fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kościół

„Nie pozwalam” powinni usłyszeć niektórzy ludzie Kościoła

materiały prasowe
Film Sekielskiego powinien stać się obowiązkowym elementem każdych rekolekcji kapłańskich, a niektórzy biskupi czasem powinni milczeć.

„Jeśli któryś z biskupów uzna ten film za antykościelny, publicznie go skrytykuje lub powie, że Tomasz Sekielski podniósł rękę na Kościół, to następnego dnia powinien pójść do nuncjusza apostolskiego i złożyć dymisję" – taka myśl zrodziła się w mojej głowie w czwartek, gdy pierwszy raz zobaczyłem film Tomasza Sekielskiego. Dlatego po sobotniej premierze z niepokojem czekałem na reakcje hierarchów.

Prymas Polski abp Wojciech Polak nie wahał się nawet przez moment. W specjalnym oświadczeniu podziękował Sekielskiemu za film, przeprosił ofiary i kolejny raz zapewnił, że będzie robił wszystko, by chronić nieletnich. W podobnym tonie utrzymane było również stanowisko abp. Stanisława Gądeckiego, przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski. Obaj wprawdzie odmówili wcześniej Sekielskiemu udziału w jego produkcji, ale można ich zrozumieć. Wokół filmu od samego początku tworzono taki klimat, z którego mogło wynikać, że Sekielski robi dokument wybitnie antykościelny. Stąd pewnie odmowa. Dziś trzeba zauważyć, że docenili jego pracę i uznali ją za potrzebną, bo film Sekielskiego (nie wiem, czy jest osobą wierzącą) można uznać za dzieło zrobione z troski i miłości do Kościoła. Powinien on być przez Kościół wykorzystany jako materiał szkoleniowy dla wikarych, proboszczów, kurialistów. Ba, jego obejrzenie powinno stanowić obowiązkowy element kapłańskich rekolekcji.

„Nie oglądam byle czego" – mówi tymczasem abp Sławoj Leszek Głódź. To bardzo źle, że metropolita gdański nie ogląda, bo kto jak kto, ale akurat on w tej sprawie powinien powstrzymać się z jakimkolwiek deprecjonującym komentarzem. Bo to on ma po tym filmie spory kłopot. To już nie tylko ks. Henryk Jankowski, ale także były kapelan prezydenta Lecha Wałęsy, którego po odejściu z Kancelarii Prezydenta przygarnął do duszpasterstwa wojskowego ówczesny biskup polowy Sławoj Leszek Głódź. Uzasadnione są zatem dziś pytania o to, czy w tamtym czasie mogły docierać do niego informacje o tym, że ks. Franciszek Cybula dopuszcza się molestowania i co z tą wiedzą robił? To arcybiskup gdański musi dziś powiedzieć, co ze sprawą Cybuli zamierza zrobić. Wyjaśnić, czy jak w przypadku ks. Jankowskiego, kluczyć.

A musi przy tym pamiętać, że od 1 czerwca wchodzą w życie nowe przepisy dotyczące odpowiedzialności biskupów. Czy pamięta? Jego reakcje wskazują na to, że nie. Chciałbym się mylić, ale to metropolita gdański będzie jednym z pierwszych – o ile nie pierwszym – wobec którego zostaną sformułowane zarzuty w oparciu o nowe przepisy wydane właśnie przez papieża Franciszka.

Dwie reakcje, dwie postawy, dwie różne twarze tego samego Kościoła. Jedna obolała i zatroskana. Inna zaś twarda, harda, z wysoko podniesioną głową udaje, że wszystko jest dobrze, gdy dobrze nie jest.

„Dziś w polskiej przestrzeni publicznej głośno od projektów, na które my, ludzie wiary, jesteśmy zobowiązani wyrazić nasze współczesne non possumus" – te słowa padły z ust abp. Głódzia w niedzielę w Krakowie po uroczystej procesji ku czci św. Stanisława.

Tak, trzeba wyrazić współczesne non possumus przeciwko niektórym projektom politycznym, ale „nie pozwalam" trzeba powiedzieć też chyba niektórym ludziom Kościoła, którzy zapomnieli, po co zostali posłani. „Nie pozwalam" trzeba zaś przede wszystkim powiedzieć wszystkim tym, którzy krzywdzą dzieci. Ale także tym, którzy ich kryją.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA