fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Stanisław Gomułka: Czy Polska może być drugą Grecją

AFP
Można oczekiwać niebezpiecznej kombinacji rosnących wydatków publicznych w relacji do PKB i malejącego tempa wzrostu gospodarczego.

Grecja w latach 2000–2015 jest często przedstawiana jako ostrzeżenie dla Polski. W tym kraju w pierwszych latach owego okresu doszło do niekorzystnego rozwoju sytuacji gospodarczej, dużo gorszego niż dotąd w Polsce, choć pod kilkoma względami podobnego: nadmierny wzrost płac i emerytur, spowolnienie wzrostu gospodarczego, pogarszające się wyniki finansowe firm, w tym banków, oraz duży deficyt budżetu państwa przez wiele lat, skutkujący silnym wzrostem długu publicznego w relacji do PKB.

Ale jest też duża różnica, bo w Grecji w latach 2008–2009 nastąpił gwałtowny wzrost kosztu obsługi długu. W odpowiedzi na praktycznie pewne bankructwa państwa, rząd w Atenach podjął spóźnione działania obronne, głównie w postaci obniżki płac w sektorze publicznym i emerytur oraz podwyżki podatków. Te stabilizacyjne działania były bardzo kosztowne: spowodowały spadek PKB aż o 25 proc. i duży wzrost bezrobocia.

Polska nie jest i nie może być dokładnie drugą Grecją także z dwóch innych ważnych powodów. Po pierwsze, Grecja była od 1 stycznia 2001 r. (i jest nadal) państwem strefy euro. Ignorowała warunki finansowe przynależności do tej strefy, a z długiem publicznym około 100 proc. PKB nie spełniała ich w dniu wejścia. W tych okolicznościach zgoda EBC i państw strefy euro na przyjęcie doń Grecji była pierwszym poważnym błędem. Niemniej przez cały czas zdecydowana większość obywateli i kolejne rządy tego kraju nie chciały powrotu do narodowej waluty.

Druga różnica dotyczy przestrzegania wymogów praworządności. W odróżnieniu od Polski, z tym Grecja nie miała i nie ma problemów. Jakie były i są nadal skutki tych różnic?

Przynależność Grecji do strefy euro powodowała, że w latach przed wybuchem światowego kryzysu finansowego w 2008 r. rentowność greckich skarbowych papierów wartościowych była niska, zbliżona do rentowności niemieckich papierów czy holenderskich, niższa niż być powinna. To zachęcało rząd w Atenach do populistycznej, politycznie motywowanej polityki fiskalnej. Zachęcało też firmy i gospodarstwa domowe do zaciągania dużych kredytów.

Rynki finansowe popełniały wtedy błąd, zakładając, że wszystkie państwa członkowskie UE, a szczególnie te ze strefy euro, będą przynajmniej w przybliżeniu przestrzegać uzgodnionych w Maastricht reguł polityki fiskalnej. W przypadku Aten regułą było nieprzestrzeganie, w dodatku na wielką skalę. Ponadto tamtejsze władze popełniły bardzo dla kraju kosztowny kolejny błąd, zakładając, że inwestorzy z rynków finansowych nie skorygują błędu ignorowania dużego zróżnicowania ryzyka inwestycyjnego w strefie euro w zależności od polityki fiskalnej kraju.

Do korekty doszło w latach 2008–2009, była gwałtowna i dla Grecji kosztowna. Wzrost kosztu obsługi długu był tak duży, że bez pomocy ze strony EBC (zakupy greckich papierów w celu obniżki rentowności poniżej 7 proc.) i MFW oraz państw strefy euro bankructwo Grecji było pewne.

Pomoc – z konieczności na wielką skalę i wiele lat – była warunkowa. Grecja musiała się zgodzić na obniżenie zatrudnienia i płac w sferze publicznej oraz większości emerytur, a także na zwiększenie dochodów budżetowych, także poprzez wyprzedaż części majątku państwa. Działania musiały być silne, by zlikwidować deficyt sektora finansów publicznych, a nawet utrzymać przez kilka lat nadwyżkę budżetową.

Korzyścią z pozostania w strefie euro była niska inflacja, niskie koszty kredytu dla przedsiębiorstw, a przede wszystkim uniknięcie prawdopodobnie masowych bankructw zadłużonych firmy i gospodarstw domowych. Kosztem błędnej polityki władz Grecji była głęboka i wieloletnia recesja, połączona z dużym wzrostem stopy bezrobocia i znaczną emigracją.

Przypadek Polski

W latach 2008–2009 Polska była beneficjentem ostrożnej polityki monetarnej RPP z latach 2001–2007, nakierowanej m.in. na uniknięcie eksplozji złych długów w sektorze finansowym. Polska nie popełniła błędu władz USA, Wielkiej Brytanii, Irlandii i krajów bałtyckich. Była w rezultacie jedynym krajem w UE bez kryzysu bankowego. Polityka fiskalna po 2007 r. była dość ekspansywna, ale nakierowana na utrzymanie długu publicznego poniżej konstytucyjnego limitu 60 proc. PKB i utrzymanie kosztu obsługi długu poniżej 2 proc. PKB. Polityka monetarna i fiskalna miała ten skutek, że chociaż wiele firm ucierpiało i doszło do przejęcia przez państwo połowy środków OFE, to polska gospodarki uniknęła recesji. Była „zieloną wyspą". Z kolei wejście do UE w 2004 r. otworzyło Polakom rynek pracy w kilku krajach UE, co pozwoliło na zmniejszenie stopy bezrobocia.

Jednak światowy kryzys zdrowotny w okresie 2020–2021 stworzył zagrożenia dla globalnej gospodarki większe niż finansowy z 2008–2009. Tym razem mamy w Polsce nie tylko znaczną recesję, ale i wyjątkowo duży wzrost długu publicznego, według oficjalnych prognoz powyżej 60 proc. PKB w latach 2020 i 2021 (według metodologii UE). W najbliższych latach można oczekiwać wystąpienia niebezpiecznej dla stabilności makrofinansowej kombinacji rosnących wydatków publicznych w relacji do PKB i malejącego tempa wzrostu gospodarczego, więc także malejącego wzrostu dochodów budżetu.

Stąd dwa pytania:

– jakie wobec tego mogą być konsekwencje dla Polski tej niebezpiecznej kombinacji,

– jaki wpływ na te konsekwencje będą miały dwie różnice w stosunku do Grecji: pozostawania poza strefą euro oraz konfliktu z UE na tle pogarszającego się przestrzegania (czy rosnącego nieprzestrzegania) traktatowych zasad praworządności?

Skutek pozostania poza strefą euro

Głównym skutkiem pozostawania poza strefą euro jest mniejsza wiarygodność Polski na rynkach kapitałowych jako dłużnika. Efektem niższej wiarygodności jest to, że wymagana przez inwestorów rentowność polskich skarbowych papierów wartościowych jest kilka razy wyższa niż papierów niemieckich, słowackich czy holenderskich. Ta niższa wiarygodność wynika też stąd, że majątek przypadający na mieszkańca Polski to tylko jedna szósta majątku w takich krajach, jak: USA, Japonia czy Niemcy. Dług zagraniczny Polski, publiczny i prywatny, nie jest duży w relacji do PKB, ale w porównaniu z tymi krajami jest relatywnie wysoki w relacji do całego zasobu majątku: finansowego i fizycznego.

Duże ryzyko dla stabilności finansowej państwa typu emerging economy, takiego jak Polska, jest szczególnie widoczne w okresach zwiększonej niepewności na światowych rynkach finansowych. Odpowiedzią na zwiększoną niepewność jest z reguły wyprzedaż akcji polskich firm (WIG20 spadł z ok. 2500 w 2018 r. do 1600–1700 teraz) i polskich papierów skarbowych. Odpływ kapitału był na tyle duży, że doszło do osłabienia złotego mimo dużej nadwyżki na rachunku bieżącym. W takiej sytuacji w przypadku dużego wzrostu podaży papierów skarbowych istnieje ryzyko, że może dojść do bardzo dużego wzrostu kosztu obsługi długu publicznego.

Ponadto finansowany dodrukiem pieniądza wzrost płac i deprecjacja złotego prowadziłyby do silnego wzrostu inflacji, w rezultacie też do wzrostu stóp procentowych. Wysoka inflacja, wysokie stopy procentowe i niepewność kursu złotego zwiększałyby ryzyko inwestycyjne, a więc wpływały na zmniejszenie inwestycji, czyli w sumie mogłyby prowadzić do stagflacji. Prawdopodobieństwo takiego rozwoju sytuacji gospodarczej, szacowane na 5 proc. lub więcej, trzeba traktować jako wysokie.

Efekty konfliktu z UE i polskimi firmami

Wprowadzana w Polsce od kilku lat „reforma" sądownictwa polega jak dotąd głównie na zwiększaniu nadzoru politycznego przez większość parlamentarną i rząd nad całym wymiarem sprawiedliwości, od prokuratury i Trybunału Konstytucyjnego, poprzez Krajową Radę Sądownictwa, po sądy, w tym Sąd Najwyższy. Uzupełnieniem tych działań są ustawy ograniczające prawa przedsiębiorców do niezależnego sądu. Szczegółowe krytyki tych reform zostały zauważone przez Parlament Europejski i Komisję Europejską, także w niektórych szczegółowych kwestiach przez Trybunał Sprawiedliwości UE. W Polsce podobne krytyczne oceny zostały sformułowane przez autorytety prawne, akademickie i profesjonalne, opozycję, rzecznika praw obywatelskich, także przez organizacje przedsiębiorców – ostatnio szczególnie alarmistycznie i zarazem celnie przez Radę Przedsiębiorczości.

Nową okolicznością jest propozycja znacznego zwiększenia środków finansowych UE dla Polski w najbliższych kilku latach – pod warunkiem przestrzegania unijnych zasad praworządności. W odpowiedzi na tę propozycję mamy ostrzeżenie ze strony polskiego rządu o możliwości weta w odniesieniu do budżetu UE na lata 2021–2027. Takie weto byłoby jednak całkowicie niezrozumiałym działaniem przeciwko interesom gospodarczym i politycznym Polski.

Chociaż do weta zapewne nie dojdzie z uwagi na potencjalnie bardzo duży koszt gospodarczy dla kraju, to już samo sformułowanie takiej groźby przez szefa partii rządzącej, zarazem kluczowego członka rządu, zwiększa ryzyko inwestycyjne i jest także z tego tytułu niezwykłym wydarzeniem.

Podsumowaniem tego tekstu niech będzie zakończenie innego mojego artykułu („Nauka", nr 4, 2020): „Według twórców Indeksu Zrównoważonego Rozwoju Społeczno-Ekonomicznego (z Akademii Leona Koźmińskiego – red.), Polska wydaje się dążyć do grona państw emocjonalnych, takich jak Grecja, ze wszystkimi związanymi z tym niebezpieczeństwami. I nawet jeśli to bardziej ostrzeżenie niż prognoza, powinni wziąć to pod uwagę polscy wyborcy oraz intelektualni i polityczni przywódcy Polski".

Autor jest głównym ekonomistą BCC i członkiem Polskiej Akademii Nauk, w latach 1970– 2005 wykładowca w London School of Economic. Tekst powstał na zaproszenie prof. Goryni z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu, do prezentacji na seminarium 17 listopada 2020 r.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA