Dali mi kontrakt do podpisania, sprawdziłem, wyglądał na prawdziwy.
Teraz będzie pan zarabiał na futbolu. Czy w Polsce robił pan poza grą coś jeszcze, żeby się utrzymać?
Tak, od wielu lat pracowałem zawodowo w ochronie. W Anglii zrobiłem swoją pierwszą licencję i od tamtej pory wspinałem się od zwykłego ochroniarza poprzez pracę z bronią aż po stanowisko menedżera firmy w Warszawie. Zawodnicy z USA mają nade mną przewagę, jeśli chodzi o technikę, a ja mam nad nimi przewagę doświadczenia zawodowego. Wychodziłem do pracy o godz. 7, wracałem o 17, później trzeba było iść na trening i o 23 mogłem powiedzieć, że byłem zmęczony. Dla Amerykanów to nieznany świat. Oni są na treningu do 14:00 i to już jest dla nich długo!
Jak spędził pan te trzy miesiące od podpisania kontraktu?
Ciężko pracowałem, od rana do wieczora spotkania z trenerami. Zaczynaliśmy od śniadania, potem były rozmowy, treningi, siłownia, analiza wideo z zajęć. Dość monotonnie. Ale w moim przypadku najważniejsze było, by każdego dnia pracować nad czymś nowym i iść do przodu.
Poznawał pan zagrywki, o których do tej pory nawet nie słyszał?
Nie ma się co oszukiwać: futbol w USA jest bardziej skomplikowany. Amerykanie mają więcej ustawień defensywnych i ofensywnych, więcej formacji. W NFL wszystko dzieje się dużo szybciej. Musisz wiedzieć, co robić, bo w pewnych momentach nie ma czasu na myślenie. To musi być automat.
Robi pan notatki czy zapamiętywanie przychodzi spontanicznie?
Oczywiście robię notatki, bo chociaż po angielsku mówię dobrze, nie przeskoczę bariery językowej. Zagrywki są nazywane tak, by mówiły coś Amerykanom. Np. Georgia Bulldogs – to są dwie zagrywki. A ja, żeby wiedzieć, że to jest jeden z college'ów w stanie Georgia, musiałem to sprawdzić w internecie.
Zawiązały się pierwsze przyjaźnie w szatni?
Jak najbardziej. Najlepiej dogaduję się z Mikiem Harrisem. To jego czwarty rok w lidze. Przyszedł z San Diego Chargers. Gość z Kalifornii, czyli ten typ ludzi, z którymi się utożsamiam – wyluzowani, cieszący się słońcem. Harris jest dla mnie mentorem. Gra na mojej pozycji i z nim dodatkowo trenuję indywidualnie. Dobrze mieć takiego kolegę, który może być dla ciebie wzorem.
Kontaktował się pan już z Sebastianem Janikowskim, grającym w Oakland Raiders?
Nie, ale przed sezonem mamy z nimi mecz i wtedy prawdopodobnie go poznam. Jest duża szansa, że spotkamy się na boisku. Może nawet będzie to spotkanie bliskiego stopnia.
A jakie jeszcze języki słychać w szatni Vikings?
Większość zawodników to jednak Amerykanie, wszyscy po college'u. Ale w drużynie jest na przykład Carter Bykowski, czwarte pokolenie polskiej emigracji w USA. Dopytywał się, co oznacza jego nazwisko. Jego tata mnie pozdrawiał, interesował się, co słychać w Polsce. Jest też nigeryjskie nazwisko – Chigbo Anunoby, przez jakiś czas mieszkał on nawet w Europie. Dla mnie to również ciekawe doświadczenie. Lubię poznawać nowych ludzi, nowe kultury, a tu mam wiele kultur w jednym miejscu. Amerykanie są zainteresowani moim pochodzeniem. Tłumaczę im, że u nas też gra się w futbol i że Polska nie znajduje się na głębokiej Syberii, tylko w centrum Europy.
Powiedział pan kiedyś, że zamelduje wykonanie zadania, gdy uda się panu zatrzymać najlepszego defensora NFL J.J. Watta.
To zdanie jest dość mocno przekręcane, szczególnie w USA. Jak wcześniej wspominałem, bardzo mi zależy, żebym mógł konkurować z najlepszymi zawodnikami na świecie. J.J. Watt jest najlepszy, ale nic do niego nie mam. On był symbolem. Jeżeli wybiegnę w podstawowym składzie, będę usatysfakcjonowany.
Kiedy się dowiemy, czy dostanie pan miejsce w pierwszym zespole?
We wrześniu, gdy ruszy sezon. Wkrótce zacznie się camp, rozegramy pięć meczów, w których to my, świeżaki, będziemy odgrywali pierwszoplanowe role. I po tych spotkaniach skład będzie stopniowo okrajany: z 90 graczy zostanie 53 plus dziesięciu tworzących rezerwę, która w każdej chwili może wskoczyć do składu meczowego, np. w przypadku kontuzji. To nadal bycie przy drużynie i duże pieniądze.
A gdyby jednak zabrakło dla pana miejsca?
NFL otwiera wiele różnych drzwi. Może się okazać, że po meczach przedsezonowych zainteresuje się mną jakiś inny zespół. Przez tych kilka miesięcy odezwało się do mnie kilka osób, które chciały nawiązać współpracę w przyszłości, po zakończeniu kariery. W Stanach mówi się, że najtrudniej się dostać do drużyny. Trzeba pamiętać, że NFL to 53 graczy razy 32 zespoły. Robię wszystko, by zostać w Minnesota Vikings, i naprawdę dobrze mi się współpracuje z trenerem Jeffem Davidsonem, jego asystentem Hankiem Fraleyem i chłopakami z linii ofensywnej. Wszyscy są bardzo pomocni. Gram na pozycji Matta Kalila, który w zeszłym roku doznał urazu i nie był w formie. Phil Loadholt, moim zdaniem jeden z najlepszych zawodników w lidze, też uległ kontuzji. Wtedy mój najlepszy kumpel Mike Harris dostał szansę i do dziś gra w pierwszym składzie. Nikt nie ukrywa, że jestem technicznie surowy, ale mój trener powiedział, że szybko się uczę i widzi szansę na rozwój. Ważne, by nie popełniać tych samych błędów.
Był pan mistrzem Polski juniorów ze Śląskiem Wrocław. Dlaczego porzucił pan koszykówkę? Tylko przez to, że – jak pan żartuje – łapał szybko pięć fauli i większość czasu spędzał poza boiskiem?
Był to jeden z powodów, ale nie decydujący. W futbolu podoba mi się to, że liczy się jego kompleksowość. Grupa bardzo różnych sportowców jest w stanie współdziałać jak jeden organizm. Wspólnie pracujemy na sukces. Raz to będzie fantastyczna gra running backa, innym razem rozgrywającego, a kiedy indziej defensywnego liniowego. Mecz jest jedną wojną, ale złożoną z 11 bitew między poszczególnymi zawodnikami. Nie wiem, czy to spodoba się prezesowi Stęszewskiemu, ale chciałbym publicznie zmienić opinię dotyczącą tej dyscypliny: bardzo mi przykro, ale to nie jest sport dla każdego. Owszem, oglądać futbol mogą wszyscy, ale jeżeli chcesz go uprawiać, to musisz siebie zapytać, czy jesteś atletą i nie chodzi tylko o warunki fizyczne. Jeśli ktoś spędzał większość czasu na kanapie, grając na konsoli i jedząc chipsy, to szkoda marnować czasu. Pamiętam, że na początku zgłaszali się do polskiej ligi ludzie z ulicy, którzy powinni raczej iść na zajęcia korekcyjne. Teraz jest ich coraz mniej, poziom sportowy rośnie.
W jednym z wywiadów pański kolega opowiadał, że na pierwszym treningu na Górce Szczypińskiej przepychał pan forda fiestę...
(śmiech) Górka Szczypińska się zgadza i samochody na tej górce też. Podjeżdżaliśmy na trening pod samo boisko. Może była taka sytuacja, że komuś auto nie chciało odpalić, ale na pewno nie był to główny element planu treningowego. Początki były jednak trudne.
W pierwszym meczu grał pan podobno w adidasach, bo nie było korków w pańskim rozmiarze.
Zakup butów w rozmiarze 50 czy 51 to był naprawdę duży wyczyn. Spotykaliśmy się w parku, graliśmy tak, jak wymyślił to kolega, który oglądał najwięcej NFL. Droga, którą przebyliśmy, to jest jakiś kosmos. Mamy w lidze trenerów, asystentów, Amerykanów, ja siedzę w Minnesocie. Kto by pomyślał? To wszystko powstało z pasji i ciężkiej pracy.
Widzi pan kogoś w polskiej lidze, kto mógłby pójść w pana ślady?
Tak, sporo zawodników traktuje futbol profesjonalnie, ale musimy pamiętać, że takich jak oni na świecie są tysiące. Nie ma co się łudzić, że w USA co roku będą trzymać miejsce dla kogoś z Polski, skoro mają u siebie ludzi, którzy przeszli cały system.
Myśli pan, że teraz zrobi się w Polsce moda na futbol amerykański? Ludzie zaczną przychodzić na mecze, by zobaczyć w reprezentacji Babatunde Aiyegbusiego albo oglądać NFL po nocach?
Ten boom w zasadzie trwa, w 2006 roku startowaliśmy z czterema drużynami, teraz jest ich 100. Poziom polskiej ligi rośnie tak szybko, że ja znalazłem miejsce w Minnesota Vikings. To o czymś świadczy. Myślę, że kibiców będzie coraz więcej. Z finałem Polskiej Ligi Futbolu Amerykańskiego wracamy w tę sobotę na arenę Euro – tym razem do Wrocławia. W 2012 roku stworzyliśmy reprezentację, we wrześniu zagramy towarzysko z Rosjanami i Belgami, w październiku z Czechami w eliminacjach mistrzostw Europy, a gra w drużynie narodowej jest dla mnie bardzo ważna.