fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Wanda Traczyk-Stawska: Kościół odwraca oczy od wzrostu nacjonalizmu

EAST NEWS
To takie ważne, żeby umieć szukać przyjaciół, a nie wrogów. Żeby poznawać się nawzajem. Inaczej będziemy się siebie lękać i pamiętać tylko złe zdarzenia - mówi Wanda Traczyk-Stawska, psycholog, żołnierz AK.

Organizatorzy Marszu Niepodległości powołują się na was.

I używają naszych symboli co gorsza. A ja dobrze wiem, czym kończy się nacjonalizm. To jedna z największych gróźb dla demokracji i pokoju. Jestem przekonana, że to, że stali się tacy pewni siebie i bezkarni, że to się wszystko tak rozbuchało, doprowadzi do jakiegoś dramatu. Tym bardziej, że nacjonalizm budzi się w innych krajach.

Skąd się to bierze?

Może chcą być bohaterami. Tylko że bohaterstwo nie polega na tym, że się bije innych, ale na obronie słabszych. Jak zobaczyłam, co oni zrobili z tymi kobietami, które blokowały marsz w zeszłym roku, to miałam zamiar tam iść. Powołują się na wojnę, na pamięć o powstańcach, bo wydaje im się to takie atrakcyjne i myślą: też chcielibyśmy w takim powstaniu wziąć udział.

A co powinni myśleć?

Nigdy więcej wojny. To przeklęte doświadczenie mojego pokolenia, które wam, młodym, powinno uświadomić, żebyście pilnowali, żeby nigdy już do tego nie doszło. Każdy naród ma swoje tradycje, język, historię i nie chce tego stracić, to oczywiste, ale po tym, co się stało, po fali nacjonalizmu, która skończyła się wielką pożogą, zadaniem każdego jest strzec wspólnoty europejskiej i pokoju. W wojnie nie ma nic heroicznego.

Pani zrozumiała to od razu?

Nie. Bardzo długo nie mogło do mnie dotrzeć, że wiersz-modlitwa, który w 1942 roku napisał mój kolega z Szarych Szeregów, Jan Romocki ps. Bonawentura, jest tak niezwykle mądry i chrześcijański. Pojęłam to dopiero w czasie powstania, kiedy sama zabijałam.

„Uchroń od zła i nienawiści / Niechaj się odwet nasz nie ziści / Na przebaczenie im przeczyste / Wlej nas w moc, Chryste!”

Janek ze swoją poetycką wrażliwością przeczuwał już wcześniej, że tam gdzie wielu z nas widziało przygodę, był dramat, bo przecież napisał ten wiersz, jak miał siedemnaście lat. Ja na początku cieszyłam się, że dostałam broń do ręki.

Powstanie było potrzebne?

Było nieuniknioną tragedią. Mówi się, że odpowiedzialni są dowódcy. Nieprawda. Bo powstanie i tak by wybuchło. To ludność cywilna wydała zgodę, mając światełko w głowie, że walczą na zachodzie nasi wspaniali lotnicy, marynarze, wojska lądowe i że staną w naszej obronie.

Pierwszą traumę, która zadecydowała, że do dziś jestem w służbie, przeżyłam już we wrześniu 1939 roku. Linia frontu była wówczas na ulicy Dolnej, gdzie mieszkałam na drugim piętrze, i widziałam, jak Niemcy strzelali do niemowlęcia, które wraz z matką uratowało się ze zbombardowanego domu. Widziałam jak rozpada się to dziecko. Ta matka wpadła na mnie, wołając, żebym jej pomogła. To, co robili Niemcy z ludnością cywilną, to było wielkie barbarzyństwo.

Byłam też świadkiem innej sytuacji. Mogę opowiedzieć?

Oczywiście.

Transportowano nas jako jeńców wojennych pociągiem towarowym ze szpitala wojennego z Zeithain do obozu Altenburgu i przejeżdżałyśmy przez Drezno. Nocą zmieniali lokomotywę na stacji. I wtedy Amerykanie zaczęli bombardowanie. Przez zakratowane okna oglądaliśmy, jak płonie dworzec. Bałyśmy się, że nas też trafią. Rankiem przeszłyśmy na inny dworzec przez miasto i widziałyśmy tych ludzi: całe masy poparzonych dzieci, zrozpaczone matki. Chociaż to byli Niemcy, to też było mi ich okropnie żal.

To takie ważne, żeby umieć szukać przyjaciół, a nie wrogów. Żeby poznawać się nawzajem. Inaczej będziemy się siebie lękać i pamiętać tylko złe zdarzenia z historii. Dla mnie w tej chwili Niemcy to ludzie, którzy zaczęli wojnę, ale przeżyli tak straszny odwet, że powinni na całe lata pamiętać, do czego ona prowadzi. Poszkodowany jest nie tylko ten, którego zaczepili, ale i oni sami.

Da się wybaczyć?

Gdybym sama nie strzelała i nie zabijała, może nie zaczęłabym myśleć, jak straszna jest sytuacja, kiedy człowiek staje wobec konieczności obrony. Nie można zapomnieć oczu tego człowieka. Miałam taką sytuację na ulicy Brackiej, że stanęłam oko w oko z młodym Niemcem. Wycofaliśmy się oboje, bo gdybyśmy zaczęli strzelać, tylko byśmy się nawzajem pozabijali.

Muszę się przyznać do jeszcze jednej rzeczy.

Tak?

Piekliłam się strasznie z sanitariuszkami, które miały zasadę, że kiedy bardzo ciężko ranny był Niemiec, a lżej powstaniec, one opatrywały najpierw Niemca. Mnie było żal środków opatrunkowych. Dziś wiem, że tak było słusznie i że to właśnie było najcenniejsze w postawie harcerskiej: że ranny nieprzyjaciel jest już tylko człowiekiem.

Czego nauczyło panią harcerstwo?

Byłam harcerką od 1937 albo 38 roku w bardzo dobrej drużynie 42. im. Żwirki i Wigury, w tej, z której chłopcy potem poszli do Batalionu Zośka. Tym się różniłam od innych dziewczyn, że byłam sprawna, bardzo dobrze grałam w piłkę nożną. Niezależna. A harcerstwo to jest właśnie samodzielność. Samowychowanie, młodzież wychowuje młodzież.

Jak zostałam zastępową, miałyśmy przykazane, żeby w czasie ferii robić dobre uczynki, za które zbierałyśmy punkty. Miałam taki pomysł, że przez drewniane oblodzone schody na ulicy Belgijskiej będziemy przeprowadzać staruszki. A obok tych schodów zawsze zjeżdżałyśmy na saneczkach, więc chciałyśmy połączyć przyjemne z pożytecznym. Drużynowa powiedziała, że nie mamy żadnych punktów. Dlatego, że nie posypałyśmy schodów piaskiem z solą i mogłyśmy z tymi staruszkami pospadać. To mnie nauczyło, żeby wszystko, co robię, było przemyślane i miało jakieś społeczne znaczenie. Przydało mi się to w okupacji.

Bardzo bym chciała, żeby właśnie idea harcerska, która jest niesłychanie piękna, była tą prowadzącą świat do pokoju. Ale to sprawa przyszłych pokoleń. Moje odchodzi. Jestem jedną z nielicznych, które przekazują doświadczenia młodzieży, bo większość z nas jest już w takim wieku, że potrzebuje pomocy, żeby spokojnie odejść z godnością.

A ci młodzi – jacy są?

Są wspaniali. Tacy sami jak my w ich wieku. Mają tylko inne warunki życia. Brakuje im czasu na kontakt z przyrodą, a to przyroda pozwala w człowieku zachować świadomość piękna świata. Bo dopiero wtedy można zobaczyć, jaki świat jest piękny, kiedy się mu przygląda. Ja mam bardzo dobre wspomnienia ze wszystkich spotkań z młodzieżą.

Powiem panu coś jeszcze. W PRL-u zaproszone mnie do szkoły w Wawrze, nie wiedząc, że jestem w opozycji i że mogę zachować się nieprzyzwoicie. Weszłam do klasy, a dzieciaki tak wrzeszczały, że nawet wychowawczyni nie mogła ich opanować. Mam donośny głos – zaczęłam recytować wiersz z powstania: „A historia okłamie nas jutro, groby nasze wyrówna ktoś obcy, umieramy, nie mówiąc że smutno, nie armia nie wojsko, my dziewczęta i chłopcy.” A potem opowiedziałam o samym powstaniu.

I nagle cisza kompletna. Wytrzeszczali oczy, wystawili uszu. Już nigdy więcej do szkoły w PRL mnie nie zaproszono. A przecież ze szkołą związałam całe dorosłe życie.

Ale na początku chciała pani zostać archeologiem.

Byłam zakochana w Sokratesie i chciałam dowiedzieć się, w jakich żył czasach. Miałam więc zdawać na tę archeologię, ale wcześniej zetknęłam się z dziećmi upośledzonymi umysłowo i zaniedbanymi moralnie. Do Szkoły Specjalnej numer 6 zaprosiła mnie kierowniczka pani Frydrychowska, a przed nią tam była panu Bytnarowa, matka Rudego. Jak zobaczyłam te dzieci, upośledzone i normalne, ale z dysleksją, bo one tam były wymieszane, to poczułam, że muszę iść na psychologię. Że tam bardziej się przydam.

To też element służby?

Wiedziałam, że nie pójdę do lasu. Przyznaję: nie wierzyłam, że to ma szanse powodzenia. Z harcerstwa i powstania nauczyłam się pragmatyzmu i oceniałam, że chłopi mają dość wojny i nie będą już pomagać. Chciałam służyć Polsce w inny sposób.

Nigdy pani nie żałowała?

Wprost przeciwnie. Uważam, że to, co robiłam w szkole przez prawie trzydzieści lat jest moją najważniejszą służbą. To też jest przekaz dla naszego społeczeństwa, ile można się nauczyć od tych, którzy są inni. Jakie to bohaterstwo, żeby codziennie przełamywać niemożność fizyczną. Patrzę z najwyższym podziwem na dzieci i ich matki.

Latem, kiedy wsparła pani protest osób niepełnosprawnych w Sejmie, zrobiono z pani czołową opozycjonistkę.

Nie planowałam tego. Ja mam teraz na głowie co innego, czyli dokończenie Cmentarza Powstańców Warszawy. Ale jak zobaczyłam, w jakiej te kobiety są sytuacji i że po tylu dniach strajku już się załamują, pomyślałam, że muszę im pomóc.

Kierowałam się sercem, bo wiedziałam, że jeśli znalazły się pieniądze na wyprawki szkolne, to tym bardziej powinny się znaleźć na rehabilitację niepełnosprawnych.

Ma pani żal do polityków?

Mam. Państwo ma wielkie niezrozumienie dla wartości, jakie mogą dać społeczeństwu niepełnosprawni. To im należy się pomoc w pierwszym rzędzie, i ze względów ludzkich, bo człowiek ma obowiązek pomagać słabszym, a przede wszystkim gospodarczych, bo jak te dzieci się nie usamodzielnią, to obowiązek nad ich opieką spadnie na państwo.

Ale przede wszystkim mam żal do kościoła. Odwrócił oczy. Tak jak odwraca oczy od wzrostu nacjonalizmu. Jesteśmy podzieleni jako naród, bo podzielił się Kościół.

Człowiek niczego się nie uczy?

Myślę, że obawy, że znowu coś wybuchnie w Europie, nie są nieuzasadnione. Stale pamiętam, jak ważne było to, że zaczęliśmy walkę w powstaniu bez broni. I dla mnie najgorszą sprawą jest to, że nasze wojska nie mają sprzętu na wysokim poziomie, a nasi przeciwnicy się zbroją. Jestem starym żołnierzem i wiem, że jeśli państwo takie jak Rosja wydaje gigantyczne sumy na zbrojenia, a dodatkowo ma tak doświadczone wojsko, bo wysyłane po różnych częściach świata, to jest się czego lękać. A my jesteśmy przedmurzem, jak zawsze.

Momenty zwątpienia były?

Jestem człowiekiem, któremu przyszło dorastać w okropnych czasach. Ale nigdy nie zwątpiłam w to, ze warto żyć. Miałam chwile, że było trudno i wtedy zawsze pojawiała się iskierka w głowie, że życie jest piękne mimo wszystko. Chociaż ciężkie. I że warto być przyzwoitym jak mawiał Bartoszewski i szukać przyjaciół. A to jest przecież również hasło Szarych Szeregów.


X

Wanda Traczyk-Stawska, ps. Pączek (ur. 1927) – polska psycholog, działaczka podziemia niepodległościowego w czasie II wojny światowej, żołnierz Armii Krajowej, wieloletnia nauczycielka w szkole dla dzieci specjalnej troski na Pradze. Odznaczona Krzyżem Walecznych

Rozmawiał Dariusz Kałan

Wanda Traczyk-Stawska, ps. „Pączek” (ur. 1927) – polska działaczka podziemia niepodległościowego w czasie II wojny światowej, żołnierz Armii Krajowej, pedagog i wieloletnia nauczycielka w szkole dla dzieci specjalnej troski na Pradze. Odznaczona Krzyżem Walecznych

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA