realizować linię partii komunistycznej. I tu zaczynamy rozumieć stawkę w obecnym wyścigu technologicznym. Rywalizacja pomiędzy Chinami i USA o to, kto będzie dominował w sferze technologii i infrastruktury, nie jest tylko wyścigiem o patenty czy zyski. To wyścig o ideologię. Wojna o 5G jest wojną o to, kto będzie posiadał klucze do globalnej debaty publicznej. O to, kto, jak i co będzie mógł komentować i jakie treści będą cenzurowane.

Płynie z tego jednak dla Polski smutny wniosek. W tej wojnie nie mamy nic do powiedzenia. Jesteśmy polem kolejnych bitew, a nie ich stroną. Mamy wybór między Chinami i USA, chyba że odrzucimy alternatywę „Facebook albo TikTok" i wybierzemy rosyjskie Vkontakte. Stawką dla nas jest więc suwerenność, której znaczenie musimy jednak na nowo w cyberświecie zdefiniować.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA