fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Dyrygent perfekcyjny na maksa

Jerzy Maksymiuk
Jerzy Maksymiuk jest wymagający do granic i potrafi doprowadzić do skrajnych emocji, ale zawsze słychać efekty
materiały prasowe
Jerzy Maksymiuk kończy w piątek 85 lat i wciąż zdumiewa młodzieńczą energią. A z okazji urodzin nagrał kolejną płytę.

Zapytałem go, czy gdyby miał dzisiaj 30 lat, podjąłby się stworzenia od podstaw takiego zespołu jak Polska Orkiestra Kameralna. – Nie – odpowiedział po chwili. – Dla nas liczyła się chęć dotarcia do estrad w Londynie, które były synonimem szczęścia muzycznego oraz wielkiego kunsztu. Inne rzeczy nas nie obchodziły, nikt wtedy nie pytał, kto i ile nam zapłaci. Po prostu chcieliśmy się wyrwać z szarego, komunistycznego świata. Pamiętam naszą podróż do Włoch, mało nie uklękliśmy z zachwytu, bo niebo miało tam inny kolor, a kawa pięknie pachniała.

Sukces Polskiej Orkiestry Kameralnej, którą Jerzy Maksymiuk stworzył w początku lat 70., był absolutnie niezwykły. Kiedy w 1975 r. posłuchał jej jeden z najważniejszych światowych impresariów, natychmiast postanowił się nią zająć. Wkrótce orkiestra podpisała kontrakt z EMI.

Trzy nagrody Nobla

– Od razu zakładano nagranie przez nas 14 płyt, w tamtych czasach było to, jak otrzymanie nie jednej, ale trzech nagród Nobla! – mówi teraz Jerzy Maksymiuk. – A po jednym z koncertów w Londynie wybuchła taka owacja, że myślałem, iż coś się wali, a to zachwyceni Anglicy mocno bili nogami w podłogę.

Wydawać by się mogło, że wszystko przychodziło mu łatwo. Gdy przyjechał do Warszawy z Białegostoku, które uważa za rodzinne miasto (urodził się w Grodnie, skąd rodzice w 1939 r. uciekli z synem przed wojskami sowieckimi), w liceum muzycznym zakwalifikowano go od razu na trzeci rok. Studia wyższe skończył z trzema dyplomami – z kompozycji, fortepianu i dyrygentury – z wyróżnieniem lub z wynikiem bardzo dobrym.

Wróżono mu wielką karierę pianistyczną, on sądził, że zostanie kompozytorem, ale pisanie przychodziło mu bez problemów, a uciekał przed wszystkim, co było łatwe do osiągnięcia. Może dlatego w końcu skupił się na dyrygowaniu, by w tej pracy dążyć do doskonałości, do perfekcji, której konsekwencją może być emocja. Ta dla niego w muzyce zawsze jest najważniejsze.

Osiągnięcie takiego celu jest bardzo trudne. – Poprzez długie ćwiczenie doszliśmy do takich rezultatów, że zadziwialiśmy Brytyjczyków i nie tylko. Szukaliśmy rozmaitych subtelności, nie śpiesząc się. Gdy skrzypkowie grali za głośno, podchodziłem do każdego z nich i unosiłem mu smyczek. Byłem kimś więcej niż car – przyznaje. – Mogłem pracować nad precyzją, nad barwą dźwięku, czego nie da się osiągnąć z dużą orkiestrą symfoniczną. Muzycy mieli nieprawdopodobną technikę. Kiedy ich usłyszała Wanda Wiłkomirska, powiedziała: „To niemożliwie, mnie smyczek kończy się w połowie tego, co wy robicie, a przecież umiem grać na skrzypcach".

Przygoda z Polską Orkiestrą Kameralną trwała dziesięć lat i doszedł z nią do pewnego kresu. – Kameralista to fachowiec, który mógłby pracować przy zegarkach u Patka lub przy biżuterii u Cartiera. Czym innym jest natomiast montowanie boeinga, choć i w tym fachu liczy się precyzja – uważa. – A w powszechnym odczuciu prawdziwy dyrygent to ten, który zajmuje się Beethovenem czy Mahlerem. A ponadto moi muzyczni bogowie, Ravel, Debussy, Prokofiew, Rachmaninow, nic nie napisali dla kameralnej orkiestry.

Na kolejną dekadę skusili go więc Brytyjczycy, proponując kierowanie BBC Scottish Symphony Orchestra. W Glasgow próbował stosować te same metody. Bywał bezceremonialny wobec muzyków. Oni się poddawali, ale z czasem stonowali jego temperament, zmusili do zrozumienia, że czas pracy musi mieć swój początek i koniec.

Żywioł motocyklisty

Od końca ubiegłego stulecia zrezygnował z takich stałych związków także dlatego, by mieć więcej czasu na komponowanie. Nie bulweruje już ekstrawaganckimi strojami i niekonwencjonalnym zachowaniem. Nie pędzi samochodem jak kiedyś, gdy rano prowadził próbę w Katowicach, a po południu drugą w Warszawie. Gdy jednak staje na estradzie przed orkiestrą, nadal emanuje z niego młodzieńcza energia i chęć, by ten właśnie koncert był najlepszy w życiu.

– Jest wymagający do granic i potrafi doprowadzić do skrajnych emocji, ale zawsze słychać efekty – mówi skrzypek i koncertmistrz Sinfonii Varsovii Jakub Haufa. I dodaje, że spełnił swoje marzenie, gdyż udało mu się nagrać z Maksymiukiem koncert na skrzypce Andrzeja Panufnika.

Ten utwór znalazł się na płycie, która ma premierę właśnie w dniu urodzin Maksymiuka. Tym albumem sięga do czasów młodości, bo zawiera muzykę pisaną na kameralną orkiestrę smyczkową. I jest to też płyta bardzo osobista, gdyż wybrał kompozytorów, których szczególnie ceni.

Oprócz koncertu Andrzeja Panufnika i „Fantazji" Ralpha Vaughana Williamsa (muzyka brytyjska była dla niego bardzo ważna w czasie pracy w Szkocji) mamy opracowane na orkiestrę przez Maksymiuka dwa preludia Claude'a Debussy'ego, którego lekkość, harmonię i kolor wręcz uwielbia. Koresponduje z tymi preludiami własny, refleksyjny utwór „Liście gdzieniegdzie spadające" (jesień to ulubiona pora roku Maksymiuka).

Całość wieńczy żywiołowa „Orawa" Kilara, którą dyrygował ponad 100 razy. Doskonale przystaje do nadal nieokiełznanego temperamentu dyrygenta. Wciąż aktualna jest dawna opinia brytyjskiego krytyka, który napisał po koncercie, że gdyby zebrali się wszyscy motocykliści z Londynu i jechali jak najszybciej i tak by nie dogonili Maksymiuka i jego orkiestry.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA