Punktem wyjścia najnowszej odsłony popularnej historii o mutantach jest ta sama seria komiksów, która Brettowi Ratnerowi posłużyła do realizacji wyjątkowo nędznego obrazu w 2006 roku „X-Men: Ostatni bastion". Chodzi mianowicie o opowieść o Jean Grey (gra ją Sophie Turner), która odkrywając pełen potencjał swej mocy, daje się uwieść jej ciemniejszej stronie.

Pal licho, że sięgnięto po dość powszechnie wykorzystywany przez tego typu kino motyw, czyli przemianę superbohaterki w łotrzycę. Problem w tym, że nie zrobiono tego dużo lepiej, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, iż poprzeczka zawieszona była naprawdę nisko.

Podobnie jak w „X-Men: Apocalypse" (2016) Bryana Singera, tu również wszystko z wyjątkiem poprawionych efektów specjalnych jest nadęte, śmiertelnie poważne i na domiar złego podawane bezustannie w zwolnionym tempie, mającym chyba uatrakcyjnić widowisko. Poza paroma nowymi patetycznymi przemowami, pojawiają się w „Mrocznej Phoenix" te same kwestie do rozstrzygnięcia, co zawsze, a zatem pytania o tożsamość, chęć zemsty oraz ból po stracie, wzmocnione dodatkowo o walkę osobowości w ujęciu niemalże freudowskim.

Wielka szkoda, że twórcom „X-Menów" nie udało się zbudować emocjonalnej więzi pomiędzy bohaterami a widownią, tak jak to uczynili autorzy Marvel Cinematic Universe. Może się bowiem okazać, że nikomu takich mutantów nie będzie żal.

„X-Men: Mroczna Phoenix", reż. S. Kinberg, dystr. Imperial – Cinepix

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95