fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Samorządowy lek na (niecałe) ustrojowe zło: debata "Rzeczpospolitej - Jerzy Karwelis

123RF
Niewygodne zadania państwo z chęcią przekazuje na niższe szczeble.

Po szczęśliwie nieudanej inicjatywie prezydenta dotyczącej referendum, a szerzej – zakresu zmian w konstytucji, pozostało kilka ledwie zasygnalizowanych tematów. Niektóre środowiska wzięły tę inicjatywę na poważnie i przyłączyły się do dyskusji dotyczącej obecności w przyszłej konstytucji płaszczyzn, w której one funkcjonują.

Czytaj także: Czemu te wybory są tak ważne dla gospodarki

Dla mnie ważniejszym wątkiem były nieliczne głosy dotyczące ustrojowego usytuowania samorządu terytorialnego w nowym ładzie systemowym. Niestety wątki te ograniczały się jedynie do kilku szczegółowych pomysłów zmian nienaruszających istoty relacji państwo–samorząd. Wydaje się, że obecnie obie te płaszczyzny biegną obok siebie, zaś państwo ma stosunek do samorządu co najwyżej obojętny, częściej wrogi. Po prostu upartyjnione państwo nie znosi konkurencji. By wyjść z tej spirali ciągnącej w dół samorząd, a w rezultacie całą sferę publiczną, trzeba się zastanowić nie nad zmianami stanu obecnego, ale nad realnym umocowaniem samorządu w ustroju politycznym, czyli wpasowaniu go w najważniejszy proces, którego samorząd często sam pada ofiarą – w proces stanowienia prawa na poziomie krajowym.

Zwycięzca bierze wszystko

Koniecznym zdaje się powrót do zasad checks and balances, kreowania mechanizmów równowagi ważniejszych instytucji państwa, które oddziałując na siebie nawzajem utrzymują ustrój państwa w dynamicznej równowadze. Mechanizmy te, zatopione w dzisiejszej wersji konstytucji, wydają się mieć w miarę upływu czasu jedynie znaczenie deklaratywne. To znaczy – znajdują się w konstytucji, ale ułomne ich wzajemne oddziaływanie powoduje, że nie kreują równowagi.

Nawet postronny obserwator zauważy, że po otrzymaniu po raz drugi władzy przez tę samą ekipę wszystkie mechanizmy wymuszające oglądanie się na inne instytucje czy byłych rządzących z konkurencyjnych ekip – nie działają. Polski system jest stabilny jedynie przy całkowitym zmonopolizowaniu władzy, jeśli bowiem mamy na przykład inną obsadę politycznego klucza prezydenta i parlamentu, to mamy konflikt mogący destabilizować działanie państwa. Jeśli zaś mamy w obu ciałach jedność, to mamy niekontrolowaną władzę w rękach jednej opcji.

Polski system jest stabilny nie wtedy, gdy różne wektory się znoszą, ale gdy wszystkie są takie same. To zaprzeczenie pluralizmu. Nasza demokracja działa jedynie w wersji monopolu, co wyklucza istotę demokracji, czyli kompromis. Do tego należy dodać kwestię kalendarza wyborczego i kumulacji większości decyzji wyborczych w jednym momencie. Daje to zwycięzcom komfort swobodnego operacyjnego rządzenia, ale też i przywilej kształtowania prawa – bez oglądania się na opozycję, ba – nawet własnych wyborców. Zwycięzca bierze wszystko, ale zawsze odbywa się to w realiach trzęsienia ziemi, wymian personalnych i koncepcyjnych w spółkach państwowych i administracji. Tracimy tym samym najważniejszy walor nowoczesnego państwa – kontynuację myślenia strategicznego o Polsce.

Przypomnijmy, że w Monteskiuszowskim trójpodziale władzy parlamentowi dodano element kontrolujący jego potencjalny populizm – był to senat, złożony z ludzi o wysokim cenzusie. Mieli być to obywatele, którzy swym życiem dowiedli zdolności wybicia się ponad partykularyzmy. Konstrukcja Senatu w Konstytucji III RP takich warunków nie spełnia. Jest jedynie powtórzeniem wyborów do Sejmu, a więc zwycięzca partyjny w Sejmie bierze zawsze Senat, co oznacza, że ten ostatni miałby kontrolować siebie samego, a właściwie swoje własne zaplecze polityczne. Tak nie jest – obecny Senat zwany jest izbą refleksji, częściej sanatorium, co tak naprawdę oznacza, że izba wyższa (tak, tak!) sprząta po pomyłkach sejmowych, gdy koalicji rządzącej coś się poplącze w izbie niższej. Senat więc albo tylko przyklepuje ustawy sejmowe, albo je poprawia na żądanie swego politycznego centrum, co powoduje jedynie inflację złego prawa, bo wypuszcza się czasami na łapu-capu sejmowe gnioty, w nadziei, że się je jakoś poprawi w Senacie.

Nowa izba

Zgodnie z ideą checks nad balances wydaje się, że rolą Senatu powinno być odpartyjnione, pragmatyczne oraz w pewnym sensie odideologizowane recenzowanie i kontrolowanie poczynań rozpolitykowanego Sejmu. Sejmu, który w gorączce walki politycznej może wypuszczać (i wielokrotnie to robi) prawne buble, które szkodzą Polsce i Polakom. Obecnie jedynym czynnikiem, który mógłby nad takimi sytuacjami zapanować, może być Senat złożony z samorządowców, ze szczególnym uwzględnieniem samorządu terytorialnego. Najszybszym sposobem na zrównoważenie szkodliwego upartyjnienia państwa jest przekształcenie Senatu w izbę samorządową

Czy samorząd posiada już dzisiaj kompetencje, by taką funkcje pełnić? Jestem przekonany, że tak, i to z kilku powodów. Po pierwsze, samorząd, szczególnie terytorialny, jest tą sferą działalności publicznej, która w większym stopniu niż państwo kształtuje jakość naszego życia. To tu bije główne źródło inwestycji, planowania i rozwoju obecnej Polski. Proces ten jest dodatkowo wzmacniany przez regionalną perspektywę finansową Unii Europejskiej. Kompetencje samorządowców w sferze publicznej są więc jak najbardziej potwierdzone.

Po drugie, samorząd, zwłaszcza terytorialny, żyje w Polsce pod ciągłą presją regulacji państwa, nie mając na nie żadnego wpływu, ponosząc zaś wszystkie ich konsekwencje. Zasada subsydiarności, czyli przekazywania do jak najniższego szczebla kompetencji, które mogą być tam zrealizowane, została w Polsce zreinterpretowana w sposób iście dialektyczny. Niewygodne i uciążliwe zadania państwo z chęcią oddaje samorządom, „zaoszczędzając" przy okazji pieniądze na ich realizację. W ten sposób w przypadku niedoróbki spowodowanej często przecież niedofinansowaniem działań, państwo może zawsze zrzucić winę na innego. Samorządowcy znają te sztuczki. Gdyby Senat stał się izbą samorządową regulacje takie musiałyby przejść przez „ich" izbę, co spowodowałoby urealnienie działań i decyzji.

Konfrontacja prawa z życiem

Wreszcie, po trzecie, samorządowcy są w stanie bardzo szybko ocenić koszty i efekty aktów prawnych i decyzji rządowych. Studiowanie Dziennika Ustaw i konfrontowanie prawa z życiem jest dla nich chlebem powszednim. Takie kompetencje członków tego gremium przydałyby się Senatowi – obecnie ich nie ma. Uzupełniłyby one działania Sejmu i rządu, które zaniedbują proces oceny skutków swoich regulacji. Trudno się, mając pełnię władzy, kontrolować.

Szansa na odpartyjnienie

Istnienie izby samorządowej miałoby wielowymiarowe, pozytywne oddziaływanie. Pozwoliłoby scalić samorząd w jednorodnej strukturze. Dałoby głos nadający znaczenia oraz zrozumienia działaniom i randze samorządu, głos obecnie niesłyszalny. Dzięki izbie sam samorząd, co do swej istoty bezpartyjny, ostatecznie by się odpartyjnił, skończyłoby się wyczekiwanie po partiach w przedpokojach na wysłuchanie, by coś w Warszawie załatwić. W dzisiejszej sytuacji politycznej istnienie Senatu w formie izby samorządowej rozcementowałoby scenę polityczną, której obecny stan prowadzi do wojny polsko-polskiej osłabiającej państwo. Byłoby także trwałym dziedzictwem pozostawionym w sferze ustrojowej. Inne, mniej „ustrojowe" formy mogłoby się skończyć na odwoływalnych lub pomijalnych formach konsultacji społecznej. Czyli na obecnie praktykowanych formach.

Czas kompromisów

I tu ważne zastrzeżenie – wybory do Senatu powinny się odbywać dwa lata przed lub dwa lata po wyborach do Sejmu. W ten sposób uniknęlibyśmy niebezpieczeństwa skoku na władzę, czyli gwałtownego jednorazowego wymieniania obsad kluczowych instytucji przez jedną opcję polityczną. Dałoby to także rządzącej władzy przestrzeń do samokontrolującej się refleksji i oglądania się na skutki swoich działań wcześniej niż raz na cztery lata, tuż przed gorączką nowych wyborów.

I kolejne zastrzeżenie: potrzebna jest dodatkowa zamiana ustroju Senatu. Otóż uchylenie jego poprawek czy ustaw przez Sejm wymagałoby nie – jak obecnie – bezwzględnej większości, ale większości kwalifikowanej, czyli 2/3 głosów. Bez tej zmiany Senat byłby bowiem znów jedynie izbą refleksji do swobodnego pogadania sobie, bo każdą jego inicjatywę mogłaby uchylić partyjna większość sejmowa, a ta zawsze występuje. Przy takich kryteriach zmuszałoby to plemienny parlament podzielony na dwa obozy do pierwszych w historii III RP kompromisów ponad podziałami. Partie zaczęłyby się wreszcie uczyć demokracji, a jakość prawa stanowionego pod taką kontrolą Senatu wzrosłaby.

Puste deklaracje

Przy okazji dyskusji o zmianach w konstytucji podniosło się wiele głosów na temat zamiany usytuowania w państwie tak ważnego elementu władzy publicznej jak samorząd terytorialny. Niestety, nawet głosy ze strony samych samorządowców wiodą nas na manowce pustych, choć pięknych deklaracji ustrojowego jego umocowania. Deklaratywna perspektywa postulatów jest najłatwiejsza do spełnienia, nie nakłada na autorów żadnych zobowiązań. Jest pustosłowiem. Natomiast spełnienie postulatu przekształcenia obecnego Senatu w izbę samorządową byłoby trwałą kotwicą umocowującą na stałe samorząd jako ważny element ustroju władzy publicznej z oddziaływaniem na cały kraj, który jest sumą małych ojczyzn. Dałoby to szansę samorządowi terytorialnemu na zaistnienie w przestrzeni publicznej w wymiarze państwowym, a poprzez zinstytucjonalizowanie jego pragmatyzmu na wyższym, ustrojowym poziomie rozpoczęłoby proces rugowania z życia publicznego szkodliwych efektów partyjnej wojny polsko-polskiej.

Autor jest szefem kampanii Bezpartyjnych Samorządowców

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA