fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ochrona zdrowia

Siemiatycze. Mężczyzna zmarł w karetce przed szpitalem

ambulans
Fotorzepa/ Robert Gardziński
Mężczyzna w ciężkim stanie został przywieziony karetką do szpitala w Siemiatyczach. Z braku miejsc nie został przyjęty i mimo wysiłków ratowników zmarł w ambulansie.

O zdarzeniu, do którego doszło w nocy z 29 na 30 października, pierwszy napisał lokalny portal kurierpodlaski.pl. Według tej relacji przywieziony przed godz. 23.00 pacjent nie mógł być wniesiony do szpitala. Bez zbadania pacjenta, lekarz ze szpitala wydała tylko 61-latkowi konsultację anestezjologiczną.

W tym czasie u mężczyzny zatrzymaniu uległy funkcje życiowe. Mimo ponownej resuscytacji, pacjent zmarł w karetce. 

W wydanym oświadczeniu Andrzej Szewczuk, dyrektor SP ZOZ w Siemiatyczach, zapewnia, że podjęto „działania celem wyjaśnienia okoliczności faktycznych przedmiotowego zdarzenia”. „Prowadzimy wewnętrzne postępowanie wyjaśniające ale i również, współpracujemy w tym zakresie z innymi organami, przekazując im wszelkie niezbędne informacje. Zapewniamy, iż to przede wszystkim w interesie SPZOZ w Siemiatyczach jest niezwłoczne wyjaśnienie tej sprawy i dołożymy wszelkich starań, aby to nastąpiło bez zbędnej zwłoki” - czytamy w komunikacie. W ręce policji przekazany został zapis z kamer.

Na miejsce została wezwana policja, ale - według relacji portalu - funkcjonariuszy również nie wpuszczono do budynku. Andrzej Szewczuk zaprzeczył temu w rozmowie z „Gazetą Współczesną”. - Lekarka, która pełniła nocny dyżur, dwukrotnie poddała się badaniom alkomatem, które wykazały trzeźwość. Wpuściła do szpitala mundurowych, a wcześniej ratowników medycznych. Drzwi placówki były otwarte. To widać na monitoringu. Lekarka nie odmówiła również pomocy choremu - zapewnił. Kurierpodlaski.pl twierdził, że drzwi zamknięte były na łańcuch.

Dyrektor przyznał jednak, że zmarły nie został przyjęty. - Problem w tym, że mieliśmy zajęte wszystkie miejsca na oddziale intensywnej terapii. Mamy co prawda dwa dodatkowe miejsca ze sprzętem, ale jedno było zajęte przez pacjenta w izolatorium, drugie było używane przez pacjenta przywiezionego dzień wcześniej na izbę przyjęć. Kolejnego pacjenta nie mieliśmy nawet gdzie odesłać, a wymagał podłączenia do specjalistycznych urządzeń. W tym przypadku nie wystarczyłby sam respirator - tłumaczył Szewczuk. Zaapelował, by powstrzymać się przed wydawaniem negatywnych opinii na temat placówki i lekarz, która pełniła dyżur.

„Gazeta Współczesna” podkreśla, że w Samodzielnym Publicznym Zakładzie Opieki Zdrowotnej w Siemiatyczach pojawiło się ognisko koronawirusa i zamknięte są tam dwa z czterech oddziałów. „W najgorszym położeniu jest nieczynny oddział wewnętrzny, gdzie na Covid-19 zachorowało dziewięć pielęgniarek i czterech lekarzy, podczas gdy na tym oddziale łącznie pracuje 15 osób” - dodał dziennik. 

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA