fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Dawid Bunikowski: Kontrowersje w sprawie aborcji

Aborcja
Fotorzepa / Jerzy Dudek
Wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 22 października 2020 r. oznacza w praktyce prawie całkowity zakaz aborcji w Polsce.

Kościół katolicki jest oskarżany o inspirowanie wyroku, mimo że sam wyrok nie ma uzasadnienia religijnego, ale laickie. Wyrok TK jest formalnie wywiedziony z konstytucyjnego zakazu dyskryminacji. Jak wiemy, nauczanie Kościoła jest jednak jasne - aborcja jest złem. Społeczna eskalacja negatywnych emocji jest teraz ogromna i kieruje się w stronę rządzących, duchownych i wierzących. TK, zapewne nieformalnie motywowany przez rządzących czy doktrynę katolicką (oraz sam personalnie konserwatywny moralnie), rozpętał wyrokiem burzę społeczną, w tym proaborcyjną i antyklerykalną. Episkopat nie postulował tej zmiany prawnej przez lata (choć wyrok go cieszy). Tzw. kompromis aborcyjny trwał od 1993 r. (z krótką liberalizacją w 1996 r., zakończoną wyrokiem TK w 1997 r.). Aż do teraz.

Świat jest bardziej skomplikowany

Aborcja, czyli przerwanie ciąży jako inwazyjne usunięcie zarodka ludzkiego, była i jest sprawą kontrowersyjną. Ludzie w danym społeczeństwie mają różne opinie moralne na jej temat. Mają też różne opinie na temat prawnej regulacji aborcji. Są bowiem różne przypadki, w których aborcja może wchodzić w grę. Chyba nigdy w demokratycznym społeczeństwie nie da się zadowolić wszystkich odpowiednimi regulacjami. Wedle skrajnych feministek, aborcja powinna być dozwolona bez ograniczeń czasowych i bez podania powodu, gdyż kobieta dysponuje swoim ciałem, a wszelkie ograniczenie jest represją i niewolnictwem. Dla prawicy moralnej, głównie katolickiej (jak w Polsce) czy ewangelickiej (USA), aborcja jest zabijaniem dzieci, które jeszcze nie narodziły się. Noblistka O. Tokarczuk pisze o „patriarchacie", o dominacji mężczyzn, o opresji z ich strony jako o „kolosie na glinianych nogach". Tymczasem świat jest bardziej skomplikowany.

Temat aborcji jest to starcie liberalizmu moralnego z konserwatyzmem moralnym. Jest to wojna aksjologiczna i kulturowa przedstawicieli obu ideologii, nawet jeśli odbywa się na poboczu starcia politycznego. Po stronie konserwatywnej jest też sporo kobiet, które są przeciw legalizacji aborcji, czy to aborcji na żądanie, czy to eugenicznej. Jest też trochę niewierzących osób będących przeciw legalizacji aborcji. Jest jednak faktem, że cywilizacja zachodnia jako postęp widzi obecnie prawo do aborcji, prawo do eutanazji czy małżeństwo osób tej samej płci. Osoby o innym punkcie widzenia są nazywane na Zachodzie „katotalibanem", „ciemnogrodem" czy „średniowieczem". Ingerencja w prywatność to obawa współczesnej cywilizacji Zachodu. Jednocześnie inne, odmienne, idee spotykamy w np. cywilizacji islamskiej czy afrykańskiej.

Temat aborcji jest złożony. Jeśli chodzi o aborcję eugeniczną (aborcja płodu z upośledzeniem), to na Zachodzie wiele kobiet nie chce rodzić dzieci z upośledzeniem, gdyż nie chcą ich i swojego cierpienia. A przecież, gdy takie dziecko „jakimś przypadkiem" rodzi się, jest często kochane. Ponadto, gdy chodzi o aborcję na żądanie w pierwszym trymestrze (aborcja na żądanie czy z przyczyn społecznych), to ktoś może być moralnym przeciwnikiem aborcji, akceptując jednocześnie prawną dopuszczalność aborcji i wolność wyboru kobiety. Świat nie jest czarny i biały. Jest taki tylko ex cathedra, w Sejmie, w strajku, przed komputerem albo z ambony.

Uliczna rewolucja „liberalnych" kobiet i mężczyzn

Ostatnie wzburzenie części społeczeństwa w Polsce powstało w wyniku wyroku Trybunału Konstytucyjnego uchylającego przepisy pozwalające na aborcję w przypadku np. poważnych wad genetycznych czy ciężkiego upośledzenia „płodu ludzkiego" (to termin z ustawy antyaborcyjnej z 1993 r.), czyli dziecka nienarodzonego (nasciturus, ten, którym ma się urodzić). Od momentu opublikowania wyroku w Monitorze Polskim nie można przeprowadzić aborcji np. ze względu na stwierdzony zespół Downa. Kobieta musi urodzić takie dziecko w świetle prawa. To wywołało opór części społeczeństwa. Ta uliczna rewolucja „liberalnych" kobiet i mężczyzn dotyczy nie tylko aborcji eugenicznej, ale prawa do aborcji w ogóle, w tym na żądanie i bez podania przyczyn. Niestety, wzburzenie przechodzi w inwektywy, niszczenie mienia, zakłócanie porządku i argumenty personalne. Z obu stron, głównie liberalnej.

Jak TK może się bronić?

Przyjrzyjmy się jednak materialnym i formalnym okolicznościom wyroku TK. Potem zobaczmy, co społeczeństwo sądzi o aborcji i jakie są standardy na świecie. Spójrzmy najpierw od strony materialnej, czyli praw i obowiązków. Wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 22 października 2020 r. naruszył tzw. kompromis aborcyjny. Do tej pory ustawa antyaborcyjna z 1993 r. pozwalała na aborcję w trzech wyjątkowych przypadkach. Po pierwsze, gdy życie lub zdrowie matki („kobiety ciężarnej", jak stanowi ustawa) było zagrożone. Po drugie, gdy "płód ludzki" miał de facto poważne wady genetyczne albo był ciężko upośledzony (art. 4a ust. 1 pkt 2 ustawy: „badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu"). Po trzecie, gdy „ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego". Chodzi tu o gwałt, ale i kazirodztwo czy pedofilię. Wyrok TK usunął z prawa tę drugą przesłankę. Tymczasem większość legalnych aborcji w Polsce, ok. 98-99%, tj. do 1 tys. rocznie, dotyczą właśnie tej sytuacji, np. aborcji dzieci nienarodzonych z zespołem Downa. Wnioskodawcy z klubu poselskiego PiS uważali, że jest to aborcja eugeniczna, selekcja genetyczna, dyskryminacja. TK przychylił się do tego. TK powołał się na trzy przepisy konstytucji, tj. art. 30, 31 i 38. Chodzi o godność ludzką, ograniczenie konstytucyjnych wolności i praw oraz prawo do życia. TK uznał, że dziecko nienarodzone, mimo poważnej wady genetycznej czy ciężkiej choroby, ma prawo urodzić się i żyć. Nie można stosować selekcji i abortować takiego „płodu ludzkiego". Jest to życie. Także to życie z np. zespołem Downa.

Patrząc od strony formalnej, TK jest jednak źle obsadzony. W jego składzie jest 3 sędziów, którzy zostali wybrani na miejsca już obsadzone (tzw. dublerzy). Są to: M. Muszyński, J. Piskorski i J. Wyrembak. Jest to rezultat kryzysu konstytucyjnego, który trwa od listopada 2015 r. W związku z tym, TK, który orzekał w tej sprawie w pełnym składzie, był źle obsadzony. Mogą być zatem podnoszone głosy, że postępowanie jest nieważne albo wyrok jest nieważny. Ale kto to ma stwierdzić?... Helsińska Fundacja Praw Człowieka, która nie uznaje tego wyroku za wyrok i wzywa lekarzy i sędziów o „niebranie pod uwagę tzw. orzeczenia TK"? Nie ma innego ciała nad TK. Niemniej, nie można traktować udziału tych 3 sędziów w głosowaniu jakoś autorytatywnie.

Jak TK może się bronić? W TK jest 15 sędziów. Do wydania wyroku zakazującego aborcji eugenicznej trzeba 8 sędziów. Wyroki bowiem zapadają większością głosów. W wydaniu tego konkretnego wyroku wzięło udział 13 sędziów, w tym 3 tzw. sędziów-dublerów (brzmi brzydko, ale prawdziwie). Innych 2 sędziów było nieobecnych (A. Zielonacki, R. Wojciechowski), z jakichś powodów. Nie wiemy, jak przebiegała narada, ale wiemy, że były 2 zdania odrębne zgłoszone do wyroku. Wnieśli je sędziowie P. Pszczółkowski i L. Kieres. Zakładamy więc, że 11 sędziów było za tezą wyroku, a 2 było przeciw. Zakładając, że tych 3 sędziów-dublerów nie może głosować w świecie-prawie- idealnym, to od 11 sędziów głosujących za tezą odejmujemy 3 sędziów-dublerów głosujących za tezą. Mamy zatem 8 sędziów za tezą. Ci, bez wątpienia, mogli głosować, a ich wybór jako sędziów nie był kontrowersyjny prawnie. TK zatem miał większość (8 na 15) sędziów, by przegłosować ten wyrok. Byłoby tak nawet, gdyby na sali byli ci 2 nieobecni sędziowie i zagłosowaliby przeciw tezie wyroku. Tak na marginesie, na 15 sędziów TK są tylko 2 kobiety: sędzia Przyłębska i sędzia K. Pawłowicz. (W Polsce jest wiele wybitnych prawniczek, też młodszego pokolenia.) Oczywiście, nie płeć czy rasa powinny decydować o wyborze, ale walory intelektualne.

Wyrok TK jest kontrowersyjny formalnie

Co zatem z wyrokiem? Czy trzeba wyrok uznać? Jak wiemy, wyrok był przedmiotem politycznych przepychanek. Rok przeleżał w TK. Podjęto się tego problemu w trakcie rosnącej pandemii. Nie ma to jednak znaczenia dla legalizmu i prawa. Z prawnego punktu widzenia, problemem może być zaś to, że sprawozdawcą w sprawie był Justyn Piskorski, który jest jednym z tzw. sędziów-dublerów. To sprawozdawca pisze wyrok, dyskutuje tezy wyroku zawczasu z innymi sędziami, szuka poparcia większości, a inni zgadzają się potem z tezami lub nie w głosowaniu. Piskorski nie powinien brać udziału w tym głosowaniu. Nie powinien być sprawozdawcą. Tymczasem on referował tę sprawę i pisał wyrok. Inna kwestia formalna to przewodnicząca składu orzekającego, sędzia Przyłębska. Została wybrana Prezesem TK w grudniu 2016 r. bez poparcia większości sędziów TK, co naruszało konstytucję (art. 194 ust. 2). Od strony legalnej patrząc, ten wyrok może być wątpliwy nie tyle ze względu na tzw. sędziów-dublerów, ale ze względu na osoby Justyna Piskorskiego i Julii Przyłębskiej. Z kolei, to, że PiS wybrał do TK osoby o bardziej kontrowersyjnych moralnie poglądach, nie ma znaczenia. Lewica moralna, gdyby rządziła, także wybierałaby do TK osoby bliższe jej ideologicznie. To jest kwestia polityki. Władza interpretacyjna i decyzyjna sędziów TK jest ogromna. Mogą różnie interpretować prawo i stwierdzać, czy jest konstytucyjne, czy nie. Ich przekonania moralne mają znaczenie w wyrokach. A niby nie powinny.

Jeśli chodzi o prawo aborcyjne w świecie zachodnim, to jest ono permisywne, liberalne. Aborcja na żądanie kobiety (czyli bez uzasadnienia i zgody władz) jest dopuszczalna w pierwszym trymestrze, a czasem nawet trochę później (18. tydzień, jak w Szwecji). Jest dopuszczalna w przypadkach wad płodu w późniejszym okresie. Podobnie jest w przypadku zagrożenia życia matki czy gwałtu. Generalnie, świat Zachodu ma bardzo liberalne prawo aborcyjne. Jest mowa o prawach czy uprawnieniach kobiety. Interpretacja tego prawa jest bardzo liberalna nawet w krajach, gdzie formalnie kobieta powinna podać powód aborcji na żądanie i uzyskać odpowiednie rekomendacje lekarzy (np. w Wielkiej Brytanii jest ponad 200 tys. aborcji rocznie, a założenia ustawy aborcyjnej z 1967 r. mówiły o paru tysiącach). Absolutny zakaz aborcji na Zachodzie występuje tylko w tradycjonalistycznych państwach-liliputach, tj. na Malcie, w Andorze i San Marino. Duże ograniczenia są w Monako i Lichtensteinie (tylko zdrowie kobiety jako wyjątek). Z większych zachodnich krajów duże ograniczenia są tylko w Polsce (obecnie wyjątek przy aborcji to zdrowie/życie kobiety i ciąża jako wynik przestępstwa). Jest to jakby swoisty pluralizm prawny w świecie Zachodu, gdzie obok siebie są różne tradycje konstytucyjne lub moralne i różniące się porządki prawne. Niemniej, standard permisywny, liberalny dominuje w świecie Zachodu od l. 70. Liberalizm moralny w prawie dominuje zdecydowanie. Związane jest to ze zmianą społeczną, rewolucją seksualną l. 60, feminizmem i ruchem praw kobiet. Tymczasem świat to nie tylko Zachód - jest różnorodny. Np. świat Islamu jest przeciw aborcji na żądanie czy aborcji eugenicznej.

Wbrew temu, co niektórzy sądzą, z prawnego punktu widzenia, prawo do aborcji nie jest prawem człowieka. Nie jest nim w rozumieniu uniwersalnym. Nie jest prawem występującym w żadnej światowej konwencji dotyczącej praw człowieka. Nie ma w żadnej konwencji także pojęcia „prawa reprodukcyjne". Jest tak dlatego, że inna sytuacja byłaby zbyt kontrowersyjna dla wielu państw, np. z Afryki czy krajów Islamu. Prawo do aborcji nie jest też prawem człowieka na gruncie regionalnym w Europie. Nie jest prawem człowieka wymienionym w Europejskiej Konwencji Praw Człowieka z 1950 r. ani w żadnym z jej protokołów z lat późniejszych. Strasburg nie może wymuszać liberalnego prawa aborcyjnego i dobrze o tym wie. Polska przegrała sprawę Tysiąc w Strasburgu (2007 r.), ale nie przegrała jej dlatego, że zakazuje aborcji na żądanie, ale z tego powodu, że nie pozwoliła na aborcję w sytuacji zagrożenia zdrowia matki. A prawo polskie pozwalało na aborcję w takiej sytuacji. Jednak interpretacja prawa w Polsce nawet w takich przypadkach, w których prawo zezwala na aborcję, była i jest ostra. Niemniej, prawnie i formalnie, prawo do aborcji nie jest prawem człowieka, a mówienie, że jest, przyjmuje postać narzucania swej ideologii czy narracji.

No, a co sądzą Polacy? Wedle raportu CBOS z 2016 r., ok. 80 %. Polaków nie akceptuje sytuacji, gdy kobieta chce aborcji ze względu na swoją trudną sytuację materialną czy osobistą albo gdy, po prostu, kobieta nie chce dziecka. Polacy nie akceptują aborcji na żądanie czy aborcji z tzw. przyczyn społecznych. Polacy są narodem bardzo konserwatywnym, jeśli idzie o deklaracje na temat aborcji. Oczekują też konserwatywnego prawa. Prawo bowiem pełni rolę nie tylko regulującą, zakazującą, ale i wychowawczą. A jak jest w przypadku upośledzenia płodu czy poważnych wad genetycznych dziecka nienarodzonego? Czy Polacy zgadzają się na aborcję wówczas? Nie, także są przeciw. Wedle CBOS, od 53% do 61% jest przeciwko aborcji w takiej sprawie. Można ją nazwać aborcją eugeniczną. Tylko od 23% do 30% popiera taką aborcję.

Reasumując tę część, wyrok TK jest kontrowersyjny formalnie. TK brakuje legitymizacji w sensie prawnym do wydawania takich wyroków. TK jest wciąż w kryzysie konstytucyjnym. Ten wyrok pogłębia ten kryzys w państwie. Oczywiście, pewnie żaden czas nie jest dobry na taki wyrok, zawsze byłyby kontrowersje, nawet jeśli debata trwałaby latami we wszystkich telewizjach. Materialnie patrząc, wyrok narusza mocno tzw. kompromis aborcyjny. To jest kompromis z 1993 r., który był ukłonem w stronę Kościoła katolickiego, Jana Pawła II i prawicy moralnej oraz reakcją na komunistyczny liberalizm aborcyjny. Nie było ostatnio żadnej debaty na temat prawa aborcyjnego ani w parlamencie, ani w społeczeństwie. Nie zorganizowano referendum. Decyzja TK zapadła w środku pandemii, po sporach z radykałami obyczajowymi wewnątrz rządu. Niemniej, zadajmy sobie pytanie, czy gdyby TK orzekł, że aborcja jest dopuszczalna na żądanie aż do 3., 6. czy 9. miesiąca w imię wolności kobiety i integralności jej ciała, to też nikt nie mógłby się temu sprzeciwiać i wyrażać oburzenia?

Aborcja zawsze była i zawsze była jakoś regulowana. Mylą się zarówno liberałowie, jak i konserwatyści w swojej percepcji tego zjawiska. Gdyby nie uznawano, że płód ludzki ma jakąś moralną wartość lub jest jakimś realnym (i szczególnym) życiem biologicznie, to przecież aborcja na żądanie byłaby dopuszczalna aż do dnia porodu na Zachodzie. A tak nie jest. Czy to w USA, czy w innych krajach zachodnich, aborcja jest bardzo ograniczona po upływie 3 cz 4 miesięcy ciąży. Aborcja jest po prostu przypadkiem bardzo kontrowersyjnym moralnie, „najbardziej kontrowersyjnym". Te słowa powiedział mi prywatnie Leszek Kołakowski w 2008 r., uważając, że zabiegów aborcji jest zbyt dużo w Anglii. Tak też problem aborcji jako największej kontrowersji widziałem w swej pierwszej (bardziej liberalnej) monografii o prawie i moralności, z 2010 r. Nie ma tu idealnych regulacji. Idealne regulacje to albo absolutny zakaz, albo absolutna wolność. A tymczasem prawo zachodnie jest „gdzieś pomiędzy", bo musi uwzględniać i interes kobiety, i interes dziecka nienarodzonego. Absolutny zakaz można sobie wyobrazić w państwie, które ma zamknięte granice, wzywa kobiety wyrywkowo na badania stwierdzające, czy są w ciąży (jak było w komunistycznej Rumunii), kontroluje podziemie aborcyjne i totalnie inwigiluje obywateli. Inne wyobrażone państwo to państwo „świętych" albo wyznaniowe. Efektywność zakazów przy otwartych granicach jest jednak żadna albo ograniczona.

Badania na temat aborcji dowodzą, że nawet w niby purytańskich USA w 19. wieku aborcja była tzw. prywatnym biznesem kobiet. Kobiety załatwiały „to" między sobą albo przy pomocy niby-specjalistów, biskupi nie byli pewni nauczania, a restrykcyjne prawo weszło w życie pod wpływem lobby medycznego. To wszystko wskazuje, jak trudny temat mamy przed oczami, zwłaszcza w świecie globalnym, gdzie usługi aborcyjne są legalnie oferowane w krajach ościennych. W świecie globalnym, gdzie jest wolność przemieszczania się, restrykcyjne prawo aborcyjne staje się coraz częściej symboliczne. Jest to instytucjonalna aprecjacja pewnej aksjologii, ale w praktyce łatwo to obejść. Bogate rodziny stać na aborcję za granicą, biednych nie stać. Do tego w globalizacji kulturowej dochodzi dominująca medialnie kultura konsumpcjonistyczna, hedonistyczna, egoistyczna i samorealizacji. Nie sprzyja kulturze prorodzinnej.

Jednak w świetle wyroku TK jedna rzecz jest ważna. To jest idea, że państwo musi wziąć na siebie współodpowiedzialność za wychowanie dziecka, które urodzi się z poważną wadą genetyczną czy upośledzeniem. Dotychczas nikt się tym nie przejmował, a rodziny z takimi dziećmi były wytykane palcami. Protesty niepełnosprawnych ośmieszano. Jest bardzo duża wątpliwość, czy PiS umie pomóc kobietom i rodzinom, które będą wychowywać chore, upośledzone dzieci. Wedle wyroku TK, państwo powinno wziąć na siebie odpowiedzialność za nie. W Polsce jednak polityka społeczna jest źle adresowana. Nie trafia tam, gdzie trzeba, a jest mało wysublimowanym mechanizmem zdobywania poparcia politycznego, a nie ważnym czynnikiem ograniczania kontrawersyjnych przypadków społecznych i moralnych takich jak aborcja.

„lex Justyn"

Problem aborcji jest szerszy, tj. jest wiele kobiet w trudnej sytuacji, które chcą urodzić dziecko, ale są pozbawione jakiegokolwiek wsparcia partnerów, rodziny, wspólnot (jak parafie) i państwa. Tutaj aborcja byłaby świętym prawem mężczyzn uciekających od tzw. problemu. Problem aborcji jest problemem moralnym, logicznym i filozoficznym. Przecież nie byłoby tutaj piszącego te słowa, gdyby jego matka zdecydowała poddać się aborcji w aborcyjnie liberalnym PRL (latami było 300 tys. aborcji rocznie, zabiegi traktowano jako mało ważną tzw. skrobankę). Nie byłoby osoby, którą w urzędzie nazwano „Dawidem Bunikowskim", gdyby ten tzw. płód ludzki, którym „jakoś przecież byłem" na etapie swego „jestestwa" prenatalnego, był szczypcami wyjęty czy wyssany rurą ssącą. Problem aborcji zawsze będzie budził emocje. Dla jednych takie, dla drugich - inne. Ktoś kiedyś napisał, że gdyby mężczyźni rodzili dzieci, to prawo do aborcji byłoby „sakramentem". Ale czy dla wszystkich? Akcja „Aborcja jest OK" z „aborcyjnym dream teamem" była kiczem. Przede wszystkim estetycznym i etycznym. Także według wielu kobiet.

Przy nowoczesnej technice i technologii, w 21. wieku nie powinno być aborcji w ogóle albo powinna faktycznie być zjawiskiem marginalnym. Aborcja, niezależnie od techniki, np. obecnie polegającej na wyssaniu płodu, jest destrukcją potencjalnego życia - czasem już dobrze rozwiniętego, z bijącym sercem, z układem nerwowym, a nawet zdolnego do samodzielnego przeżycia. Tymczasem toczy się walka o nią, jakby to była walka o chleb czy niepodległość. Tu już nie chodzi o aborcję eugeniczną, ale szerzej - o tę na żądanie w pierwszym trymestrze. Z punktu widzenia wielu kobiet, pewnie ta walka o prawo do aborcji ma charakter walki o niepodległość, wolność, autonomię. Z drugiej strony, powstaje kontrowersja obecnie w USA wokół heartbeat law, tj. zakazu aborcji, gdy bije serce dziecka. Problem w Polsce (czy USA) jest jednak źle postawiony, bo zawsze sprowadza się do zakazu albo wolności. I ten problem jest tak źle postawiony od 30 lat w Polsce. Tu chodzi o szanującą życie kulturę społeczną i osobistą, moralną - nie tylko o prawo karne. Tu chodzi też o politykę społeczną, która, gdyby była kompleksowa, ograniczyłaby aborcję, legalną czy nielegalną, eugeniczną czy na żądanie. W Finlandii, która ma liberalne prawo aborcyjne, samych aborcji jest mało na tle innych państw nordyckich czy europejskich. Dlaczego? Występuje parę czynników: państwo opiekuńcze (państwo pomaga młodym rodzinom), postęp edukacyjny i zmiany w kulturze (4 czy 6 dzieci nie dziwi). Trzeba zatem położyć nacisk na inne rozwiązania, prewencyjne, edukacyjne, prorodzinne. Ponadto, trzeba w dyskusjach o aborcji wziąć pod uwagę coraz to bogatsze i fascynujące ustalenia nauki, np. rozwój prenatalny nasciturusa. I trzeba debaty, nie zakazu czy wolności a priori.

Warto przytoczyć słowa emancypantki, lekarki Oyrzanowskiej z 1918 r. Padły na jednym z posiedzeń Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego, na którym dyskutowano sprawę przerywania ciąży: „Jeśli się zapewni matce i dziecku należytą opiekę moralną i materialną, to prawa przeciwko przerwaniu ciąży będą zupełnie zbyteczne". Przytaczam je w zakończeniu swojej drugiej (bardziej konserwatywnej) monografii o prawie i moralności (2019 r.). Podsumowując zdanie tej lekarki i jakby wyprzedzając wyrok TK, napisałem w ostatnim zdaniu książki: „W ten sposób polityka społeczna i polityka moralna wychodzą naprzeciw problemowi i rozwiązują przypadek kontrowersyjny. Może być to inspiracja dla Europy Środkowowschodniej, nawet przy prawie restrykcyjnym". Aborcyjne prawo restrykcyjne musi być powiązane z polityką społeczną. Inaczej ono nie ma sensu w praktyce. Powinno być tak w Polsce już od 1993 r. Nie było tak i nie wiemy, czy będzie tak przy jeszcze bardziej restrykcyjnym, obecnym prawie. Powstaje na koniec zatem pragmatyczne pytanie, czy było warto robić teraz to zamieszanie i naruszać tzw. kompromis aborcyjny tym formalnie wątpliwym wyrokiem „lex Justyn".

Dawid Bunikowski

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA