fbTrack

Kraj

Protest nauczycieli: Grypa z długimi powikłaniami

Fotorzepa, Marian Zubrzycki
Młodzi nauczyciele mają dość siedzenia cicho i słuchania o zawodowym powołaniu. Zależy im, by nikt nie robił ich w balona, a za pracę płacił godnie.

Scenariusz miał być taki: między 17 a 21 grudnia nauczyciele masowo będą korzystać z L4. Wzorem policjantów czy pracowników sądów chcieli w ten sposób wywalczyć podwyżki w wysokości 1000 zł. Według MEN w ten sposób protestowało 1466 osób.

Od stycznia nauczyciele mieli wrócić do pracy przy tablicy, a walkę miały kontynuować związki zawodowe. ZNP na przyszły tydzień zapowiedział spotkania z szefową resortu edukacji Anną Zalewską oraz premierem Mateuszem Morawieckim. Jeśli nie przyniosą one rezultatów, 10 stycznia zostanie podjęta decyzja o strajku.

Związkowy kalendarz nie przekonuje jednak zwykłych pracowników. Widząc poruszenie wywołane grudniowym protestem, postanowili go kontynuować, na który skrzyknęli się w mediach społecznościowych. Lokalne media od dwóch dni donoszą, że protest w tej formie kontynuowany jest m.in. w przedszkolach w Kutnie i Policach, w szkołach podstawowych w Morągu (w czterech podstawówkach ponad połowa nauczycieli jest na zwolnieniach). „Gazeta Wyborcza" podaje, że w Poznaniu w jednym z liceów z powodu protestu nie odbyła się próbna matura.

Nauczyciele podkreślają, że kontynuują swój protest, bo już nie wierzą w efekty rozmów. Tak jak przed rokiem protestujący rezydenci, tak też teraz młodzi nauczyciele nie chcą już liczyć na organizacje, związki i rozmowy prowadzone w ich imieniu przez tych, których pensje z uwagi na najwyższy stopień awansu zawodowego są mniej nędzne niż tych, którzy dopiero rozpoczynają pracę.

Do szkół trafiają inni ludzie. Nie są to już idealistyczne nauczycielki, które uważają, że „nie wypada" prowadzić działań, które mogą uderzyć w uczniów, i boją się niezadowolenia rodziców. W szkołach pojawiło się słynne pokolenie Y, któremu zarzuca się m.in. małą elastyczność i dyspozycyjność czy niechęć do pracy po godzinach bez wynagrodzenia. Nie kręci ich już też niskie pensum ani wakacje. Są wykształceni, kreatywni i oczekują, by za ich pracę płacić im rozsądne pieniądze. Ale coraz częściej chcą też prowadzić lekcje nowocześnie, pracować z metodą projektową i nie są w stanie zrozumieć, dlaczego pomoce do zajęć muszą kupować za własne pieniądze.

Oliwy do ognia dolało wydłużenie ścieżki zawodowego awansu. Staż, w czasie którego nauczyciel zarabia 1751 zł na rękę, trwa teraz dwa lata. Po jego zakończeniu może liczyć na podwyżkę w wysokości zaledwie 47 zł. A zapowiedziana od stycznia tego roku 5-proc. podwyżka będzie nieodczuwalna w portfelu. Dlatego biorąc pod uwagę fakt, że przy obecnym rynku pracownika pracę za podobne pieniądze znajdą bez problemu, postanowili zaryzykować walkę o siebie. Czy wygrają? Nie wiadomo. Ale jeśli najlepsi nauczyciele odejdą ze szkół, przegrane będą na pewno dzieci.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL