fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Ojczyk: szpital nie może sprzedawać trampek

Jolanta Ojczyk
Fotorzepa/ Waldemar Kompała
Pewnie jestem idealistką, ale chciałabym, aby mój lekarz pierwszego kontaktu nie lekceważył objawów, o których mu mówię, bo mogą być początkiem ciężkiej choroby. A im wcześniej ją zdiagnozuje, zlecając różne badania, tym szybciej wyśle mnie do specjalisty.

Chciałabym też, aby powiedział mi dokładnie, do kogo mam iść. I wtedy nie będę wybierała szpitalnego oddziału ratunkowego, licząc na lepszą diagnozę. Kiedy zaś trafię do szpitala, oczekuję, że lekarz przedstawi się i potraktuje mnie jak człowieka, a nie jako tańszą czy droższą procedurę. Obawiam się jednak, że to tylko marzenia, choć wierzę, że po wprowadzeniu sieci szpitali coś się zmieni. Pacjenci powinni być zadowoleni z przeniesienia nocnej i świątecznej opieki do szpitali i wprowadzenia do nich poradni specjalistycznych. Nie wierzę jednak, że takie zmiany uleczą chorą służbę zdrowia.

Odkąd w 1999 r. wprowadzono Kasy Chorych, zamienione potem na oddziały Narodowego Funduszu Zdrowia, przestano racjonalnie planować liczbę szpitali i oddziałów. A chodzi o to, aby system odpowiadał na potrzeby pacjentów. Do sieci tymczasem weszły te placówki, które spełniają biurokratyczne wymogi bez względu na to, czy są dobre i potrzebne. Efekt? Część pacjentów straci prawo do zabiegu w prywatnej placówce i dłużej poczeka. Ponadto od takiego planowania na papierze lepiej odchodzić. Ministerstwo Zdrowia powinno więc określić, gdzie i jakie placówki oraz oddziały są potrzebne. Nie patrząc, kto jest właścicielem. Dane ma, bo z unijnej kasy dostało miliony złotych na stworzenie tzw. map potrzeb zdrowotnych. Musi je tylko wykorzystać tak, by w Pcimiu Dolnym nie kupowano drogiego sprzętu, z którego nikt nie skorzysta. Bo nie każdą procedurę można zlecić do szpitala powiatowego, a nawet jeśli, to pacjenci i tak wolą jeździć 100 km dalej – tam gdzie robią to lepiej. A sieć tego nie zmieni, bo na zaufanie pracuje się latami.

Dlatego należy stworzyć docelowe mapy – tak jak planuje się sieć dróg – i konsekwentnie dbać o ich realizację. Ale to nie koniec. Teraz pomimo ryczałtu pacjent pozostanie wciąż mniej lub bardziej opłacalną procedurą. W Polsce wprowadzono wewnętrzny rynek, nie patrząc na potrzeby pacjentów. Tworzy go NFZ z udziałem szpitali, a te wybierają te procedury, które są finansowo opłacalne. A jak to mówi były minister zdrowia Marek Balicki, jeśli ktoś jest rozliczany ze sprzedaży trampek, to nawet jeśli pacjent ma już trzy pary, to i tak zaoferuje mu czwartą. W Hiszpanii tymczasem wprowadzono pilotażowy program, w którym przydzielono placówkom określoną kwotę zależną od liczby mieszkańców objętych ich opieką. I okazało się, że nagle spadły koszty, a wzrosło zadowolenie i satysfakcja pacjentów. Ten, kto dostaje ryczałt, musi więc wziąć odpowiedzialność za wyniki leczenia. Wtedy może się okazać, że rezydenci nie muszą prowadzić głodówki przeciwko głodowym pensjom. I spokojnie zajmą się leczeniem w Polsce, a nie za granicą, a także nauczą się, jak rozmawiać z pacjentem, bo tej wiedzy wciąż im brakuje. Minister Radziwiłł zatem ma jeszcze pełne ręce roboty. Sieć to tylko początek, by placówki nie traktowały lekarzy jak handlowców, a pacjentów jak naiwnych klientów.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA