fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Konflikt na Ukrainie

Pieć lat po aneksji: Impreza Władimira Putina na Krymie

Sewastopol, 16 marca. Parada najgorliwszych zwolenników rosyjskiej aneksji Krymu
AFP
Pięć lat temu Rosja zaanektowała ukraiński półwysep i rzuciła wyzwanie całemu cywilizowanemu światu.

W poniedziałek prezydent Władimir Putin udał się na Krym, by uczestniczyć w obchodach piątej rocznicy „ponownego zjednoczenia półwyspu z Rosją". Wieczorem miał wygłosić przemówienie w Symferopolu, zapowiedziano huczne uroczystości i fajerwerki.

Czytaj także: Ambasador z ambicjami gubernatora

18 marca 2014 r. na Kremlu ogłoszono decyzję dotyczącą „przyłączenia półwyspu" i tym samym Kreml rozpoczął kolejną zimną wojnę z Zachodem.

Miliardowe straty

Rosyjskie media ciągle podkreślają to, że decyzja na Kremlu nie zostałaby ogłoszona 18 marca bez „ludowego referendum", które odbyło się na półwyspie dwa dni wcześniej. Kremlowskie ośrodki socjologiczne podały nawet, że aż 89 proc. mieszkańców Krymu ponownie zagłosowałoby za „zjednoczeniem".

Coraz mniej się mówi o uzbrojonych po zęby „zielonych ludzikach", które swojego czasu sprawnie zajęły wszystkie budynki rządowe, dworce, drogi dojazdowe i zablokowały ukraińskich wojskowych w jednostkach. Od kilku lat Kreml już nie ukrywa, że była to dobrze zaplanowana operacja sił specjalnych.

Do dzisiaj wyników tej operacji nie uznaje społeczność międzynarodowa, a Rosja została obciążona sankcjami. Bloomberg Economics szacuje, że z tego powodu Moskwa w ciągu pięciu lat straciła już ponad 150 mld dolarów. „Zjednoczenie" odczuli szeregowi Rosjanie dotknięci niepopularnymi reformami rządu, m.in. podwyższeniem wieku emerytalnego i VAT.

Z najnowszego sondażu związanej z władzami Fundacji Opinii Publicznej (FOM) wynika, że jedynie 39 proc. Rosjan uważa, iż aneksja Krymu była korzystna dla kraju (w 2015 roku – 67 proc. ).

– Z punktu widzenia materialnego to nie było najlepsze przedsięwzięcie, ale wtedy myślało się o czymś zupełnie innym. Obalenie Janukowycza oznaczało upadek wieloletniej polityki Rosji wobec Ukrainy od 1992 roku. Trzeba było szybko reagować, by pokazać, że to nie jest koniec. Po drugie, głównym motywem było zachowanie strategicznej wojskowej obecności na Krymie. Gdyby półwysep został w granicach Ukrainy, nowe władze w Kijowie rozwiązałyby porozumienie dotyczące stacjonowania tam Floty Czarnomorskiej – mówi „Rzeczpospolitej" Fiodor Łukjanow, szef wpływowej rosyjskiej Rady ds. Polityki Zagranicznej i Obronnej. – Udało się też powstrzymać ekspansję NATO na Wschód i uniknąć wielkiej wojny na całym europejskim kontynencie – twierdzi.

Wielka baza wojskowa

Tuż przez aneksją na półwyspie rozpoczęła się ogromna kampania propagandowa, wydrukowano setki tysięcy ulotek zatytułowanych „Gorzej nie będzie! Będzie lepiej!". Obiecano kilkakrotny wzrost pensji i emerytur.

Nikt wtedy nie uprzedzał, że mieszkaniec Krymu np. nie będzie mógł pojechać za granicę i że żadna ambasada nie wklei do jego paszportu wizy. – Wzrosły pensje i emerytury, ale kilkakrotnie wzrosły też ceny na wszystkie towary i usługi. Moi znajomi narzekają, że na półwyspie żyje się teraz znacznie gorzej – mówi „Rzeczpospolitej" Anna Andrijewska, ukraińska dziennikarka, która po aneksji przeprowadziła się do Kijowa. – Półwysep przekształcono w jedną wielką bazę wojskową, nie przestrzega się podstawowych praw człowieka – dodaje.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA