fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Michał Romanowski: Z szantażystami korporacyjnymi trzeba walczyć

Michał Romanowski
materiały prasowe
Dobre rozpoznanie pola walki pozwala w niemal 100 proc. przewidzieć, jakie argumenty podniesie szantażysta korporacyjny, i skuteczniej z nimi sobie poradzić – mówi profesor Michał Romanowski w rozmowie z Markiem Domagalskim.

Rz: Większościowi wspólnicy (akcjonariusze) coraz częściej się skarżą, że mniejszościowi nadużywają swojego statusu, wręcz dopuszczają się szantażu korporacyjnego, a kodeks spółek handlowych (k.s.h.) na to pozwala.

Michał Romanowski: Prawo spółek rzeczywiście skupione jest na ochronie wspólników mniejszościowych. Wynika to z przekonania, że duzi mają tendencję do korzystania z majątku spółki, jakby posiadali 100 proc. udziałów. Na dodatek mają zasadniczy wpływ na dobór zarządu, a w spółkach zamkniętych nieraz sami pełnią tę funkcję. W efekcie występuje konflikt między wspólnikiem większościowym i mniejszościowymi polegający na podejmowaniu przez tych pierwszych decyzji z pokrzywdzeniem drugich. Pojawia się więc tendencja do opowiadania się po stronie słabszego z definicji, czyli wspólnika mniejszościowego.

Ale spółka służy jednym i drugim. Czy nie to powinno być drogowskazem dla stosujących k.s.h.?

Tworzenie, interpretowanie i stosowanie prawa spółek powinno poszukiwać rozwiązań zapewniających efektywne funkcjonowanie spółki, przy zapewnieniu ochrony słusznych interesów poszczególnych wspólników ważonych ponoszonym przez nich ryzykiem ekonomicznym, zaangażowaniem w sprawy spółki oraz zasadą słuszności, która nie pozwala na pokrzywdzenie innych wspólników.

Czy te relacje między wspólnikami są w Polsce wyważone?

Prawo spółek ciągle poszukuje efektywnych narzędzi łagodzących ryzyko nadużywania konstrukcji spółki oraz konfliktów interesów jej wspólników. Kodeks spółek handlowych można i należy poprawiać, pamiętając, że większość wiodących systemów prawa spółek reformuje się nieustannie od ponad stu lat. Niektórzy profesorowie niemieccy powiadają, że niemieckie prawo spółek „nie może się uspokoić". Przypomina to czasami gonienie króliczka.

W czym tkwi problem?

W wykładni i stosowaniu prawa spółek, chociaż nie bagatelizuję koniecznych reform. Samo pojęcie: wspólnik większościowy i mniejszościowy podlega relatywizacji, a jego odczytanie wymaga zbadania układu sił w konkretnej spółce. Mamy spółki zamknięte z dwoma lub trzema wspólnikami, spółki otwarte (publiczne) z rozproszonym akcjonariatem, w których de facto wspólnikiem większościowym jest zarząd, spółki publiczne ze wspólnikiem posiadającym ponad 50 proc. akcji, wreszcie akcjonariuszami, którzy traktują akcje jak instrument finansowy, a siebie jak inwestorów, którzy głosują, ale nogami. Mamy wreszcie akcjonariuszy, których roboczo określam planktonem z mikroskopijnym udziałem w spółce.

Prawo za tą mozaiką nadąża?

Życzeniowe jest przeświadczenie, że prawo rozwiąże te sytuacje. Od niedoskonałości nie są wolne także inne systemy, ale myślę, że w Polsce zasadniczy problem tkwi w praktyce sądowej, która uczy się prawa spółek, a więc w konieczności właściwego wyważenia relacji, o które pan pyta.

Gdzie jest zatem granica między ochroną mniejszego a uzasadnionym podejrzeniem o szantaż korporacyjny?

Granicą jest sytuacja, w której większość podejmuje decyzję, a jej skutki mogą zmierzać do pokrzywdzenia mniejszości. Prawo spółek nie przypadkiem posługuje się pojęciem pokrzywdzenia wspólnika, aby zaakcentować różnicę między działaniem naruszającym dobry obyczaj, od sytuacji, która jest wynikiem rozstrzygnięcia konfliktu interesów wspólników. W naturę prawa spółek jest wpisany brak jednomyślności wspólników. O ile w prawie cywilnym obowiązuje zasada, że nie można kształtować sytuacji prawnej danej osoby bez jej zgody, o tyle warunkiem wejścia do spółki jest zgoda, że moja sytuacja prawna jako wspólnika może być ukształtowana bez mojego udziału (w przypadku podjęcia decyzji o nieobecności na zgromadzeniu wspólników) lub wręcz wbrew mojej woli. To, że wspólnik ma inny pogląd, co leży w interesie spółki, nie oznacza jeszcze, że przegłosowanie go, czyli swoiste narzucenie woli większości, stanowi pokrzywdzenie go. Pokrzywdzenie polega na doprowadzeniu do niesłusznego uszczerbku w dobrach drugiego.

Jak to ocenić?

Każdy przypadek wymaga indywidualnej oceny, ale wieloletnia praktyka, także w innych systemach, pozwala na rozpoznanie tzw. wspólników-rozbójników, których celem nie jest wypracowanie rozwiązania korzystnego dla spółki, ale przy okazji, np. restrukturyzacji, wejścia na giełdę, fuzji – uzyskanie korzyści majątkowych. Tak ukształtowało się pojęcie szantażu korporacyjnego jako żądania korzyści, zwykle majątkowych, w zamian za rezygnację z zaskarżania uchwał, czyli wykupu zaskarżenia uchwały lub innej formy blokowania decyzji w spółce, np. niezłożenia pozwu, wycofania go, wycofania doniesienia do prokuratury, zaniechania czarnego PR itp.

Jak szerokie jest w Polsce to zjawisko?

W porównaniu z innymi krajami w Polsce problem szantażu korporacyjnego cały czas jest w fazie początkowej (co nie znaczy, że nie intensywnej). Nie wynika to z większej kultury polskich wspólników, ale krótkiego czasu funkcjonowania polskiego prawa spółek. W Niemczech już w XIX w. ustawodawca widział problem zaskarżania uchwał w celu szantażu i szykanowania. W 1912 r. dyskutowano problem akcjonariuszy rozbójników (räuberische Aktionäre). W 1914 r. pojawiały się tam głosy o zaskarżaniu uchwał zgromadzeń jako sposobie lukratywnego zarobkowania. Prowadzone badania w Niemczech w latach 80. XX w. wykazywały, że spółki płaciły milionowe haracze w zamian za odstąpienie od skarżenia uchwał. Doszło do tego, że większość restrukturyzacji w spółkach była rutynowo skarżona przez zawodowych szantażystów korporacyjnych. Wyniki badań 619 powództw – cytowane w 2007 r. – wykazywały, że ponad 70 wytaczali profesjonalni szantażyści. „Der Spiegel nazwał to zjawisko „potęgą krasnali".

Polska ma też w tej dziedzinie doświadczenia?

W Polsce najgłośniejszy przypadek pochodzi z drugiej połowy lat 90. XX w., kiedy to bracia Jedamscy, akcjonariusze Banku Gdańskiego dysponujący znikomym udziałem w kapitale tego banku (tzw. plankton), blokowali połączenie z Bankiem Inicjatyw Gospodarczych. Prasa podawała nawet cennik za zaniechanie skarżenia uchwał, największa kwota wyniosła 1,2 mln zł. W mojej praktyce wielokrotnie, w tym w ostatnich latach, miałem do czynienia z klientami, którzy zwracali się o pomoc w zwalczaniu szantażu korporacyjnego. O konkretnych przypadkach nie mogę mówić ze względu na tajemnicę adwokacką. Udało się go zwalczyć.

Czy szantaż korporacyjny łatwo zdemaskować?

Jeżeli ktoś jest dociekliwy, nie jest to trudne. Z pewnością niełatwe bywa ustalenie szantażu na etapie wniosku o zabezpieczenie powództwa wykorzystywanego do blokowania wykonalności uchwał zgromadzeń wspólników i ich rejestracji w Krajowym Rejestrze Sądowym. Atrakcyjność postępowania zabezpieczającego dla szantażystów polega na tym, że sąd rozpoznaje wniosek zwykle na posiedzeniu niejawnym, w efekcie postępowanie to zbliża się nieraz do postępowania inkwizycyjnego. Wykazanie szantażu korporacyjnego wymaga zaś rozpoznawania sporu wedle modelu kontradyktoryjnego, a więc stworzenia sądowi szansy zapoznania się z argumentami obu stron. Zwłaszcza że szantażysta z natury manipuluje faktami i stanem prawnym.

Jak wspólnik większościowy może się bronić przed szantażem korporacyjnym?

Kluczowe w tych sporach jest rozpoznanie środków zastosowanych przez szantażystów, zgromadzenie dowodów na ich złe intencje oraz minimalizacja ryzyka wydania przez sąd zabezpieczenia bez wiedzy spółki. Wymaga to monitoringu zwłaszcza wniosków o zabezpieczenie wpływających do sądu. Sąd wydaje postanowienie o zabezpieczeniu na posiedzeniu niejawnym, ale bierze za podstawę materiał zebrany w sprawie. Dobre rozpoznanie pola walki powoduje, że udaje się niemal w 100 proc. przewidzieć, jakie istotne argumenty podniesie szantażysta. Celem jest też doprowadzenie do przynajmniej pisemnej kontradyktoryjności postępowania zabezpieczającego.

Rozmawiamy z szantażystami?

Znana zasada, że z szantażystami się nie rozmawia, musi ulec modyfikacji. Nie chodzi o uległość wobec szantażysty, ale sprowokowanie go do odkrycia rzeczywistych intencji. Z drugiej strony warto korzystać z takich narzędzi, jak żądanie wyłączenia wspólnika ze spółki z o.o. z ważnych powodów, przymusowego wykupu, żądania ustanowienia kaucji na zabezpieczenie roszczeń spółki powstałych w wykonaniu postanowienia o zabezpieczeniu, wreszcie z roszczenia o naprawienie szkody wyrządzonej wykonaniem zabezpieczenia, gdy pozew zwrócono lub odrzucono albo powództwo bądź wniosek oddalono, ale to już jest działanie post factum.

Jak pan ocenia skuteczność drogi sądowej?

Odpowiem trochę jak Kazimierz Górski, który pytany, kto wygra mecz, nigdy nie mylił się, odpowiadając: „my albo nasi przeciwnicy". Niewątpliwie ryzyko pozwu wywołuje duży dyskomfort u zarządzających i wspólników większościowych. Jeżeli od tego zależy skuteczność wezwania na sprzedaż akcji, fuzji, podziału, przekształcenia spółki, pojawia się skłonność do kalkulowania, czy oraz ile warto zapłacić za eliminację ryzyka. Na to liczą szantażyści przekonani o swojej bezkarności. Spółki, które podejmują walkę i nawet ją wygrywają, zazwyczaj nie wszczynają procesów o odszkodowanie wobec szantażystów dla świętego spokoju. To błąd, wytwarza to u szantażystów przekonanie, że jedyne ich ryzyko sprowadza się do tego, że najwyżej szantaż się nie powiedzie. I dlatego próbują dalej, bo w końcu – ujmując rzecz statystycznie – udaje się, a zysk bez ryzyka jest atrakcyjny. Stąd w Niemczech wytworzyła się lukratywna profesja zawodowych szantażystów.

Jak oszacować to ryzyko?

Nie będę tutaj zbyt oryginalny. Warto korzystać z prawników z doświadczeniem, tak jak warto iść na operację kolana do chirurga, który w tym się specjalizuje. Jeżeli ryzyko jest duże, to być może nie mamy w ogóle do czynienia z szantażem, ale rzeczywistym pokrzywdzeniem skarżącego. Oczywiście niebagatelną rolę odgrywa tu czas, stąd tak ważne – jak w medycynie – jest odpowiednio wczesne zdiagnozowanie problemu i prewencja (monitoring sytuacji i gotowe warianty reakcji wyprzedzające ruchy szantażysty). Lepiej zapobiegać niż leczyć.

Czy z takich sporów można wyjść zwycięsko?

Dzisiaj już można wyjść zwycięsko, ponieważ sądy coraz lepiej rozumieją prawo spółek jako prawo życia codziennego, choć nadal wiele jest do poprawy. Niektórzy wychodzą z takich sporów wzmocnieni, a niektórzy poobijani, bo gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą.

A jak inne kraje radzą sobie z tym problemem?

W Niemczech i we Włoszech były przeprowadzone gruntowne reformy przesłanek wniesienia pozwu o uchylenie lub unieważnienie uchwały. W USA i Wielkiej Brytanii podstawowe znaczenie ma powództwo odszkodowawcze, a nie o wzruszenie uchwały. Nie paraliżuje spółki, ale zmierza do naprawienia szkody pokrzywdzonemu wspólnikowi, jeżeli rzeczywiście został pokrzywdzony. W państwach Europy kontynentalnej dominuje prawo pokrzywdzonego wspólnika do skarżenia uchwał, ale w niektórych państwach prawo indywidualnego akcjonariusza ogranicza się do roszczenia o naprawienie szkody majątkowej, a prawo do skarżenia uchwał przysługuje mniejszości dysponującej od 1 do 5 proc. udziałów.

Michał Romanowski jest profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, prowadzi Kancelarię Romanowski i Wspólnicy, był też członkiem Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Cywilnego

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA