fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Konflikt USA-Iran

Irena Lasota: Od Franciszka Ferdynanda do Kasima Sulejmaniego

AFP
Siedzę nad białą kartką papieru (co oczywiście jest przenośnią, bo gapię się w komputer) i oceniam plusy i minusy rozmowy w radiu i pisania felietonu. Zazwyczaj nie lubię słuchać siebie w radiu, mówię za szybko i nie zawsze gramatycznie, nie stawiam przecinków albo stawiam je w złym miejscu i post factum żałuję, że czegoś nie powiedziałam, i przede wszystkim, że coś powiedziałam.

Kiedyś, bardzo dawno temu, gdy jako „freelancer" współpracowałam z Radiem Wolna Europa, lubiłam sobie zapisać na kartce kilka zdań, które potem wypowiadałam jakby na żywo: „och, proszę państwa, widzę właśnie, jak pod konsulatem PRL zbiera się tłum skandujący »Solidarność«"... Pisałam również felietony, które potem odczytywałam, jak mi się zdawało, tak, jakbym zastanawiała się nad każdą myślą. Bardzo lubiłam też sama edytować swoje audycje i wywiady, które robiłam z ciekawymi ludźmi. Maszyna edytorska miała dwie duże szpule, na których kręciła się taśma z nagraniem, i żyletką można było wyciąć nie tylko głupie zdanie, ale nawet krótkie „eheh".

Dziś, gdy od czasu do czasu dzwoni ktoś z Warszawy, żeby spytać, co słychać w Waszyngtonie, albo jest już późna noc, albo, jak niedawno, siedzę na lunchu w greckiej restauracji w stanie Virginia z Henrykiem Grynbergiem i z żalem muszę odejść od stołu. Olbrzymią zaletą radia jest jednak to, że jeśli nie jest się ważną osobą, od której zależą losy świata, to mało kto zwraca uwagę na szczegóły tego, co się mówi. I mało kto pamięta, co się powiedziało.

Ważnych zresztą rzeczy nie mówi się w radiu ani w telewizji, ale pisze się na Twitterze. Pisanie ma wiele zalet w porównaniu z radiem. Przede wszystkim ktoś poprawia moje przecinki (mam nadzieję). Poza tym sama wybieram temat – z czym czasami mam trudności – i sama mogę ciąć to, co mi się nie podoba, lub – po przeczytaniu – dodać coś, co ominęłam. Dziś wieczorem jednak miotam się między radiem i felietonem. Za kilka minut zadzwoni redaktor Krzysztof Skowroński z Radia WNET i spyta, co dzieje się w Waszyngtonie, a niedługo potem mam odesłać ten tekst do Warszawy. Jest wtorek wieczór, środa rano w Warszawie, mój felieton ukaże się w sobotę rano. Iran ostrzelał kilka godzin temu bazy w Iraku, nie ma jeszcze odpowiedzi amerykańskiej i cokolwiek powiem w radiu, może sobie spokojnie zaniknąć wśród setek głosów, które będą dziś bez wytchnienia zajmować się tym tematem.

Mogłabym oczywiście nie wspominać w tym felietonie ani o Iranie, ani o Iraku, ale po całym dniu śledzenia informacji na ten temat nie mogę skupić się na niczym innym. Postaram się więc napisać coś, co nie ulegnie przedawnieniu w ciągu trzech dni, nie będzie ani chybionym przewidywaniem, ani banałem. Więc, po pierwsze, doradzam sceptycyzm, jeśli chodzi o prawo międzynarodowe lub rezolucje ONZ. Prawo międzynarodowe nie jest prawem w sensie kodeksu; jest zbiorem umów międzynarodowych, precedensów, standardów i zwyczajów, zwanych, gdy ja studiowałam, „zwyczajami cywilizowanych państw". W przypadku konfliktów zazwyczaj każde państwo (może z wyjątkiem Korei Północnej) powołuje się na prawo międzynarodowe, które może oznaczać zarówno konwencję genewską, konwencje Międzynarodowej Organizacji Pracy czy rezolucje ONZ, jak i wiele innych dokumentów – czasami podpisanych przez prawie wszystkie państwa, czasami łamanych przez niektóre, a często nieratyfikowanych przez wiele innych.

Jedynym otwartym sceptykiem wobec prawa międzynarodowego jest prezydent Donald Trump, który był szczerze oburzony, że zabrania ono celowego niszczenia obiektów kultury. Dżawad Zarif, minister spraw zagranicznych Iranu, w kilku kolejnych tweetach cytuje zaś wszystkie możliwe prawa i artykuły, które miały pozgwałcić Stany Zjednoczone. Z drugiej strony jedna z kontrolowanych przez rząd stacji telewizyjnych w Iranie oznajmiła właśnie, że jeśli USA odpowiedzą na ostrzelanie baz wojennych w Iraku, Iran ostrzela Dubaj i Hajfę.

Po drugie, należy pamiętać, że największymi ofiarami obecnego konfliktu są Irak (generał Sulejmani został zabity na lotnisku w Bagdadzie), Kurdystan, na terenie którego jest baza w Erbil, i oczywiście Syria.

A po trzecie, nie wiadomo, co będzie dalej. 28 czerwca 1914 roku zabity został w Sarajewie arcyksiążę Franciszek Ferdynand (przez grupę terrorystów, nie przez państwo) i przez następny miesiąc sytuacja mogła pójść w różne strony. Nic nie było jeszcze zdeterminowane. Wiele zależało od tego, co zrobią ludzie i organizmy państwowe.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA