fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Janusz Gajowiecki: Ustawa offshore znów na zakręcie

Adobe Stock
Inwestorzy czekają w blokach startowych na rozpoczęcie budowy morskich farm wiatrowych. Ale nie ma regulacji.

Pojawiło się realne ryzyko, że ustawa offshore wpadnie w poślizg i nie wejdzie w życie do końca 2020 r. W efekcie farmy wiatrowe na Bałtyku – nowa nadzieja polskiej energetyki na poprawę rentowności – mogą na długo zniknąć z naszego horyzontu.

Opóźnienia w kalendarzu legislacyjnym mogą zburzyć strategiczne plany polskiego rządu związane ze zmniejszaniem emisyjności nie tylko naszej energetyki, ale także transportu i ciepłownictwa. Bo nie można zapominać, że właśnie na zwiększeniu skali OZE – poprzez budowę morskich farm wiatrowych – opiera się planowana strategia wodorowa Polski.

Transformacja polskiej gospodarki i realizacja celów klimatycznych to tylko jeden z koronnych argumentów przemawiających za budową morskich farm wiatrowych. Równie często pojawiał się argument mówiący, że powinniśmy traktować te inwestycje jak potencjalne koło zamachowe utrzymania dynamiki rozwoju polskiej gospodarki w trudnych czasach. Stąd prace nad umową sektorową dla morskiej energetyki wiatrowej zainicjowane podpisaniem w lipcu 2020 r. listu intencyjnego w tej sprawie. Jej kluczową rolę w przyszłym miksie energetycznym Polski podkreślano w wielu dokumentach strategicznych, poczynając od strategii na rzecz odpowiedzialnego rozwoju, poprzez krajowy plan na rzecz energii i klimatu na lata 2021–2030, a kończąc na polityce energetycznej Polski do 2040 r.

Tymczasem kolejny miesiąc ustawa offshore spędza w legislacyjnej kolejce. Przypomnijmy, że od momentu jej opublikowania w połowie stycznia 2020 r. dokument przechodził już konsultacje społeczne i dwukrotne uzgodnienia międzyresortowe. Dzisiaj jesteśmy w przededniu uzyskania ostatecznej akceptacji Rady Ministrów i przekazania ustawy pod obrady Sejmu. Przypomnijmy jednak, że prace nad jej kształtem toczyły się jeszcze w Ministerstwie Energii, czyli na długo przed tym, nim dokument ujrzał światło dzienne. Minęły dwa lata, a inwestorzy nadal czekają na zielone światło do rozpoczęcia najbardziej kapitałochłonnego etapu inwestycji – wyboru dostawców i zakupu turbin. Przy czym należy odnotować, że technologia w branży offshore rozwija się w błyskawicznym tempie. Pojawiają się prototypy maszyn znacznie wydajniejszych od tych, które wchodziły do powszechnego użycia jeszcze dwa lata temu.

Czas nagli także z innych powodów, które dotykają jednej z najistotniejszych materii – finansowania. Jeśli proces legislacyjny przeciągnie się zanadto, to inwestorzy stracą szansę na wsparcie w ramach pierwszego etapu rozwoju farm morskich w Polsce. Mogą z niego skorzystać – zgodnie z unijnymi przepisami – tylko do połowy przyszłego roku. Chodzi o projekty o łącznej mocy 5,9 GW, z których pierwsze mogłyby produkować energię już w 2025 r.

Jeśli przepisy stanowiące podstawę do otrzymania wsparcia nie zostaną w odpowiednim czasie uchwalone i zatwierdzone przez Komisję Europejską, to z peronu odjedzie nam kolejny pociąg. Legną w gruzach nadzieje na pobudzenie gospodarki inwestycjami o wartości 120–130 mld zł. Pogrzebiemy też szansę na budowę silnego przemysłu wokół morskiej energetyki wiatrowej, czyli m.in. rewitalizację polskich stoczni i portów.

Jeśli powodem zwolnienia tempa prac są inne akty prawne wymagające procedowania w związku z pandemią, to należy wziąć pod uwagę kluczową rolę offshore w odbudowywaniu gospodarki po pandemii koronawirusa. To nie tylko bezpośredni zastrzyk gotówki dla gospodarki, ale też wpływy z podatków do budżetu, kas gminnych oraz dziesiątki tysięcy nowych miejsc pracy.

Jeśli przyczyną opóźnień mogą być obawy związane z wysokością wsparcia dla inwestorów, to taki argument należy uznać za chybiony. Mechanizm w ramach ustawy offshore zaprojektowano tak, by chronić odbiorców końcowych przed skutkami nadmiernego wsparcia. Dotyczy to nie tylko drugiej fazy realizacji morskich farm, gdzie inwestorzy będą brać udział w aukcjach, ale także pierwszej fazy, kiedy wsparcie jest indywidualnie ustalane z inwestorami. Tutaj także decydenci mają w ręku wszelkie narzędzia do weryfikowania poziomu pomocy publicznej. Pamiętajmy, że weryfikacja następuje na kilku poziomach. Pierwszym jest minister klimatu i środowiska, który w rozporządzeniu wydanym do ustawy offshore ustala cenę maksymalną, którą inwestorzy wpisują do wniosków kierowanych do Urzędu Regulacji Energetyki. Drugim jest Komisja Europejska, która sprawdza wnioski, akceptując lub też modyfikując określony poziom zwrotu z inwestycji (pod kątem uniknięcia ewentualnego nadwsparcia). Trzecim jest prezes URE, który jeszcze raz sprawdza dokumentację i stan faktyczny, kontrolując zgodność wykazanych kosztów. Należy podkreślić, że ustalając ostateczną wysokość wsparcia, korzysta z opinii niezależnej firmy eksperckiej. Do tego przewidziano jeszcze jeden poziom weryfikacji. Polega on na powtarzaniu tejże procedury sprawdzającej i rewizji poziomu wsparcia w przypadku jakiejkolwiek istotnej zmiany parametrów rzeczowo-finansowych inwestycji, np. wyboru turbiny nowszej generacji lub zwiększenia mocy farmy wiatrowej. Wszystkie te argumenty potwierdzają zasadność sprawnego procedowania ustawy offshore. Zwłaszcza że inwestorzy dostosowali harmonogramy projektów do zapowiadanego przez decydentów kalendarza legislacyjnego. W niektórych przypadkach wymagało to przyspieszenia prac, a w innych – delikatnego wstrzymania kroku. Część firm zdążyła w tym czasie również zweryfikować swoje strategie rozwoju, wpisując się w rządową wizję zazieleniania krajowego miksu energetycznego.

Jakiekolwiek opóźnienia mogą nas słono kosztować. Wszystkich. Brak ram prawnych w czasie, kiedy inwestorzy czekają w blokach startowych, jest wytrącaniem im z rąk narzędzi do realizacji nowej wizji rozwojowej polskiej energetyki. Jeśli przegapimy ten pociąg, to następny może długo nie przyjechać. A wtedy pod znakiem zapytania stanie nie tylko transformacja polskiej gospodarki w kierunku zero- i niskoemisyjnym, ale przede wszystkim nasze bezpieczeństwo energetyczne. Bez prądu z Bałtyku będziemy zmuszeni ratować się zwiększonym importem energii ze względu na wyłączenia z użycia najstarszych, wyeksploatowanych elektrowni konwencjonalnych.

Janusz Gajowiecki jest prezesem Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA