fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Roman Kuźniar: Gry wojenne Putina

Być może Zachód musi uzbroić się w cierpliwość i przeczekać epokę Władimira Putina.
Sputnik/AFP, ALEXEI DRUZHININ
Chuligańskie pohukiwania prezydenta Rosji wobec Zachodu świadczą o jego bezradności.

Prezydent Rosji jest znacznie lepszym uczniem von Clausewitza niż zachodni przywódcy ostatnich 20 lat. Lepiej rozumie sens słynnego stwierdzenia księcia strategów o wojnie, która jest dalszym ciągiem polityki. Lepiej od zachodnich przywódców posługuje się użyciem siły dla realizacji swoich politycznych celów. Porównanie zachodnich interwencji ostatnich dwóch dekad z czterema wojnami Putina wypada zdecydowanie na jego korzyść. Przy czym, niekoniecznie to musi być aktywne użycie siły w formie walki zbrojnej. Czasem wystarczą mu demonstracje siły, które odnoszą polityczny skutek. Tak było bezpośrednio po agresji na Ukrainę, gdy balansowaniem na granicy incydentów zbrojnych skutecznie odstraszył Zachód od udzielenia Ukrainie aktywniejszego wsparcia, i tak próbuje robić teraz. Znakomity francuski analityk strategiczny Camille Grand mówił wiosną 2014 r. na łamach „Rz", że Putin musi przegrać, bo wprawdzie lepiej gra, ale ma słabsze karty. Czy istotnie przegrał? Czy musi tak być bez końca?

Inni mają się bać

Mało początkowo kosztowna z rosyjskiego punktu widzenia wojna przeciwko Ukrainie i zabór jej terytorium dał Putinowi podwójny atut. Dzięki niej stał się regulatorem napięcia w stosunkach z Zachodem i wobec Ukrainy. Wobec Ukrainy Rosja występuje w roli buldoga, któremu „przytrafił się" efekt trismus, czyli szczękościsk. To dla Moskwy dogodna sytuacja. Po pierwsze, konflikt z Rosją zatruwa ukraińską politykę i trzyma ją w strachu przed kolejnym akcjami zbrojnymi skierowanymi na poszerzenie okupowanego przez nią obszaru. Po drugie, paraliżuje swobodę ruchów Ukrainy w stosunkach zewnętrznych. Ukraina w stanie wojny z Rosją nie jest nadmiernie atrakcyjnym partnerem dla innych.

Wobec Zachodu cel tej strategii jest prosty: Zachód ma się Rosji bać. Nigdy przecież nie wiadomo, co jeszcze Rosja może zrobić, na co ją stać, i trzeba się bać, bo Rosja „zraniona" (zachodni koncept tłumaczący agresywne zachowania Kremla po upadku Związku Sowieckiego), jest nieobliczalna. Trzeba to rozumieć i... jej ustępować. Straszenie Zachodu tym, co Putin może zrobić Ukrainie, pozwala mu się wcielić w rolę kolejnych przywódców Korei Północnej, którzy z upodobaniem grają z USA w halloween. Polega to na wznoszeniu pod adresem Zachodu okrzyku: „trick or treat"! Strasząc, coś chce uzyskać. Przede wszystkim chce, aby Zachód trwale odwrócił się od Ukrainy (i innych państw, które uważa za część strefy wpływów Moskwy), która ma pozostać bezbronną ofiarą w jego rękach. Ma tu przy tym pewien kompleks. Wprawdzie sprawnie dokonał agresji na Ukrainę i udało mu się zabrać część jej terytorium (w ramach, jak twierdzi, zbierania „ziem ruskich"), ale znacznie mniej, niż planował, a do tego Ukraina nie chce dać się zwasalizować.

Ta sytuacja daje Rosji okazję do odgrywania roli bezkarnego rogue state. Takiego, które ma prawo ostentacyjnie wyrażać pogardę dla zasad prawa i stosunków międzynarodowych, demontować istniejący porządek międzynarodowy, wysyłać swoich agentów, aby dokonywali mordów w krajach UE, a jednocześnie pozostawać cennym partnerem dla innych mocarstw. Gra w halloween działa: Rosja koncentruje wojska na granicy z Ukrainą i proszę bardzo, prezydent Biden proponuje od razu Putinowi spotkanie na szczycie. A teraz w Moskwie się zastanowią, czy przyjąć zaproszenie. Jeśli to działa, to w ogromnym stopniu dzięki nam, dzięki Zachodowi. Dzięki Zachodowi, który nieustannie sobie wmawia, że Rosja i Putin osobiście są mu do czegoś potrzebni i trzeba z nimi jak z jajkiem. Nie, nie są potrzebni, ale to jest temat na odrębny artykuł.

Leninowska logika

Obecnie pytanie brzmi: Jak się zachować wobec stworzonego przez Putina kryzysu na wschodzie Ukrainy? Co się tyczy Ukrainy, to po pierwsze, nie może ona dać się sprowokować tak, jak to uczynił prezydent Gruzji latem 2008 roku. Saakaszwili zareagował na prowokacyjny ostrzał terenów przygranicznych Gruzji z Osetii Południowej ofensywą lądową, którą Rosjanie potraktowali jako casus belli i w odwecie spacyfikowali część Gruzji oraz wybili Tbilisi z głowy myślenie o członkostwie w UE i NATO. Po drugie, jeśli Ukraina poważnie myśli o trwałym związaniu się z Zachodem, musi zacząć poważnie rozważać wzięcie przykładu z rozwiązania problemu algierskiego przez prezydenta de Gaulle'a. Tylko w podobny sposób, jak uczynił to de Gaulle wobec Algierii, może uwolnić się od roli rosyjskiego zakładnika, odzyskać swobodę manewru oraz otworzyć sobie drzwi ku Zachodowi. Wołania z Kijowa o członkostwo w NATO w obecnej sytuacji nie brzmią poważnie. Czy Ukrainę stać na przemyślne pójście śladem de Gaulle'a? Nie wydaje się, ale innej drogi nie ma. Jeśli nie, za kolejne siedem lub dwadzieścia lat będzie w tym samym miejscu, a może gorszym.

Co powinien w tej sytuacji zrobić Zachód? Po pierwsze, nie powinien traktować Putina jako kogoś, kto ma zdolność do negocjacji w dobrej wierze. Z Rosją Putina żadne cywilizowane reguły prawa ani bona fides, ani pacta sunt servanda nie znajdują zastosowania, bo on ich nie uznaje. Putin uznaje jedynie logikę Lenina „kto, kogo". Obecny halloween jest jednak wyrazem desperacji Putina. Sytuacja Rosji nie jest dobra, także wskutek sankcji. Środowe orędzie Putina to potwierdza. Chuligańskie pohukiwania pod adresem Zachodu świadczą o jego bezradności, braku argumentów, nie o sile. Moskwa chciałaby zdjęcia sankcji w zamian za odprężenie na granicy z Ukrainą, choć bez zmiany dogodnego dla niej status quo. Putin może obiecać, że nie zrobi Ukrainie kolejnej krzywdy, pod warunkiem że Zachód będzie się trzymał od niej z daleka (to jest ta czerwona linia, o której mówił w środę).

Współdziałać z USA

Niestety, po stronie zachodniej jest kłopot. Największy z Unią Europejską, która nadal, a nawet głębiej, znajduje się w stanie strategicznej atrofii, choć pewnie lepiej byłoby powiedzieć, że jest po strategicznej lobotomii. Bruksela nie jest w stanie wypracować wobec Rosji stanowiska, które zrobiłoby na Moskwie wrażenie. Ale to zasługa nie tylko takich krajów, jak Polska czy Węgry, które rozsadzają od wewnątrz spoistość Unii. To także zasługa unijnych mocarstw. Szczególnie widoczny jest od pewnego czasu niemiecki problem UE, a konkretnie jej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Niemcy stały się zakładnikiem swoich gospodarczych interesów na różnych pozaeuropejskich kierunkach, a wobec Rosji dochodzi dodatkowo kompleks historyczny. Swoją lutową wizytą w Moskwie Borell upokorzył całą UE. W rezultacie, kunktatorska Unia mówi półgębkiem i stosuje półśrodki. Przecież ze strachu przed Moskwą nawet nie rozmieściła swej misji obserwacyjnej wokół zajętego przez rosyjskie oddziały Donbasu w 2014 r. Berlin musi zrozumieć, że o silnej międzynarodowo UE nie wystarczy mówić. Trzeba jej pozwolić działać na miarę jej potencjału.

Na szczęście ponownie jest Ameryka, na której Europa może się oprzeć, nawet jeśli drażni to jej próżność. Dopóki był Trump, Putin czuł się w swym podejściu do Ukrainy bezpieczny. Wraz z przyjściem Bidena to się zmieniło, stąd obecny kryzys. Stanowisko USA miałoby o wiele większą siłę rażenia, gdyby powstawało w ścisłym współdziałaniu z UE. Biden i jego ekipa zasługują na większy kredyt zaufania niż G.W. Bush i Trump. Jeśli Unię samą nie stać na stanowczą politykę wobec Rosji, niech przynajmniej lojalnie współdziała z Waszyngtonem. Rozwiązanie problemu ukraińskiego, to sprawa na lata, ale kolejne ustępstwa w rodzaju porozumień mińskich, tego rozwiązania nie przybliżą.

Jest oczywiście w interesie Rosji mieć przyjazne stosunki z Zachodem i uniknąć w ten sposób pułapki stawania się surowcową półkolonią Chin. Jednak szantażowanie Zachodu arbitralnie i sprzecznie z prawem międzynarodowym kreślonymi czerwonymi liniami jej w tym nie pomoże. Cywilizowane rozwiązanie problemu Ukrainy mogłoby jej pomóc uniknąć tej pułapki. Ale Rosja jest zbyt dużym mocarstwem, aby próbować jej dawać lekcje z zewnątrz. Własnymi siłami musi odzyskać powagę i wiarygodność. Tej wiarygodności nie budują ani androny o wspieranej przez Zachód próbie zamachu na Łukaszenkę, a tym bardziej, na szczęście z reguły partackie, operacje jej agentów w Europie. Świadczą one raczej o mentalnym obsunięciu się Moskwy w mroczne momenty epoki ZSRR. Właśnie to mentalne wciśnięcie się Putina w narożnik, niezależnie od jego „mokrej" hipoteki, zdaje się być przeszkodą w odzyskaniu przez Rosję szacunku i zaufania do niej. Do tej pory to Putin mógł przeczekiwać kolejnych zachodnich przywódców. Być może to Zachód musi się teraz uzbroić w cierpliwość i przeczekać Putina, bo jego powrót do rozumu staje się coraz mniej prawdopodobny. Dopiero wtedy Rosja będzie mogła liczyć na otwarte i partnerskie podejście Zachodu, które da jej szansę na rozwój zgodny z interesami kraju i samych Rosjan.

Autor jest politologiem, profesorem nauk humanistycznych, w latach 2010–2015 był doradcą prezydenta RP ds. międzynarodowych

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA