fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Koji Kamoji, krnąbrny Japończyk w Polsce

Koji Kamoji na wystawie w Galerii Foksal, Warszawa, 1967
Dzięki uprzejmości artysty
W warszawskiej Zachęcie obejrzeć można imponującą retrospektywną wystawę Koji Kamoji „Cisza i wola życia". Uzupełnia ją w Galerii Propaganda prezentacja artysty „Trzymam obraz, który namalowałem 50 lat temu".

Nadal czegoś szukam. Ciągle się czuję początkującym artystą, a nie – gotowym – deklaruje artysta „Plusowi Minusowi".

Urodzony w Tokio i tam żyjący przez pierwsze 24 lata życia Kamoji, od 59 lat mieszka i tworzy w Polsce.

– Nie czuję się Polakiem, bo urodziłem się w Japonii. Japończycy zawsze nimi pozostają – wyjaśnia Koji Kamoji. – W moim przypadku ta sprawa ciągle jednak powraca w procesie tworzenia: Japonia versus Polska, Azja versus Europa. Przez całe moje artystyczne życie próbuję rozwiązywać ten problem. Po latach poszukiwań wróciłem mentalnie do Japonii, a teraz chciałbym połączyć polskie i japońskie doświadczenie. Chciałbym zbliżyć, połączyć te dwa odległe światy. Poczuć je razem. Długo decydowałem się na tytuł wystawy w Zachęcie, bo to dla mnie był bardzo istotny problem. Chciałem, by w nazwie pojawił się motyw „cichości bytu", jako że w skupieniu pojawia się we mnie bardzo często taka właśnie myśl. Jednak język polski nie jest moim językiem i ta „cichość bytu", o której myślałem od kilku lat, to „słuchanie cichości" – inaczej jednak brzmi po japońsku.

Miał 24 lata, gdy podjął decyzję, że przyjedzie do Polski.

– Mój wujek, tłumacz polskiej literatury, mieszkał w Polsce przed II wojną światową, więc trochę dowiedziałem się od niego, jak wygląda ten kraj, w którym on miał sporo przyjaciół – pamięta. – Nie czułem, że to całkiem obce dla mnie miejsce. W Japonii zostawiłem matkę, rodzeństwo, dziewczynę, pożegnałem się z kolegami. Nie myślałem, co mnie czeka. Mama na pewno bardzo się martwiła. Pamiętam, że powiedziała: „Jeśli nie musisz jechać – nie jedź". Pojechałem. Po raz pierwszy wróciłem dopiero po 14 latach, bo w Polsce szybko się ożeniłem i na świecie pojawiła się trójka moich dzieci. Bilet lotniczy do Japonii był dla mnie wówczas bardzo kosztowny. Nadal nie kosztuje mało, ale jeżdżę częściej, mimo że droga daleka. Nie mam tam domu, tylko braci i siostrę. Dla mnie to podróż.

Osiem walizek

Gdy przyjechał do Polski, Koji Kamoji miał już ukończone studia malarskie na prywatnej uczelni w Tokio i nawet pierwszą wystawę na koncie.

– Traktowałem malowanie poważnie od początku – deklaruje. – Nie jako karierę, tylko jako drogę. Coś, w czym się jest zanurzonym. Pracowałem samotnie. Obrazy, które malowałem będąc studentem w rodzinnym kraju, po moim wyjeździe koledzy zabrali i rozdali. Nawet nie wiem, gdzie są. Ale byłem lubiany przez kolegów. Kiedy wyjeżdżałem, podarowali mi japońską flagę ze swoimi podpisami. Mam ją do dziś. W czasach, w których wyjeżdżałem, moi rodacy udawali się zazwyczaj do Paryża, uważanego za centrum sztuki. Byłem jednak troszeczkę krnąbrny i pomyślałem, że skoro wszyscy tam, to ja do Polski. Poza tym myślałem, że stąd do Paryża będzie całkiem niedaleko. O polskiej sztuce wiedziałem bardzo mało, nie miałem świadomości, że to skok na głęboką wodę. Jedynie widziałem u wujka pismo „Polish Review", ale informacji tam było jak na lekarstwo. W 1958 r. przed moim wyjazdem przyjechał do Tokio prof. Wiesław Kotański, twórca i nestor polskiej japonistyki, a zarazem ojciec Marka. Przed wojną studiował u mojego wujka Ryochiu Umedy. Powiedział mnie i matce, że w Polsce niczego nie ma i trzeba wszystko zabrać. Japonia po II wojnie światowej też była biednym krajem, może nieznacznie bogatszym wtedy niż Polska. Ale matka przestraszyła się. Kupiliśmy osiem wielkich solidnych walizek i zapakowaliśmy do nich dosłownie wszystko, co potrzebne jest w codziennym życiu (śmieje się). Nadal jeszcze mam niektóre przywiezione wówczas rzeczy.

W czasie dwuipółmiesięcznej podróży do Polski statkiem „Stefan Okrzeja" w 1959 r. myślał znacznie bardziej o przeszłości niż o przyszłości. Kiedy zszedł ze statku w porcie w Gdyni, witał go kolega z kraju Kwitnącej Wiśni i profesor Kotański. Najbardziej zdziwił go krajobraz –  inny niż w rodzinnym kraju.

– Kiedy jechaliśmy pociągiem do Warszawy, widziałem ciemną równą ziemię do horyzontu. A u nas są same góry i morze – wspomina artysta. – Od razu poczułem się tu dobrze. Ówczesna polityczna rzeczywistość w ogóle mnie nie zajmowała, choć rzeczywiście było inaczej, niż opowiadał wujek. Nawet jeśli chodzi o język. Uczyłem się już w Japonii polskiego z materiałów ściągniętych z Wielkiej Brytanii. Ale to był przedwojenny, bardzo uprzejmy język, jeśli idzie o formy wyrażania się, powitania, pożegnania. Kiedy płynąłem tak długo statkiem, zacząłem się uczyć języka polskiego – bardziej robotniczego – od marynarzy. Wszedłem w to polskie życie i malowanie. Nie zaskakiwały mnie niezbyt łatwe warunki, bo byłem do nich przyzwyczajony. Znałem biedę i głód, doświadczyłem ich jako dziecko w czasie wojny. W mentalności nie zauważyłem specjalnych różnic między Japończykami a Polakami – na południu Europy z racji temperamentu tamtejszych mieszkańców, chyba czułbym się bardziej obco. Ujęła mnie bezpośredniość, otwartość i naturalność Polaków. W dodatku byli i są bardzo przyjaźnie nastawieni do Japończyków.

Po rocznym kursie języka polskiego w Łodzi Kamoji przyjechał do Warszawy i tu osiadł ze świeżo założoną rodziną. Mimo że ukończył w Japonii studia malarskie, chciał kontynuować naukę w Polsce. Podjął studia w warszawskiej ASP w pracowni Artura Nachta–Samborskiego, który choć malował zupełnie inaczej niż Kamoji, to jak wspomina artysta – był bardzo tolerancyjny.

– W Japonii uczyłem się cztery lata, w Polsce kolejnych sześć. Nie chciałem szybko kończyć studiów – zwierza się Kamoji. – Nauka nie idzie równolegle do postępu czasu. I nie jest też tak, że profesor musi lepiej malować od studenta. Zaczynałem w Polsce od pierwszego roku, choć Nacht–Samborski zaproponował, bym zaczynał od drugiego. Wtedy uważałem, że jest najlepszy na Akademii, choć byli jeszcze Cybis, Eibisch, Płużański, a Sienicki był asystentem. Uczyłem się nie tyle techniki, co stosunku do pracy, zaangażowania.

Zapytany o różnice w nauczaniu w Japonii i w Polsce, odpowiada: – W Japonii studiowałem na prywatnej uczelni. Do każdej pracowni na zajęcia przychodzili różni artyści. Studenci mieli dzięki temu możliwość porównywania ich korekty – bardzo dużo dzięki temu się nauczyłem. Pamiętam do dziś jedną z takich sytuacji. Kolega malował martwą naturę przedstawiającą dzbanek i owalną linię. Kiedy przyszedł na korektę profesor i poprawił linię na prostą, obraz zaczął zupełnie inaczej wyglądać. Na kolejną korektę przyszedł mój profesor Aso. Usiadł i patrzył na obraz pewnie z 15 minut. Wreszcie wstał i wyszedł, myśleliśmy, że pozostawia obraz takim, jakim jest – bez komentarza. Ale okazało się, że wyszedł tylko do toalety, bo za chwilę wrócił i znowu długo siedział przed obrazem. Nie traktował go jak dzieła początkującego studenta. To była ważna nauka.

Koji Kamoji sam też był nauczycielem, choć krótko. Prowadził gościnną pracownię na ASP w Warszawie, a także na UMCS w Lublinie.

Artysta uważa, że człowiek Wschodu inaczej obcuje ze sztuką niż człowiek Zachodu. I że różnice w sztuce są między nimi znaczące.

– Zachodnia sztuka ma wzbudzać w człowieku emocje – jest „na zewnątrz". Wschodnia inaczej – ma powodować w oglądającym skupienie, działać „do wewnątrz" – wyjaśnia Kamoji. – Bardzo zawsze lubiłem dawną sztukę japońską: ogrody, świątynie i często je zwiedzałem. Ale na studiach w Japonii uczyliśmy się także sztuki europejskiej, czyli obrazu olejnego. Przyglądaliśmy się sztuce zachodniej Europy, w szczególności francuskiej i włoskiej, zgłębialiśmy impresjonizm. W zachodniej sztuce lubię tę dawną,  powstałą jeszcze przed impresjonizmem. Wiele razy zachodziłem do Galerii Średniowiecznej w Muzeum Narodowym w Warszawie, by oglądać tam rzeźby, zwłaszcza drewniane. Bardzo podoba mi się kamienny Chrystus Wita Stwosza, który wisi w kościele Mariackim w Krakowie. No i jeszcze sztuka gotycka, a jeszcze bardziej romańska – z urokiem bezpośredniości, naiwności, ciepła. Bardzo zawsze lubiłem rzeźby Constantina Brancusiego, Alberto Giacomettiego. Ci artyści szukali sedna rzeczy, tego, co niezmienne. Sięgali głębiej, do środka.

Pierwszą swoją wystawę w Polsce Koji Kamoji przygotował w 1965 r. w Krzysztoforach w Krakowie. Od 1967 r. twórca jest związany z warszawską Galerią Foksal.

Artysta zarabia jako tłumacz

Żadnej umowy nie podpisaliśmy, ale to dobrze – ocenia po latach . – Miałem szczęście, że nie musiałem szukać, że mam, gdzie wystawiać. Trafiłem od razu do dobrego miejsca, mogłem pracować, jak chciałem i pokazywać, co uważałem. Ale wtedy nawet taka dobra sytuacja nie dawała możliwości utrzymywania się z uprawiania sztuki. Dzisiaj artyści sprzedają obrazy, ale kiedyś bardzo niewiele. I w ogóle nie myślałem, że z tego można żyć. Przez całe lata było oczywiste, że ze sztuki nie da się utrzymać rodziny. Ponad 20 lat pracowałem w Polsce jako tłumacz w firmach handlowych, czyli rano wkładałem garnitur i byłem urzędnikiem, a dopiero po przyjściu do domu, kiedy go zdejmowałem, mogłem zająć się sztuką. Teraz jest dużo lepiej.

W Galerii Foksal Koji Kamoji poznał wielu ważnych twórców i z wieloma z nich nawiązał przyjaźnie.

– Bardzo ceniłem Henryka Stażewskiego, poznałem go, nie mając jeszcze 30 lat – wspomina. – Miał życzliwy stosunek do młodych, wspierał ich także, gdy mógł, finansowo, choć sam też dopiero pod koniec życia miał trochę pieniędzy. Nie stwarzał dystansu, wręcz przeciwnie, skracał go, traktując młodszych od siebie artystów jak kolegów. Ale najważniejszy w nim był dla mnie jego stosunek do pracy i sama praca, którą wykonywał. Przyjaźniłem się z Włodkiem Borowskim, Andrzejem Szewczykiem, Edziem Krasińskim, z czego wynikała potem i artystyczna wartość. Poznałem Ernę Rosenstein. Miałem szczęśliwe życie, że spotkałem wielu dobrych artystów, pośród nich był także niezwiązany z moją galerią Alfred Lenica.

Istotną postacią w życiu artysty był także szanowany przez niego Tadeusz Kantor. Jednak, kiedy złożył Kamojiemu propozycję dołączenia do Cricot 2, ten odmówił, mimo że bywał na jego próbach i ceni sztukę teatru.

– Kantor był bardzo despotyczny, wiele razy widziałem, jak pracował – wyjaśnia artysta. – Dyrygował i wszyscy musieli go słuchać. A ja tak nie chciałem. Być posłusznym manekinem to nie mój temperament. Lubię niezależność.

Artysta twierdzi, że nie jest miłośnikiem podróży i by wybrać się w drogę, musi mieć konkretny cel.

– Wtedy wyruszam z przyjemnością – przekonuje Koji Kamoji. – Kiedy realizowałem pracę „Hiroszima", wybrałem się do Hiroszimy. W ubiegłym roku pojechałem do Chartres we Francji, choć byłem tam już kilkanaście lat wcześniej z Anką Ptaszkowską i Eustachym Kossakowskim. Wtedy jednak nie zajmowała szczególnie mojej uwagi tamtejsza katedra i znajdujący się na jej marmurowej posadzce labirynt. A teraz postanowiłem go odwzorować, by przygotować wystawę na tarasie 11. piętra warszawskiego budynku, w którym znajdowało się mieszkanie i studio Henryka Stażewskiego, a potem Edzia Krasińskiego. Taras ma prawie identyczną długość co labirynt, a mieści się niemal na granicy getta. Warszawa kojarzy mi się z klimatem cierpienia, wojny. Chciałem połączyć to miasto z kształtem modlitwy. Może dlatego, że długo tu mieszkam i sporo rozumiem.

Zdaniem Kamojiego odcinanie się od tradycji, w której zostało się wychowanym, jest dla człowieka samobójcze.

– Odciąć korzeni nie można, to niewykonalne. Kiedy wracam do Japonii, zawsze odwiedzam starą sosnę rosnącą niedaleko mojego rodzinnego domu. Ma 700 lat. Nie jest wysoka, ale ma rozpiętość 800 metrów kwadratowych. Rośnie obok świątyni, także bardzo wiekowej, tworząc nad nią rozłożysty parasol. Chodziłem ją oglądać, gdy jeszcze byłem dzieckiem. Kiedy jej się teraz przyglądam, widzę, że wcale się nie zmienia, choć stała się już pomnikiem przyrody. Ta sosna nazywa się „jogo-no-matsu" to znaczy „Bóg się pojawia".

W 2015 r. artysta został uhonorowany za całokształt twórczości Nagrodą im. Jana Cybisa.

– Najbardziej cieszę się, że tę nagrodę dali mi malarze – moi koledzy – mówi Koji Kamoji. – Ale nagroda to rodzaj medalu, który nie ma znaczenia dla mojej pracy. Choć bywa, że maluje się po coś: dla kariery, uznania, to jednak najlepiej, żeby tworzyć dla samego tworzenia. By osiągnąć stan: „maluję". Dziecko nie myśli o nagrodach, bawi się po prostu. Chciałbym znaleźć się w takim spokoju, jaki miałem w sobie jako mały chłopiec, to najlepsza nagroda.

Od czasu przyjazdu do Polski Koji Kamoji pokazywał swoje prace w Japonii tylko dwa razy.

– Raz było to na wystawie zorganizowanej przez Ryszarda Stanisławskiego, na której prezentował on twórczość artystów z krajów Europy Wschodniej, z sześciu wybranych krajów po sześciu twórców. Reprezentowałem wówczas Polskę. Druga prezentacja miała miejsce kilka lat temu w Kioto w tamtejszej przyuczelnianej akademii. Pojechałem wówczas do Kioto. Choć wystawę obejrzało kilka tysięcy osób, to jednak przeszła bez specjalnego echa. Koledzy ze studiów nie widzieli, bo już od dawna nie mam z nimi kontaktu.

Na pytanie, po co jest sztuka, uśmiecha się i mówi:

– Nie wiem. Kto lubi, to robi. Sztuka to  szukanie czegoś, co przynosi stan spokoju. Szczęścia. Najpierw czegoś brakuje. Maluję obraz, żeby jakoś uspokoić ten stan. Tak rozwiązuję problem niewygody, który powstaje gdzieś w środku. Maluję, żeby ten stan zniwelować. A kiedy znowu powstaje – znowu maluję. W życiu najważniejszy jest stan spokoju. Spokojnego życia. Może być skromne. W każdym razie nie maluję z powodu rozgłosu ani pieniędzy. Liczy się to spełnienie w środku.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA