fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Konflikty zbrojne

Prośby o pomoc i nieustająca ofensywa

AFP
Po prawie półtora miesiąca wojny o Karabach Armenia domaga się od Rosji określenia, kiedy zainterweniuje na jej korzyść. Ale Kreml nie chce się angażować.

– Chcę, by do strefy konfliktu zostały skierowane rosyjskie siły rozjemcze – oświadczył premier Armenii Nikol Paszynian.

Jednocześnie zażądał od Moskwy „pilnych konsultacji" na temat „rodzajów i wielkości pomocy", jaką może ona zaoferować, by „zapewnić bezpieczeństwo" Armenii. Ale rosyjskie ministerstwo spraw zagranicznych już odpowiedziało, że skonsultuje się dopiero wtedy, gdy zostanie zagrożone terytorium Armenii.

Czytaj także:

Walki toczą się bowiem w rejonach formalnie należących do samego Azerbejdżanu, zajętych do 1993 roku przez oddziały ormiańskie walczące o niepodległość Górskiego Karabachu. Ten ostatni, choć ormiański, formalnie był rejonem autonomicznym w Azerbejdżanie.

Próbując wymusić rosyjską interwencję, Erywań zaczął rozpowszechniać informacje, że azerskie oddziały ostrzeliwują rosyjskie posterunki graniczne. Rosjanie nadzorują granice Armenii z Turcją i Iranem – do tych ostatnich oddziałów zbliżyli się Azerowie, wypierając Ormian z terenów między Karabachem a granicą irańską. Ale informacje o ostrzale dementowała nawet rosyjska ambasada w Erywaniu.

– Wykluczam rosyjską interwencję wojskową. Azerbejdżan jest zbyt ważny dla Rosji, by rozpętywać wojnę z nim i z Turcją – powiedział rosyjski emerytowany generał Jewgienij Bużinski, były szef wydziału współpracy międzynarodowej ministerstwa obrony. – Nie ma żadnego powodu do interwencji – dodał.

Armenia posiada rosyjskie gwarancje bezpieczeństwa w ramach Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (ODKB) – Azerbejdżan do niej nie należy – a na jej terenie znajduje się rosyjska baza wojskowa. Jednak Moskwa cały czas twierdzi, że nie ma podstaw do interwencji w ramach ODKB, gdyż walki toczą się na terenach formalnie należących do Azerbejdżanu, gdzie przeciwnikiem Baku (znów formalnie) są tylko Siły Obrony Górskiego Karabachu, a nie armeńska armia.

– Sam Górski Karabach i jeszcze siedem rejonów Azerbejdżanu znalazło się pod kontrolą Armenii. To dobrze czy źle? – pytał niedawno filozoficznie prezydent Putin. W końcu stwierdził: - Należy rozmawiać o możliwości przekazania Azerbejdżanowi pięciu plus dwóch rejonów, z zabezpieczeniem określonego reżimu strefy Karabachu.

Jednak prezydent Azerbejdżanu Ilham Alijew jako cele obecnej ofensywy wyznaczył „powrót Azerów na wszystkie tereny, na których żyli", a to oznacza że i do Górskiego Karabachu. Wyklucza to jednak szybkie zakończenie walk. Jednocześnie turecki prezydent Recep Erdogan zaproponował rozpoczęcie rozmów pokojowych w formacie 2+2: USA i Francji (jako członków Grupy Mińskie,j próbującej od ćwierć wieku rozwiązać problem Karabachu), Rosji jako „adwokata" Erywania, i Turcji reprezentującej Baku.

„Jakiekolwiek przejście (Rosji – red.) od roli arbitra, przynajmniej formalnie dystansującego się od obu stron konfliktu, do reprezentanta i obrońcy jednej strony – czyli Armenii – nieuchronnie naruszy rosyjskie pozycje w Azerbejdżanie" – przestrzegł politolog Andriej Nikulin.

Gdyby Rosja się na to zdecydowała, to przekazanie siedmiu rejonów Azerbejdżanowi poderwie pozycje Rosji również w Armenii, gdyż „Paszynian zrzuci odpowiedzialność za to na Moskwę". „Zostaniemy ze wszystkimi problemami i guzami na głowie jako rodzaj kozła ofiarnego uczestników konfliktu" – dodał.

Ale południowemu Kaukazowi zaczynają przyglądać się również Amerykanie, prowadzący rozmowy w sprawie zakończenia konfliktu. A to może zmusić Rosję do energiczniejszych działań.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA