fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Wykształcenie i nauczanie

ROL
Awantury o edukację odbywają się nie tylko nad Wisłą, ale i nad Potomakiem. Edukacja cierpi na tę samą chorobę, co wiele innych programów pomocy społecznej, gdyż na nieszczęście sama stała się jednym z nich.

Rodzicom odmówiono wpływu na nauczanie ich dzieci i przekazano całą kontrolę nad tym procesem biurokracji państwowej i szkolnej, kierującej się przede wszystkim własnymi interesami i własną filozofią.

Trend ów rozpoczął się w autorytarnych Prusach i napoleońskiej Francji na początku XIX wieku. Później przejęli go socjaliści. To doskonale ukazuje podobieństwa między zwolennikami tych dwóch systemów. Jedni i drudzy są zainteresowani uzyskaniem dominującego wpływu na świadomość młodzieży w newralgicznym momencie jej kształtowania. Ich próba sięgnięcia po „rząd dusz" okazała się na nieszczęście skuteczna, czego rezultaty są opłakane. „Jest tragedią – pisał Milton Friedman – a zarazem ironią losu, że system, który miał zapoznać wszystkie dzieci ze wspólnym językiem i wartościami, który miał dać wszystkim równe szanse edukacyjne, pogłębił w rzeczywistości podziały". Komuś się bowiem pomyliło „wykształcenie" (education) z „nauczaniem" (schooling). Mark Twain powiadał, że „nigdy nie dopuścił do tego, aby szkoła przeszkadzała mu w kształceniu się". I tego się trzymajmy.

Jeśli państwo chce pomagać w kształceniu dzieciom z biednych rodzin, nie musi budować szkół, kupować do nich komputerów ani zatrudniać w nich woźnych i nauczycieli. Może po prostu wyemitować bon oświatowy. Co prawda Friedman – autor tego pomysłu – pod koniec życia się z niego wycofał, ale właśnie wraca do niego sekretarz edukacji w gabinecie Donalda Trumpa Betsy DeVos. Będzie się działo!

Państwo, zamiast bezpośrednio finansować oświatę, mogłoby przekazywać rodzicom wszystkie środki wydawane przez siebie na ten cel. Otrzymywaliby oni vouchery, opiewające na sumę stanowiącą iloraz globalnych wydatków na szkoły publiczne i liczby korzystających z nich dzieci. Mogliby opłacać nimi naukę w szkołach licencjonowanych przez państwo. Licencje te byłyby wydawane pod warunkiem spełnienia przez szkołę określonych wymogów. Rodzice zaś mieliby swobodę wyboru konkretnej szkoły. W tych szkołach, które pobierałyby wyższe opłaty za wyższy poziom nauki czy zajęć dodatkowych, można byłoby do czesnego dopłacać.

W USA bon zablokowali nauczyciele. Ale PiS i tak nauczycieli ma przeciwko sobie, więc ich protesty już mu bardziej nie zaszkodzą. Ma więc szansę zrobić coś dla dzieci. Ale wcale nie jestem pewny, czy to o wykształcenie dzieci chodzi...

Autor jest profesorem Uczelni Łazarskiego i adwokatem

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA