fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Krzysztof Uczkiewicz: należy podjąć debatę nad nową ustrojową definicją państwa

Rzeczpospolita, Paweł Gałka
Należy podjąć debatę nad nową ustrojową definicją państwa, tak by pełniło ono służebną rolę wobec ludzi i ich spraw – pisze prawnik.

Z ślepego przyzwolenia suwerena wyrażonego w referendum konstytucyjnym w 1997 r. Polska stała się „demokratycznym państwem prawnym urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej".

Nad zawartością treściową tej definicji podanej w art. 2 Konstytucji RP, nie warto się w ogóle zastanawiać. Widzimy i słyszymy, że jest to zbitka gromko brzmiących pustych pojęć, której znaczenia nikt poważny nie próbuje nawet dociec. O ile jednak można pozwolić sobie na zignorowanie figlarnego ornamentu o „urzeczywistnianiu zasad sprawiedliwości społecznej", to jednak nie wolno nam przejść do porządku nad kwestią samego trzonu konstytucyjnej definicji państwa. Jak właściwie należy rozumieć termin „demokratyczne państwo prawne"?

Koślawa definicja

Już pierwszy rzut oka każe dostrzec wewnętrzną wadliwość, nie tylko logiczną, tej definicji, wyrażającą się w bezpodstawnym immanentnym powiązaniu (związaniu?) państwowości z konkretnym ustrojem. Atrybut „demokratyzmu", czy jak kto woli „demokratyczności", przypisać można ewentualnie panującym poglądom i obyczajom bądź aktualnemu, choć przecież nie niezmiennemu, ustrojowi państwa, ale nie samemu państwu. O wiele większym wyczuciem i kompetencją popisali się np. autorzy konstytucji włoskiej czy późniejszej konstytucji austriackiej, gdy dla ustrojowego (co podkreślam) zdefiniowania państwa posłużyli się terminem „republika demokratyczna". Podobną dojrzałość w rozumieniu znaczenia pojęcia „demokratyczny" zdradzili autorzy europejskiej konwencji praw człowieka, gdyż atrybut ten przypisali ustrojom politycznym (jak w preambule) bądź społeczeństwom (por. art. 6 ust. 1, art. 10 ust. 2, art. 11 ust. 2), lecz nigdy samym państwom, będącym notabene sygnatariuszami tej konwencji.

Podana w art. 2 konstytucji koślawa definicja została inercyjnie przeniesiona z art. 1 konstytucji z 1952 r. w ostatnio obowiązującym brzmieniu ustalonym ustawą z dnia 29 grudnia 1989 r. o zmianie Konstytucji Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Wziąwszy po uwagę polityczne i historyczne uwarunkowania, w jakich dokonywano wówczas nowelizacji Konstytucji PRL, możemy sobie łatwo wytłumaczyć pochodzące z poprzedniej epoki ideologicznie motywowane obciążenie państwa zadaniem urzeczywistniania zasad sprawiedliwości społecznej – cokolwiek miałoby to obecnie znaczyć. O wiele trudniej znaleźć uzasadnienie dla przyjęcia nowej i niezrozumiałej na naszym gruncie formuły demokratycznego państwa prawnego.

Czytelnik powinien się w tym miejscu dowiedzieć, że definicja użyta w Polsce w 1989 r. została wkrótce mechanicznie przejęta przez niemal wszystkie kraje byłego obozu socjalistycznego, od Bułgarii aż po (sic!) Rosję. We wszystkich nowo uchwalonych konstytucjach tych państw powtarza się mantra „demokratycznego państwa prawnego", zawsze zresztą bez wyjaśnienia treści tego pojęcia. Naturalnie w każdym przypadku widzimy pewne detaliczne odmienności w przyjmowanej definicji ustroju, co wszakże jedynie podkreśla jednorodność zasadniczej koncepcji państwa, która okazuje się wspólna dla całego obszaru Europy Środkowo-Wschodniej. Można zasadnie zapytać: jak doszło do tego, że obóz bratnich krajów demokracji ludowej w krótkim czasie przeobraził się w niezbyt zgodną rodzinę demokratycznych państw prawnych?

Aby rozwiać wszelkie wątpliwości związane z omawianym terminem, trzeba wskazać, że w 1989 r. nie był on już bynajmniej oryginalny ani odkrywczy. Zastosowano go wcześniej – na prawach debiutu – w konstytucji portugalskiej z 1976 r., a także w konstytucji hiszpańskiej z 1978 r. Nasuwa to natrętną myśl o istnieniu jakiegoś jednego projektu ustrojowego dla państw porzucających system rządzenia uznany za niedemokratyczny. Do tych państw zaliczyć trzeba przecież zarówno Portugalię i Hiszpanię, jak i kraje dawnego obozu socjalistycznego.

W tym kontekście intrygująco prezentuje się odrębność ustrojowa nowych państw bałtyckich: Litwy, Łotwy i Estonii, gdyż żaden z tych (zapatrzonych w inne wzorce) krajów nie przyjął formuły demokratycznego państwa prawnego. Te szczególne przypadki umacniają, niestety, niekoniecznie racjonalne, choć przemożnie się narzucające, podejrzenie o wspólnym dla określonego regionu planie transformacji.

Warto przypomnieć Kanta

Aby zrozumieć rzeczywiste znaczenie terminu „demokratyczne państwo prawne", trzeba wyjść od wyjaśnienia pojęcia „państwa prawnego" . Czytelnik wie już zapewne, że koncepcja państwa prawnego należy do dorobku niemieckiej teorii państwa i prawa rozwiniętej z XIX i XX wieku. Sam termin państwa prawnego (die Rechtsstaat) pojawił się po raz pierwszy w pamflecie ogłoszonym w 1798 r. w Strasburgu przez niejakiego Johanna Wilhelma Petersena alias Placidusa. Autor przedstawił tam koncepcję państwa prawa jako „postępową" alternatywę dla „państwa policyjnego" (die Polizeistaat), za jakie uważał monarchię absolutną, nawet w złagodzonej formule oświeceniowej. Placidus nie ukrywał przy tym inspiracji poglądami Immanuela Kanta, ogłoszonymi niewiele lat wcześniej w dziełku „Grundlegung zur Metaphysik der Sitten", które znane jest u nas pod nieporadnie spolszczonym tytułem „Uzasadnienie metafizyki moralności" (Warszawa PWN 1971).

W powszechnym odbiorze, torowanym także przez popularyzatorów doktryn polityczno-prawnych, państwo prawne albo państwo prawa charakteryzuje się tym, że wszelkie jego działania oparte są na istniejącym prawie pozytywnym, które w równej mierze obowiązuje organy państwa, jak i wszystkich jego adresatów. Tak rozumiane państwo prawne miałoby być gwarantem bezpieczeństwa prawnego, a w tym w szczególności praw i wolności obywateli oraz innych podmiotów prawa, które nie są już narażone na skutki samowoli władzy. Krytycy państwa prawnego dostrzegają jednak również ciemne, tj. nieeksponowane, strony państwa, w którym tylko prawo pozytywne jest suwerenem.

Aby dotrzeć do istoty koncepcji państwa prawnego, trzeba przyjrzeć się poglądom Immanuela Kanta, którego musimy uznać za jej naturalnego ojca.

Przywołane dzieło Kanta zaczyna się od zdania, które powinno tu być przytoczone w całości: „Nigdzie w świecie, ani poza jego obrębem, niepodobna sobie pomyśleć żadnej rzeczy, którą bez ograniczenia można by uznać za dobrą, oprócz jedynie dobrej woli" (op. cit. s. 11). Czytelnik może się domyślić, że królewiecki filozof w sposób bardzo precyzyjny i dobitny rzuca tu ni mniej, ni więcej tylko wyzwanie chrześcijańskim prawdom wiary, które wskazują Boga jako źródło i wzorzec dobra (Mk 10,19, Wj. 20–16, Pwt 5, 16–20). O tym, że odmówienie nawet Bogu atrybutu dobroci nie jest przypadkowe, świadczy szyderczy komentarz Kanta do słów Jezusa: „Czemu nazywasz mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg", na którego przytoczenie in extenso szkoda tu miejsca. Zresztą Kant tchórzliwie unika nawet użycia imienia Syna Bożego, posługując się w jego miejsce bluźnierczym epitetem zastępczym „Święty z Ewangelii"(por. Kant, op. cit., s. 32).

Wola przed sumieniem

Odrzuciwszy Boga jako źródło moralności, Kant szuka go i znajduje (tak mu się przynajmniej wydaje) w autonomicznej woli istoty rozumnej, a w tym również człowieka (jeśli jest on istotą rozumną). Akt woli istoty rozumnej, która istnieje jako „cel sam w sobie" (ib. s. 60), jest autonomicznym aktem moralnym, który tworzy prawo. Państwo jest to według Kanta „systematyczne powiązanie różnych istot rozumnych poprzez wspólne prawa" (ib. s. 68). Podmiotem wspólnych praw są „różne istoty rozumne" korzystające z autonomii woli, bo tylko „autonomia woli jest właściwością woli, dzięki której ona sama sobie jest prawem" (ib. s. 78). Poprzez łańcuch podobnych rozwichrzonych operacji myślowych, które można tylko przyjąć w całości „na wiarę" lub odrzucić, Kant dochodzi do koncepcji „państwa celów" dla istot rozumnych korzystających z autonomii woli. Podkreślić tu trzeba, iż Kant nie utożsamia bynajmniej istoty rozumnej z człowiekiem. W jego koncepcji istota rozumna (vernűnftiges Wessen) nie musi być człowiekiem (zapewne chodzi tu również o równorzędne z osobami ludzkimi inne byty prawne), a ten z kolei niekoniecznie zalicza się do istot rozumnych.

Sławne powiedzenie Kanta: „Niebo gwiaździste nade mną, a prawo moralne we mnie", to jedynie zobrazowanie deistycznej (lub wprost ateistycznej) postawy, a w zasadzie wyboru przeciwstawnego chrześcijańskiemu pojmowaniu dobra i moralności. Dając w sposób kategoryczny pierwszeństwo woli przed sumieniem, Kant wyznaczył ryzykowny i, jak się wkrótce okazało, straceńczy kierunek poszukiwań intelektualnych, w którym, niestety, podążyły zastępy wrogich wszelkiej aksjologii myślicieli niemieckich i nie tylko niemieckich następnych pokoleń; wśród nich wymienić wypada Schopenhauera, Nietzschego, Heideggera, a w końcu także Carla Schmitta, który już w naszych czasach zrekapitulował tę ślepą drogę swoim otwarcie antychrześcijańskim manifestem „Tyrania wartości" („Die Tyrranei der Werte").

Państwo prawne wyraża najsolenniej przekonania Kanta bynajmniej nie przez przestrzeganie zasad legalizmu, lecz dzięki temu, że a priori odrzuca wszelkie aksjomaty w dziedzinie etyki i moralności. O tym, co słuszne i dopuszczalne, decydować ma wola lub pokusa prawodawcy, a nie sumienia ludzkie. Fałsz koncepcji „państwa celów" wyłania się nie gdzie indziej, lecz właśnie w uwolnionej od więzów aksjologii praktyce prawodawczej. Obecnie bowiem to prawodawca rozstrzyga o tym, kto i co jest „celem", oraz kto i co jest „istotą rozumną", której prawa zrodzone w warunkach „autonomii woli" chce ochraniać i obsługiwać. Sapienti sat.

Różnica pomiędzy kantowskim „państwem celów" a demokratycznym państwem prawnym polega tylko na tym, że to ostatnie swoją samowolę cynicznie legitymizuje wymuszanym na społeczeństwie werdyktem wyborczym.

W konkluzji trzeba otwarcie powiedzieć, że zdehumanizowane w samym założeniu państwo prawne jest pomysłem złym i destrukcyjnym. Świadczą o tym złe owoce z tego drzewa, a w wśród nich zwłaszcza podmycie aksjologicznych fundamentów relacji międzyludzkich oraz widoczny na całym świecie zanik zaufania ludzi i całych społeczności do instytucji państwa. W społeczeństwie wolnym od przemocy antyaksjologicznej ideologii prawo pozytywne nie rządzi, lecz przede wszystkim służy wyznawanym przez ludzi wartościom, które zawsze i tak stoją ponad prawem. Należy podjąć debatę nad nową ustrojową definicją państwa oraz nad rolą prawa pozytywnego po to właśnie, aby wyeksponować ich służebną funkcję. Zacząć zaś trzeba nie od rewizji definicji państwa w art. 2 konstytucji, lecz od fundamentalnej zmiany przemyconej z sanacyjnej konstytucji z 1935 r. treści art. 1. Wbrew temu zapisowi to nie państwo jest (najwyższym) dobrem jego obywateli, a przeciwnie – to naród i wyznawane w nim wartości mają być głównym przedmiotem ochrony i troski państwa. Gdy w art. 1 konstytucji w miejsce dotychczasowego znajdzie się zapis o służebnej roli państwa wobec ludzi i ich spraw, o resztę można się już mniej martwić.

Autor jest wrocławskim adwokatem

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA