fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Witold M. Orłowski: Czekanie na cud

Fotorzepa, Robert Gardzin?ski Robert Gardzin?ski
W walce z atakującym Polskę koronawirusem mamy właśnie kolejny zwrot, wyraźnie inspirowany patriotyczną prozą Sienkiewicza.

Tak jak w czasach potopu, tak i teraz punktem zwrotnym stać się ma obrona kościołów. Lekcja jest prosta: choć pozornie obrona Jasnej Góry nie miała wielkiego znaczenia militarnego, jednak zmobilizowała patriotów do oporu przeciw agresorom. Dzielny Kmicic wysadził kolubrynę, jenerał Miller wraz ze swymi wyszkolonymi za granicą żołdakami jak niepyszny musiał się wycofać spod Częstochowy, kraj masowo odrzucił narzucany nam wówczas model szwedzki (dziś groźny zarówno w sferze epidemiologicznej, jak i obyczajowej), a choć w oczywisty sposób brakowało ludzi, armat i innego sprzętu, losy pozornie przegrywanej wojny cudownie się odwróciły. I to mimo faktu, że książę wojewoda Radziwiłł stanął wówczas po niewłaściwej stronie mocy.

Nie neguję znaczenia moralnej mobilizacji dla pokonania koronawirusa. Pozwolę sobie jednak pozostać przy przekonaniu, że losy naszej dzisiejszej wojny z pandemią w głównym stopniu zależą dziś od sprawności działania rządu, służby zdrowia, inspekcji sanitarnej, a wreszcie milionów zmagających się z problemami dużych i małych polskich firm. A tu mamy właśnie kolejną odsłonę walki: najpierw pojawienie się potężnej, drugiej fali zachorowań, potem rosnące kłopoty służby zdrowia, następnie stopniowe ogłaszanie kolejnych etapów pełzającego drugiego lockdownu, a teraz odpowiedź rządu na grożącą gospodarczą zapaść w formie kolejnego zestawu tarcz antykryzysowych. Czy jest to odpowiedź właściwa? Może i tak, ale na pewno niewprowadzana w sposób optymalny.

Po pierwsze, trudno nie odnieść wrażenia, że naszymi działaniami w walce z pandemią nie kieruje żaden strategiczny plan, a decyzje podejmowane są pod wpływem bieżących wydarzeń, w odpowiedzi na to, co już się wydarzyło. W tej sytuacji symbolicznego znaczenia nabiera fakt, że dokładnie dziesięć dni temu premier powołał zespół fachowych doradców do spraw epidemii. To kto mu doradzał przez dotychczasowe osiem miesięcy?!

Po drugie, nawet jeśli podejmowane są w końcu decyzje, robi się to w sposób typowo urzędniczy – bez pytania o zdanie ani ekspertów, ani przedsiębiorców. I znowu symbol – już kilka dni po tym (!), jak rząd ogłosił decyzję o wprowadzeniu fali zakazów i ograniczeń, minister rozwoju wyraził chęć konsultacji z przedstawicielami dotkniętych nimi branż w sprawie spodziewanych skutków i możliwości ograniczenia negatywnych konsekwencji.

No i po trzecie, taki sposób podejmowania decyzji jest niesłychanie kosztowny – bo oznacza likwidowanie już powstałych szkód, a nie próbę zapobiegania im lub ograniczenia ich skali. I znów symboliczny przykład: w ciągu ostatnich kilku miesięcy rząd nie wpadł na pomysł, by zwiększyć choć o kilka milionów złotych nakłady na inspekcję sanitarną (która powinna była – we współpracy z branżą gastronomiczną, fitness i weselną – wypracować i już od wielu miesięcy skutecznie wyegzekwować zasady działania ograniczające ryzyko zakażeń, co być może pozwoliłoby uniknąć pełnego lockdownu). A dziś rząd musiał te branże z dnia na dzień zamknąć, wypłacając im 1,8 mld złotych rekompensat na częściowe pokrycie strat.

Jeśli nadal będziemy w ten sposób działać, obawiam się że nawet obrona kościołów nie uchroni nas przed gigantycznymi stratami. Pozostanie tylko liczyć na cud.

Witold M. Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce, Akademia Finansów i Biznesu Vistula

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA