fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lotnictwo

Problem z MAX-ami nie jest pierwszą wpadką Boeinga

AFP
Boeing i linie lotnicze na świecie pracują nad przywróceniem zaufania do samolotów B737 MAX po 2 tragicznych katastrofach, ale nie jest to pierwszy kryzys po premierze samolotu z nową technologią.

W 1965 r. trzy samoloty B727-100 rozbiły się w Stanach w ciągu niecałych 3 miesięcy przy podchodzeniu do lądowania powodując śmierć 131 osób. Podobnie jak w przypadku MAXów, trzysilnikowe B727 nazwano w owym czasie jednymi z najbardziej nowoczesnych samolotów. Boeing wprowadził je w 1964 r. i przedstawiał jako najbardziej skuteczną alternatywę dla typowych wówczas samolotów 4-silnikowych, z nowymi cechami, które pozwalają łatwiej używać ich na krótkich pasach startów i lądowań.

System klap na skrzydłach B727, zapewniających dodatkową siłę nośną przy małej prędkości, był niezwykle szeroki i wyrafinowany, pozwalając maszynie zniżać się szybciej od rywali oraz unikać budynków i innych przeszkód w pobliżu lotniska.

Czytaj także: Klienci Boeinga mogą zamówić bezpłatny program dla MAX-ów 

Specjaliści prowadzący wówczas postępowania wyjaśniające przyczyny katastrof wykryli, że niektórzy piloci nie zrozumieli w pełni systemu działania tych klap i pozwalali, by samolot zniżał się ze zbyt dużą prędkością. — Nie było nic złego z samolotem, ale jeśli nie poświęcono mu dostatecznie dużej uwagi, to można było doprowadzić do tego, że częściej spadał — stwierdził profesor Bill Waldock, który na amerykańskim uniwersytecie lotniczym Embry-Riddle zajmuje się kwestiami bezpieczeństwa i zbadał 727 wypadki lotnicze.

Władze lotnicze poleciły wówczas większe przeszkolenie pilotów, ale pozwoliły na utrzymanie lotów tych maszyn mimo apeli części polityków, by je uziemić. Boeing dokonał pewnych zmian w podręczniku latania i w procedurach prowadzenia samolotu przy podejściu do lądowania.

W przypadku B737 MAX 8 koncern opracował nową wersję oprogramowania i szkolenia pilotów.

Historyk lotnictwa i emerytowany prawnik w zakresie transportu Alan Hoffman, który zbadał 727 katastrof stwierdził, że ze względu na rozgłos związany z ostatnimi katastrofami urząd lotnictwa FAA zezwoli na ponowne loty MAXów, gdy będzie przekonany, że wprowadzone zmiany funkcjonują. — Samoloty wrócą do eksploatacji i jeśli nie dojdzie do pojawienia się dalszych problemów, to za rok od dziś to wszystko będzie odległym wspomnieniem — powiedział agencji Reutera.

W listopadzie 1965 r., zaledwie w dwa dni po trzeciej katastrofie B727, Rada Lotnictwa Cywilnego (CAB) uznała, że nie ma powodu do uziemienia tych samolotów, w odróżnieniu od szybkiej decyzji o uziemieniu MAXów po katastrofie w Etiopii. „Samolot przeszedł bardzo surowe testy w ramach certyfikacji, zanim wszedł do eksploatacji i podczas naszego śledztwa nie pojawiło się nic, co wywołałoby nasze wątpliwości w jego stabilność”— stwierdziła wówczas CAB.

Czytaj także: Usterka Boeinga 737 Max. Awaryjne lądowania na Florydzie 

Te wyjaśnienia nie uspokoiły od razu wielu podróżnych, którzy zaczęli bojkotować ten samolot. — Przez mniej więcej 6 miesięcy wiele B727 latało w połowie puste — poinformował prof. Waldock.

W końcu kryzys minął. Samolot stał się jednym z przebojów handlowych Boeinga, używano go powszechnie przez następne 30 lat. Do 2003 r. wycofano praktycznie wszystkie te maszyny z eksploatacji, bo linie lotnicze nie chciały już korzystać z głośnych i paliwożernych samolotów.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA