fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Polska-Ukraina. Spokojnie, to tylko przełom

Marsz w tę samą stronę? To jeszcze nie jest przesądzone. Andrzej Duda i Wołodymyr Zełenski przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie, 31 sierpnia 2019 r., w przeddzień obchodów 80. rocznicy wybuchu drugiej wojny światowej
Forum
„Po owocach ich poznacie" – mówi Pismo. W stosunkach polsko-ukraińskich po wizycie Wołodymyra Zełenskiego w Polsce o żadnych owocach mówić nie można, ale z pewnością ociepliła się atmosfera między oboma krajami.A to ważne dla dojrzewania owoców – także tych politycznych.

Nowy prezydent Ukrainy jako doświadczony aktor ma bardzo dobrze opanowane techniki skupiania na sobie uwagi i pozyskiwania sympatii publiczności. Przyjeżdżając do Polski, wiedział, że publiczność – w tym przypadku nasza opinia publiczna – zgłasza oczekiwanie na przełom w stosunkach Warszawa–Kijów i to na taki, którego inicjatorem będzie właśnie Ukraina. Wyciągnął więc rękę na zgodę i ogłosił przełom na Facebooku. Osiągnął cel, choć właściwie niczego konkretnego jeszcze nie zrobił poza deklaracją, że polskie prace ekshumacyjne na Ukrainie mogą zostać wznowione. W polityce jednak liczą się też takie gesty oraz atmosfera, w jakiej są dokonywane.

Tu Zełenskiemu okoliczności akurat sprzyjały. Już od jego zwycięstwa nad Petro Poroszenką nad Wisłą zapanowała atmosfera wyczekiwania. Zaczęto mówić, że nowe otwarcie jest możliwe, bo nie jest uwikłany w spory historyczne i nie ma łatki banderowca. Poza środowiskami skrajnymi po obu stronach granicy polsko-ukraińskiej panowało już zmęczenie konfliktem o przeszłość, który żadnej ze stron nie przynosił oczekiwanych efektów.

Zełenski, zostając prezydentem, wywrócił do góry nogami stolik z ukraińską polityką i musiało to wpłynąć na stosunki z Polską. Obok wyczekiwania pojawiła się więc też nadzieja. Wizyta w Warszawie przy okazji uroczystości związanych z rocznicą wybuchu II wojny światowej była dobrą okazją, by tę nadzieję podtrzymać. Miała wysoki, oficjalny status, ale poza słownymi deklaracjami nie wymagała konkretów w postaci podpisanych umów. Nieobecność Donalda Trumpa sprawiała, że prezydent Ukrainy był jednym z ważniejszych gości.

Kilka ciepłych słów, uścisków dłoni, życzliwa rozmowa, wspólna konferencja prasowa z prezydentem Andrzejem Dudą i wreszcie słynny już wpis w mediach społecznościowych wystarczyły, byśmy chcieli uwierzyć, że przełom jest naprawdę możliwy. Oczywiście łatwiej uwierzyć, gdy ogłasza go uśmiechnięty i sympatyczny młody człowiek, a nie gdy przemawia do nas z marsową miną surowy Petro Poroszenko.

Warto przypomnieć w tym kontekście hołd ofiarom rzezi wołyńskiej, jaki latem 2016 r. złożył w Warszawie właśnie Poroszenko. Był to wielki, uroczysty gest prezydenta kraju, któremu wpis Zełenskiego nie może dorównać powagą, a jednak nie chcieliśmy wtedy wierzyć w żaden przełom.

Gorzej i jeszcze gorzej

Od lat stosunki polsko-ukraińskie toczyły się po sinusoidzie: poprawa-pogorszenie, poprawa-pogorszenie, a sinusoida ta tworzyła błędne koło. O dziwo, w sumie lepsze relacje polscy przywódcy mieli z tzw. obozem niebieskim, kojarzonym z opcją poradziecką i prorosyjską, niż z pomarańczowymi, którzy zgłaszali proeuropejskie aspiracje i z którymi w czasie obu ukraińskich rewolucji sympatyzowaliśmy. Dla niebieskich, będących pariasami na europejskich salonach, byliśmy Zachodem, pomarańczowi mieli aspiracje bezpośrednich kontaktów z Paryżem, Berlinem czy Waszyngtonem, co nas irytowało.

Z niebieskimi można było wiele osiągnąć w kwestiach historycznych, ale Polskę nie do końca satysfakcjonowały te możliwości, bo trudno uwierzyć w szczerość deklaracji składanych przez ludzi uważanych za nihilistów albo takich, dla których Ukraińska Powstańcza Armia (UPA) była organizacją zbrodniczą i potępienie jej nic ich nie kosztowało. Wyzwaniem dla Warszawy było porozumienie się czy choćby dialog z tymi, którzy naprawdę odwołują się do tradycji UPA. Ten dialog był coraz trudniejszy.

Dla porządku przypomnijmy sekwencję wydarzeń: wiosną i latem 2014 r. w konsekwencji rewolucji Euromajdanu władzę na Ukrainie przejmują siły prozachodnie, a prezydentem zostaje Poroszenko. Już rok później, chwilę po wizycie nad Dnieprem prezydenta Bronisława Komorowskiego, który zupełnie wówczas unikał tematu Wołynia, ukraiński parlament przegłosowuje uchwały gloryfikujące UPA. W Polsce temat rzezi wołyńskiej robi się coraz popularniejszy także za sprawą zapowiadanego filmu Wojtka Smarzowskiego, ale film to zjawisko kulturalne i społeczne, polityczną burzę wywołuje natomiast uchwała sejmowa nazywająca ukraińskie mordy na Wołyniu ludobójstwem. Jednocześnie spada sympatia Polaków wobec Ukraińców.

Rok później w ramach „czynu społecznego" zostaje rozebrany ukraiński pomnik w Hruszowicach postawiony w 1994 r. ku czci czterech kureni UPA. Był on samowolą, ale strona ukraińska twierdziła, że leżą pod nim partyzanci, choć z napisu na pomniku wcale to nie wynikało. „Spontaniczne" rozebranie pomnika było oczywiście gestem nieprzyjaznym, ale warto zwrócić uwagę, że przez ponad dwie dekady oficjalne państwo polskie nie potrafiło w sprawie pomnika zająć stanowiska (w 2013 r. nieistniejąca już Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa zapowiedziała rozbiórkę, ale do niej nie doszło). Na ripostę Ukraińców nie musieliśmy długo czekać – wydano zakaz ekshumacji polskich ofiar ludobójstwa na Wołyniu. To właściwie zamroziło relacje na dobre. Politycy obu krajów przestali się spotykać, premierzy Polski jeździć na Ukrainę.

Obok pogarszania się oficjalnych stosunków i nieprzyjaznych gestów prawno-politycznych mieliśmy w tym czasie prawdziwą burzę w środowiskach, które od lat budowały relacje polsko-ukraińskie na poziomie społecznym. Mam na myśli dziennikarzy, pisarzy, historyków i działaczy pozarządowych. Nagle dyskusje na konferencjach zaczęły toczyć się na jałowym biegu. Pękały przyjaźnie, zrywano znajomości, wyzywano się w mediach społecznościowych. Pewien krotochwilny pisarz ukraiński pisał o „p...banym pojednaniu", w odpowiedzi dowiedział się, że jest niewdzięcznikiem, bo przez lata korzystał z polskich stypendiów i gdyby nie Polska, nie zaistniałby w Europie.

Miały też miejsce jawne prowokacje, jak ostrzelanie polskiego konsulatu w Łucku wiosną 2017 r., ale na szczęście – i o dziwo – nie były to zjawiska częste ani groźne.

Złe relacje i dobre zarobki

Paradoksalnie, gdy polsko-ukraiński „komentariat" pienił się i przekrzykiwał w sporach polityczno-historycznych, zwykli Ukraińcy zagłosowali za przyjaźnią z Polską nogami. Po prostu ukraiński proletariat przyjechał do nas, aby tu pracować i żyć. Wielu z tych Ukraińców nie obchodziły spory historyczne albo nawet nic o nich nie wiedzieli. Polska, która akurat cierpiała na brak rąk do pracy, przyjęła ich z otwartymi rękami. Rynek szybko zareagował, a banki, sieci komórkowe oraz inne instytucje nad Wisłą zaczęły reklamować się po ukraińsku, w sklepach pojawiły się produkty lubiane na Ukrainie.

Oczywiście zdarzały się skandaliczne przypadki, gdy ukraińskimi pracownikami, zwłaszcza niewykwalifikowanymi, poniewierano (łącznie z wypadkami śmiertelnymi), ale więcej to mówiło o naturze polskiego kapitalizmu niż o stosunku Polaków do Ukraińców. Choć coraz częstsze akty wrogości wobec imigrantów ze Wschodu ze względu na ich narodowość powinny budzić już niepokój.

Obecna władza w Polsce atakowana przez opozycję, że zaniedbuje Ukrainę, że zerwała z ideą Giedroycia, że flirtuje ze środowiskami marzącymi o powrocie do Lwowa, że strasząc uchodźcami, z braku muzułmanów skieruje nienawiść na Ukraińców, mogła się bronić, iż nie sposób mówić o złych stosunkach polsko-ukraińskich, gdy setki tysięcy Ukraińców lokują w Polsce swoje nadzieje na lepsze i godne życie.

Nie sposób też zaprzeczyć, że mimo sporów historycznych rozwijała się współpraca wojskowa. Polska po Stanach Zjednoczonych i Kanadzie jest trzecim z kolei dostawcą pomocy militarnej dla ukraińskiej armii. Choć można powiedzieć, że bycie trzecim w rankingu, w którym biorą udział właściwie trzej zawodnicy, to żadna sztuka...

W każdym razie, nie wszystko źle działo się we wzajemnych stosunkach. Warszawa solidarnie agitowała za Ukrainą w sprawie konfliktu w Donbasie i aneksji Krymu. To, czego jednak brakowało, to wzajemne zaufanie i wola rozmowy najważniejszych polityków. Zarówno w Polsce pod władzą PiS, jak i na Ukrainie za czasów Poroszenki do głosu doszły środowiska przywiązujące wielką wagę do tak zwanych narodowych wartości. A z wartościami trudno dyskutować.

Problem jednego człowieka?

Nad Wisłą utarło się przekonanie, że spór historyczny między naszymi krajami to właściwie problem jednego człowieka: Wołodymyra Wiatrowycza, ukraińskiego historyka, stosunkowo młodego, jak na odpowiedzialne funkcje, które przyszło mu sprawować. Ten 42-latek zdążył być już między innymi szefem archiwum Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, a od pięciu lat jest szefem tamtejszego Instytutu Pamięci Narodowej. To instytucja w dużej mierze wzorowana na polskim IPN. Jeśli więc wiemy, jakie polityczne spory wywoływał u nas nasz IPN swoją działalnością i wypowiedziami swych przedstawicieli, to możemy sobie wyobrazić, jak analogicznie skutkowało działanie ukraińskiego odpowiednika w relacjach z Polską.

To bowiem Wiatrowycz kreował w ostatnich latach politykę historyczną u naszych sąsiadów, stał za najważniejszymi uchwałami historycznymi parlamentu. On także głosił tezę o polsko-ukraińskiej wojnie na Wołyniu, co de facto zrównuje obie strony konfliktu w kwestii odpowiedzialności, albo twierdził, że nie było na Wołyniu zorganizowanej czystki etnicznej przeprowadzonej przez UPA, lecz tylko spontaniczne działania chłopów. To także Wiatrowycz mówił, że pojednanie polsko-ukraińskie wcale nie jest jego celem – był przynajmniej w tym szczery. Jeśli czegoś chciał, to porozumienia, ale na warunkach dla nas niemożliwych, bo zakładających symetrię win w latach 40. ubiegłego wieku.

Wiatrowycz jest trochę jak dr Jekyll i Mr Hyde – ma bowiem też sporo zasług dla ukraińskiej pamięci historycznej i trzeba o tym pamiętać, bo warunki pracy tamtejszych historyków były i są znacznie trudniejsze niż polskich. Co dla nas ważniejsze – Wiatrowycz, jako szef Archiwum SBU, dał polskim badaczom szeroki dostęp do dokumentów, z których wynikały nieraz wnioski niekorzystne dla wizerunku Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i UPA.

Prawdopodobnie dni Wiatrowycza na stanowisku szefa instytutu są policzone, ale nie łudźmy się, że jego odejście załatwi wszystkie problemy. One pozostaną. Wiatrowycz jest jedynie emanacją czy też produktem pewnego nurtu ukraińskiego nacjonalizmu, który naprawdę potrafi być antypolski. To nurt, którego przedstawiciele po 1945 r. znaleźli schronienie na Zachodzie, głównie w USA i w Kanadzie, i którzy po 1991 r., mając środki finansowe, sieją nacjonalistyczne ziarno i zbierają żniwa już na Ukrainie.

Pozwólmy jednak samym Ukraińcom obsadzać ważne stanowiska w ich kraju, a sami uporajmy się z „naszymi Wiatrowyczami", których też nie brakuje.

Tam UPA, tu Brygada Świętokrzyska

Jeśli Zełenski zdołał oczarować 70 proc. Ukraińców, to nic dziwnego, że spróbował oczarować polskich liderów politycznych. Jego prawo. Z zachwytem poczekajmy jednak na konkrety – faktyczne decyzje, akty prawne itp. Ale także warto, aby Warszawa przygotowała swój pakiet propozycji i gestów wobec partnerów – i powinno to być coś więcej niż odbudowa jednego ukraińskiego pomnika, czego domagał się Wiatrowycz. Czas jest trudny, trwa już kampania wyborcza – z jednej strony rządzącej partii przydałby się sukces na arenie międzynarodowej i poprawa stosunków z Kijowem, z drugiej strony, w zależności od sondaży, PiS może ulec pokusie przypodobania się środowiskom skrajnym i „kresowym", które każde ustępstwo wobec Ukrainy potraktują jako zdradę pamięci o ofiarach Wołynia.

Zełenski zrobił to, czego w Polsce od niego oczekiwano – obiecał odblokowanie dialogu. Jeśli za obietnicami pójdą czyny, piłka znajdzie się po stronie polskiej. To będzie szansa na poprawę stosunków, której zmarnować nie można. Gdy Zełenski mówi o pomniku pojednania, warto podjąć temat, gdy mówi o grupie roboczej pracującej nad wyzerowaniem sporów, warto, by z polskiej strony znaleźli się w niej także historycy, którzy są na bakier z dzisiejszym kierownictwem polskiego IPN, bo oni gwarantują jakość dyskusji. Tak się składa, że w dialogu z Ukraińcami spore kompetencje mają także środowiska, które ideowo sytuują się daleko od rządzącej partii. Uwaga ta zresztą pozostanie aktualna niezależnie od tego, kto po październikowych wyborach utworzy rząd.

Jest wiele wspólnych inicjatyw już zapoczątkowanych, które nie mogą doczekać się finalizacji ze względu na brak środków po stronie ukraińskiej – jak choćby kwatera polsko-ukraińska w Łańcucie, zaniedbane też są groby ukraińskich żołnierzy z lat 1918–1919. Być może Warszawa mogłaby uruchomić jakiś system kredytowania tych inicjatyw i renowacji grobów? To byłby konkret. Tak samo jak uruchomienie stypendiów dla ukraińskich historyków powyżej stopnia doktora, bo oni w tym momencie mają najtrudniej.

Nie wiadomo, jak będzie w przyszłości, ale dziś Zełenskiego i jego „komandę" popiera zdecydowana większość społeczeństwa. Rozmowa z władzami Ukrainy to więc także dialog z Ukraińcami – wcześniej było tak, że właściwie można było rozmawiać tylko z jedną częścią tamtejszego socjum. Dlatego potrzebne są programy rządowe umożliwiające odtworzenie kanałów komunikacji – granty na konferencje, festiwale kulturalne itp.

Pamiętać przy tym trzeba, że Facebookowy „przełom" Zełenskiego nie wziął się jedynie z przekonania, jak ważnym partnerem dla Ukrainy może być Polska i że poprzednia ekipa popełniała straszny błąd, próbując omijać Warszawę na drodze do Europy. Chcielibyśmy, aby tak było, ale tak nie jest. Kreowana przez Wiatrowycza polityka mocno dzieliła ukraińskie społeczeństwo, ale co ważniejsze – gdy publicznie gloryfikowano ludzi współpracujących z Niemcami – lokowała Ukrainę po stronie sojuszników III Rzeszy. Opinia o Wiatrowyczu ważnych środowisk żydowskich jest jeszcze gorsza niż jego złowrogi wizerunek w Polsce.

I znów. Nie jest on sam. Weźmy choćby niedawną wypowiedź Ulany Suprun, p.o. ministra zdrowia Ukrainy w byłym już rządzie Wołodymyra Hrojsmana (notabene Suprun urodziła się na emigracji w USA), która wychwalała Romana Szuchewycza, dowódcę UPA odpowiedzialnego za rzeź wołyńską.

To dla Ukrainy miało o wiele gorsze skutki w świecie niż wyrazy niezadowolenia płynące z Polski. Ocieplenie relacji z Warszawą jest więc funkcją być może szerszej polityki, której celem jest ochłodzenie temperatury sporu w kraju i polepszenie wizerunku Kijowa na arenie międzynarodowej. Dobrze więc, byśmy i my nadążali za Zełenskim, bo gloryfikując dalej Brygadę Świętokrzyską, sami możemy znaleźć się w podobnej sytuacji, a w dialogu z Ukraińcami będziemy mało wiarygodni.

Andrzej Brzeziecki jest redaktorem naczelnym „Nowej Europy Wschodniej”

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA