fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Tomasz Pietryga: Konflikt o sądy przejęli dziś radykałowie

Adobe Stock
Konflikt o sądy przejęli dziś radykałowie. To oni nadają ton toczącej się debacie i to do ich narracji dostosowują się politycy. To źle wróży.

Grillowanie Polski w Parlamencie Europejskim, ostre wypowiedzi w „Der Spiegel" wiceszefowej Komisji Europejskiej o „zagładzie" sądów, przecieki o astronomicznej karze Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej i coraz głośniejsze zapowiedzi powiązania praworządności z funduszami UE – to kumulacja znaków, że Unia obrała wobec Polski bardzo ostry kurs.

A po stronie polskiej nie widać żadnej strategii łagodzenia zaostrzającego się wewnątrz kraju konfliktu o sądy, która przerwałaby ten kolizyjny kurs i kosztowny w dalszej perspektywie spór z Brukselą. Za to wśród polityków prawicy trwa licytacja, kto mocniej uderzy w Temidę, kto celniej wytknie jej patologiczne cechy, a wszystko to przy akompaniamencie opowieści o złej Unii, która wtrąca się w polskie sprawy.

Z debaty znikł umiarkowany język, jeszcze niedawno słyszalny w obozie prawicy. Dziś nie ma mowy o kompromisie. Nikt, może poza Jarosławem Gowinem, już o nim nie mówi. Nokaut jest dziś jedyną możliwą strategią. To znak, że sytuacja wymknęła się spod kontroli.

Sądownictwo zawsze miało zagorzałych krytyków, poczynając od ludzi autentycznie skrzywdzonych przez wyroki sądowe, po pospolitych pieniaczy, którzy w atakach na sądy znaleźli sobie sposób na życie. Tyle że trudno się było w tym dopatrzyć pomysłu na uczynienie sądów lepszymi, sprawniejszymi, sprawiedliwszymi. Rozliczenie, zburzenie, zemsta – owszem, także za realne krzywdy – to droga donikąd. Politycy zaczynają mówić głosem „niezłomnych" okupujących miesiącami chodniki przed Sądem Najwyższym w 2017 r. Gdzieś się zapodziały plany jakościowych zmian w sądownictwie, które PiS obiecywał, dochodząc do władzy.

Zmiany miały być dwuetapowe – najpierw nowe kadry, później reformy. Jarosław Kaczyński wiedział, że ruszenie wymiaru sprawiedliwości nie będzie proste ze względu na niechęć liberalno-lewicowych środowisk sędziowskich do prawicy. Skonstruowany jeszcze przed wyborami z 2015 r. plan zakładał zaprzężenie do reformy młodych, zbuntowanych, często sfrustrowanych sędziów, głównie rejonowych, skupionych wokół radykalnej Iustitii. To oni mieli być siłą, która pokona opór skostniałych, niechętnych PiS sędziowskich elit (skupionych w Trybunale Konstytucyjnym, Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa). To oni mieli się z czasem stać nowymi elitami, które będą torować drogę reformom, zapewniać, że nie zostaną storpedowane. Tak się nie stało. Afera hejterska i długa seria wpadek, ujawniająca m.in. powiązania nominatów z politykami czy kumoterstwo i pychę, doprowadziły do autokompromitacji nowych elit. PiS nie ma już nowych kandydatów ani planu na sądy, poza nokautem.

Tyle że historia czasem lubi się powtarzać. W nakręcającej się spirali konfliktu można znaleźć cechy wspólne z przerwaną kadencją PiS w 2007 r. Bohaterowie są zresztą ci sami. Teraz prezes Kaczyński wypowiedział wojnę patologii w sądach, którą gorliwie prowadzi Zbigniew Ziobro. W 2005 r. PiS wygrał wybory pod hasłem walki z układami, której gorliwym wykonawcą był ten sam minister sprawiedliwości. Medialne tępienie patologii, której symbolem stali się doktor G., posłanka Sawicka, prokurator Kaczmarek czy Barbara Blida, odstraszyło w 2007 r. początkowo przychylnych wyborców. Mieli oni dość życia w państwie stanu wyjątkowego. Odrzucili taki sposób sprawowania władzy.

Dziś po 13 latach PiS znalazł się na podobnej ścieżce. Permanentny od pięciu lat, coraz brutalniejszy konflikt z sędziami i z Unią może skutecznie zniechęcić zmęczonych wyborców.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA