fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Koronawirus SARS-CoV-2

Tajemniczy kontrahent: Producent chłodni sprowadzał maseczki

Mimo negatywnej rekomendacji CBA resort zdrowia (na zdjęciu z prawej minister Łukasz Szumowski) kupił maseczki od zakopiańskiej firmy
PAP, Radek Pietruszka
Kto kupił w Chinach wadliwe maseczki, za które Ministerstwo Zdrowia zapłaciło 5,5 mln zł? Do importu przyznaje się... producent chłodni. Resort zaskoczony.

Warszawska prokuratura, która wszczęła śledztwo w sprawie „afery maseczkowej" w Ministerstwie Zdrowia, będzie badać, kto naprawdę kupił w Chinach maski dla lekarzy, które nie spełniają norm WHO, i kto dostarczył m.in. sfałszowany certyfikat towaru do oferty. Śledztwo wszczęto pod kątem oszustwa wielkich rozmiarów. Za 120 tys. masek resort zdrowia zapłacił trzem firmom bez doświadczenia w hurtowym obrocie materiałami farmaceutycznymi – to pośrednicy nieruchomości, firma doradcza aptekarza z Małopolski i nowo powstała firma żony instruktora narciarskiego Łukasza Guńki (podajemy nazwisko, bo ujawnił je w wywiadzie dla „DGP" minister Łukasz Szumowski, zrobiło to także CBA i sam resort zdrowia we wspólnym komunikacie) – aż 5,5 mln zł.

Objawienie importera

Ofertę w resorcie na sprzedaż dużej ilości środków ochronnych dla służby zdrowia złożył Łukasz Guńka, znajomy brata ministra Szumowskiego – świadczą o tym materiały, jakie pozyskali posłowie opozycji w resorcie. Jak pisała „Rzeczpospolita", to on wymieniał maile dotyczące zamówienia, prowadził negocjacje, prosił o pomoc dyplomatyczną rządu polskiego w Chinach, by towar – z trzech lotnisk – mógł bezpiecznie wylecieć do Polski. Takie wsparcie otrzymał. Pisał także, że choć nie ma umowy z ministerstwem, to towar w Chinach zamówił, wykładając „własne, prywatne pieniądze". To niebywałe, bo w tym momencie Guńka nie miał założonej nawet własnej działalności gospodarczej (założy ją jego żona, ale dopiero w dniu podpisania umowy z ministerstwem, gdy towar z Chin jest już w rządowym magazynie). Nie wiadomo więc, w jakiej roli przed ministerstwem występował. Tym bardziej że firmanctwo (działanie jednej osoby pod szyldem i firmą innej osoby) jest przestępstwem skarbowym.

W piątek po południu redakcja „Rzeczpospolitej" otrzymała oświadczenie prawnika spółki Igloo, który twierdzi, że to ona była importerem masek dla lekarzy, które Ministerstwo Zdrowia zamówiło od trójki kontrahentów. Spółka Igloo to polski producent chłodziarek, firma rodzinna Przemysława Włodarczyka z ConsultingPW (firma ta była jednym z trzech kontrahentów resortu).

„Spółka ta posiada doświadczenie i trudni się handlem na rynkach azjatyckich, w tym w Chinach – współpracuje ze wschodem w zakupach i sprzedaży różnych towarów ponad 20 lat. To firma Igloo z o.o. zgłaszała towar do oclenia, jak również posiadała odpowiednią zdolność finansową do realizacji takiej transakcji" – głosi oświadczenie mec. Piotra Danka reprezentującego Igloo. Prawnik zapewnia, że „sprowadzony przez tę spółkę towar posiadał wszelkie oryginalne badania i certyfikaty".

Cena rośnie

Zapytaliśmy Ministerstwo Zdrowia, czy to rzeczywiście ta spółka sprowadziła maseczki do Polski i czy Łukasz Guńka oraz dwóch pozostałych kontrahentów działali w imieniu spółki Igloo? A jeśli tak, to dlaczego tej spółki nie wymieniono w zawiadomieniu do prokuratury, skoro to ona bierze na siebie odpowiedzialność za jakość towaru i atesty?

Jeśli prawdą jest, że to zupełnie inny podmiot sprowadził wątpliwej jakości maski, to powstaje pytanie, dlaczego sam nie złożył gorącej oferty Ministerstwu Zdrowia, ale zrobił to Łukasz Guńka, którego brak doświadczenia zakwestionowało CBA, wydając mu „negatywną rekomendację" (mimo to resort zrealizował zamówienie, bo – jak przyznał w wywiadzie w „DGP" minister Szumowski – był to czas, kiedy kupiłby towar „od samego diabła"). Prawnik spółki nie odpowiedział we wtorek na nasze pytania w tej sprawie.

To nie koniec kontrowersji. Igloo przyznaje, że sprzedało towar do spółki powiązanej z nią kapitałowo (i rodzinnie) „jako spółki zajmującej się dystrybucją i sprzedażą". Z analizy faktur między podmiotami wynika, że cena towaru wzrosła 2,5-krotnie. Dlaczego to takie ważne? Bo przerzucając maski z podmiotu do podmiotu, wzrastała ich cena, w efekcie resort zapłacił 45 zł za sztukę.

– W postępowaniu będziemy badać, kto odpowiada za wprowadzenie w błąd Ministerstwa Zdrowia, czy to chiński producent przedstawiał sfałszowane certyfikaty, co wiedzieli oferenci i dlaczego w sprzedaży uczestniczył łańcuszek firm. Trzeba przeanalizować także, czy nie pompowano sztucznie ceny np. w ramach zmowy cenowej – mówi nam jeden ze śledczych.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA