fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Architektura z dykty - Tomasz Pietryga o problemach kadrowych administracji państwowej

Adobe Stock
Sfera budżetowa stała się, obok służby zdrowia, najbardziej zaniedbanym obszarem państwa. To zaczyna obracać się przeciwko niemu.

Wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że jedną z przyczyn awarii systemu odprowadzania ścieków z Warszawy był brak wystarczającego nadzoru nad stanem technicznym kolektorów. Bo, jak się okazuje, w Polsce gwałtownie zaczyna brakować wykwalifikowanych urzędników, którzy zajmowaliby się np. kontrolą sfer istotnych dla państwa i bezpieczeństwa obywateli.

Mamy już problem z brakiem nauczycieli, w dużej mierze z powodu ich wynagrodzeń, i nikogo nie dziwi, że w szkołach nie ma zajęć z niektórych przedmiotów, więc dobrze, że matematyki uczy choćby i wuefista. Nie lepiej jest z lekarzami i pielęgniarkami. Wybierają wysokie pensje za granicą, a nie głodowe w rodzimych placówkach służby zdrowia. Dlatego z ulgą i zrozumieniem przyjmujemy, że o nasze zdrowie dba 80-letni specjalista.

Mamy też problem z pracownikami sądów i prokuratury. Tak duży, że w stołecznych sądach sprawy spadają z wokandy. Ale do wieloletnich procesów w sumie też jesteśmy przyzwyczajeni.

Przykłady niedofinansowanych grup zawodowych w sferze budżetowej można mnożyć. Należą do niej nie tylko lekarze i nauczyciele, ale także administracja czy służba cywilna. A państwo przez lata udawało, że problemu nie ma. Co prawda od czasu do czasu wybuchały gdzieś protesty o wyższe pensje, jednak chętnych do pracy nie brakowało, zwłaszcza w chwiejnych czasach dekoniunktury.

Dziś mamy coraz większy problem z demografią przy wzroście gospodarczym i powiększaniu rynku pracownika. Prywatny biznes sięgnął tam, gdzie państwo sięgnąć nie może – po tanią siłę roboczą ze wschodu. To oni zastępują dziś na budowach, stacjach benzynowych i w sklepach polskich pracowników. Państwu zaczyna jednak brakować kadr, które mogłyby się zajmować obsługą administracyjną ludności, prowadzonych inwestycji czy gospodarczych przedsięwzięć. I jeżeli ta tendencja się utrzyma, dostęp do urzędnika stanie się luksusem, a obywatel i przedsiębiorca zaczną przypominać pacjentów służby zdrowia, czekających miesiącami na przyjęcie i załatwienie spraw.

To efekt braku strategicznego myślenia o kadrach administracji państwowej, która stała się, obok służby zdrowia, najbardziej kulejącą sferą państwa. Poziom wynagrodzeń tych ludzi przypomina ten z lat 90. A przecież mamy potężny skok cywilizacyjny i stały wzrost zamożności społeczeństwa. Tymczasem dysproporcje między zarobkami rynkowymi a budżetowymi zamiast maleć – pogłębiają się. Trudno uwierzyć, że pracownik sądu z 20-letnim stażem i wykształceniem prawniczym może zarabiać niewiele więcej, niż wynosi płaca minimalna, a tak jest.

Tyle samo zarabiają inspektorzy odpowiadający za bezpieczeństwo oddawanych budynków, dróg i mostów. Nic więc dziwnego, że nie tylko zdolni nie garną się do tego fachu. Nie garnie się nikt.

To dziś problem systemowy, który może się tylko pogłębiać. Nie rozwiąże się go gaszeniem pojedynczych pożarów. Trzeba skierować uwagę również na tę sferę. Inaczej nadal będzie budowane państwo z dykty. Konsekwencje są oczywiste.

Czytaj też:

Urzędy bez rąk do pracy

Pensje odstraszają od pracy w administracji

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA