fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Bez pieniędzy trzeba zdać się na intuicję

materiały prasowe
W 2020 roku Netflix zamierza wydać na produkcję filmową ponad 17 miliardów dolarów. To gigantyczna suma nawet jak na Hollywood. Nic dziwnego, że platforma zatrudnia największe gwiazdy i namawia do współpracy najlepszych reżyserów. Chętnie kupuje też kosztowne licencje, nawet takie, w które inni boją się zainwestować. Ich ostatnim łupem jest Spenser, bohater serii pulpowych powieści kryminalnych stworzonych przez Roberta B. Parkera. W przeszłości bez większego powodzenia wydawanej w Polsce, za to w USA niezmiennie popularnej i już wcześniej adaptowanej na potrzeby telewizji.

Parker wymyślił Spensera w 1973 roku. Zrobił z niego prywatnego detektywa w stylu znanym z powieści Raymonda Chandlera. Wygadanego twardziela o złotym sercu, wiernego jak pies, ale też nieco cynicznego. Dał mu przeszłość wojskową, w tym udział w wojnie koreańskiej, a także doświadczenie wyniesione z bokserskich ringów. Dzięki swoim umiejętnościom Spenser odnajdywał winnych morderstw, kradzieży i oszustw. Znał Boston jak własną kieszeń i zawsze wiedział, do kogo uderzyć po niezbędne informacje.




Do swojej śmierci w 2010 r. Parker napisał 40 tomów. Po nim pałeczkę przejął Ace Atkins, dziennikarz nominowany niegdyś do nagrody Pulitzera. Jak dotąd stworzył osiem powieści, a tę zatytułowaną „Wonderland" zdecydowały się kupić władze Netflixa. Główną rolę od początku miał zagrać Mark Wahlberg. Aktor jest w odpowiednim wieku, w dodatku zna Boston nie gorzej od Spensera. Wychował się na osiedlu Jones Hill, które zresztą pojawia się w filmie. Nic dziwnego, że pomagał reżyserowi w doborze plenerów, a przez plan zdjęciowy przewinęło się kilku jego dawnych kumpli w roli statystów.

Scenarzysta tekst powieści potraktował bardzo swobodnie. Wiele scen czy nawet całych wątków zmienił, a znaczną część dialogów napisał na nowo. Nie zawsze z dobrym rezultatem. W „Śledztwie Spensera" bohater zaczyna swoją karierę jako policjant i szybko ją też kończy. Rzuca się na przełożonego, który katuje swoją żonę, i w efekcie trafia na pięć lat do więzienia. W dniu, w którym opuszcza zakład, ów policjant ginie i Spenser automatycznie staje się jednym z podejrzanych. Razem ze swoim współlokatorem, potężnym bokserem amatorem Hawkiem, postanawia przyjrzeć się sprawie. I tak właśnie trafia na trop poważnej afery.

Od początku widać, że główny bohater jest innym detektywem niż najsłynniejsze policyjne wygi współczesnego kina. Nie ma chodów w służbach ani pieniędzy, które pozwoliłyby mu prowadzić profesjonalne śledztwo. W dobie badań DNA i szczegółowej analizy miejsca zbrodni Spenser musi zdać się na intuicję. No i sięgnąć po tradycyjne metody prowadzenia dochodzenia, zwłaszcza zadawanie pytań odpowiednim ludziom, wielogodzinne obserwowanie podejrzanych, a niekiedy dość brutalne wyciąganie z nich informacji. Może dlatego niechętnie dowcipkuje. Częściej przemyca subtelne aluzje, które nie zawsze są dla widza oczywiste. Stąd nieporozumieniem jest traktowanie „Śledztwa Spensera" jako komedii.

W jakimś stopniu winę za taki odbiór filmu ponosi casting, którzy przemycił na ekran kilku standuperów, a na dodatek paru raperów. Ważną rolę gra weteran kina Alan Arkin, w Hawka wciela się zaś będący u progu wielkiej kariery Winston Duke. Uwagę Hollywood zwrócił rolą M'Baku w „Czarnej Panterze", później wystąpił też w głośnym horrorze z zacięciem społecznym „To my". Tu stanowi doskonałe uzupełnienie Wahlberga. A co najważniejsze, Duke czuje klimat filmu. Nie szarżuje, nie przymila się do widza, po prostu tworzy sympatyczną postać.

„Śledztwo Spensera" ustępuje poziomem najlepszym produkcjom Netflixa. Sposobem kadrowania czy prowadzenia historii przypomina wręcz produkcję telewizyjną. Mimo to wciąga. Stanowi niezły substytut kinowych nowości, których w najbliższym czasie najpewniej nie zobaczymy.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA