Nie, to nie jest żart. Ojciec Francisco Taborda SJ oznajmił, że w ramach inkulturacji, a także tzw. głębokiej teologii można będzie po wspomnianym synodzie, za zgodą biskupa zastąpić w Amazonii w sprawowaniu Eucharystii chleb maniokiem. Powodem ma być to, że podczas pory deszczowej w Amazonii wilgotność jest tak duża, że zamienia pszeniczny chleb w maź, a chleby wyrabia się tam właśnie z manioku. Ojciec Taborda nie jest byle kim, ale wykładowcą teologii na jezuickim Uniwersytecie Belo Horizonte w Brazylii, prelegentem na seminarium przygotowującym przyszłoroczny synod. W jego trakcie wygłosił on referat: „Amazonia: Nowe ścieżki dla Kościoła i dla integralnej ekologii". W seminarium tym uczestniczyli kardynałowie Lorenzo Baldisseri, sekretarz generalny synodu biskupów, Claudio Hummes, a także przewodniczący konferencji biskupów panamazońskich.

Opinia ta mogłaby być nawet zabawna, gdyby nie to, że jest głęboko heretycka. Materią Eucharystii nie jest bowiem, zgodnie z nauczaniem Kościoła, maniok, ale chleb i wino. A jeśli – w imię inkulturacji czy ekologii – można je zastąpić warzywem, to dlaczego nie można go zastąpić bananem, a wina coca-colą? I nie jest to tylko moja opinia, ale także wielu teologów i kardynałów. – To zmieniłoby materię Eucharystii i pociągnęło za sobą głębokie skutki – podkreśla kard. Raymond Burke. A biskup Athanasius Schneider dodaje, że działanie takie byłoby całkowicie sprzeczne z prawem Bożym. – Sprawowanie Eucharystii chlebem z manioku oznaczałoby stworzenie swego rodzaju nowej religii – dodaje biskup Schneider. Identyczną opinię wyraził wybitny teolog i były anglikanin ks. John Saward z uniwersytetu w Oksfordzie, którego zdaniem pomysł ten jest sprzeczny z całą tradycją Kościoła, a także nauczaniem św. Tomasza z Akwinu i kodeksem prawa kanonicznego.

Złośliwie można dodać, że jest ona sprzeczna także z Ewangelią, bo tak się składa, że w niej jest mowa o tym, że Jezus wziął w swoje ręce chleb, a nie maniok. Oczywiście jedna wypowiedź nie oznacza jeszcze, że ktokolwiek cokolwiek zmieni, a latynoscy jezuici znani są z tego, że miewają idiotyczne (a taki jest właśnie ten) pomysły. Nie ma też takiej głupoty, której spragnieni nowinek teologowie nie uznaliby za warte przedyskutowania. Kłopot polega tylko na tym, że przed synodami na temat małżeństwa i rodziny także wydawało się, że zmiana nauczania na temat nierozerwalności małżeństwa, niegodnego przyjmowania Eucharystii, grzechu ciężkiego jest niemożliwa, a jej zwolennikami są nieliczni „nowinkarze". Nie minęło kilka lat, a zmiany w tej kwestii weszły do praktyki ogromnej większości Kościołów na świecie. A ci, którzy przeciwko temu protestują, uznawani są za przeciwników nowego otwarcia duszpasterskiego i określani mianem faryzeuszy.

Dlatego byłbym bardzo ostrożny w przekonywaniu, że pomysły takie są niemożliwe do realizacji. Szczególnie że od jakiegoś czasu sam papież mówi o dynamicznym rozwoju doktryny. W praktyce oznacza to możliwość zastąpienia dotychczasowej doktryny jej nowymi interpretacjami, które w istocie są sprzeczne z tym, czego Kościół nauczał wcześniej. Tak było z karą śmierci, którą cała dotychczasowa doktryna katolicka uznawała za dopuszczalną moralnie, a którą Franciszek uznał za niemoralną. Jeśli możliwa jest zmiana w tej kwestii, to dlaczego nie w innych? Oczywiście jest nadzieja, że w tej kwestii zmiany być nie może, ale... biorąc pod uwagę to, co dzieje się obecnie w Kościele, wcale nie jest to pewne.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95