fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Żukowski: Słodki smak trawy

AFP
Novaka Djokovicia bardziej podziwiam za to, jak zniósł wrogość publiczności podczas finału Wimbledonu, niż za samo zwycięstwo.

Serb po niedzielnym triumfie miał pełne prawo okazać swą rezerwę, a nawet gorycz, gdy kibice kolejny raz, gdy grał z Rogerem Federerem, pokazali, że ich serca biją tylko dla Szwajcara.

Nic takiego nie uczynił, poza tym, że tym razem swej radości dał wyraz dość powściągliwie. Nie cieszył się ostentacyjnie po ostatniej piłce, chyba nie tylko dlatego, że był zmęczony, nie wysłał w stronę trybun charakterystycznego pozdrowienia, które ma oznaczać, że dzieli się z widzami swoim sercem. Nie było żadnego spektakularnego gestu, także podczas tradycyjnej pomeczowej uroczystości.

Oczywiście nie można mieć do widzów pretensji, że wybierają sobie idola, jakiego chcą, tym bardziej że Federer zasługuje na szacunek za to, jak gra i jak żyje. Jego tenis to estetyczne wzruszenie, które nie mija pomimo upływu czasu (Szwajcar za miesiąc skończy 38 lat), porównywalny talent w historii tej gry miał tylko Pete Sampras. Wizerunkowo nikt z Federerem nie wygra, jako idol i reklamowy wehikuł pozostanie atrakcyjny jeszcze długo, nawet gdy przestanie grać, bo o jego sile na tym rynku już dawno nie decyduje tylko to, co robi na korcie.

Ale święta trawa Wimbledonu – wierzyłem w to, zakochując się w tenisie wiele lat temu – swą wyjątkowość zawdzięczała także temu, że różniła się od trawy Wembley, gdzie w każdym meczu jesteśmy my i są obcy, których trzeba pokonać, a jeśli zachowują się nie fair (lub nam się tak wydaje), można ośmieszyć, nawet znieważyć, bo taka jest logika futbolowego kibicowania.

Wimbledon to miało być miejsce, gdzie nie oklaskuje się nieudanych zagrań, tylko piękne piłki, gdzie na szacunek zasługuje ten, kto wygrał, i ten, kto pięknie walczył, nawet jeśli nie jest z naszej bajki. Taki miał być cały tenis, ale Wimbledon w szczególności.

Nic z tego nie zostało, w Nowym Jorku podczas US Open i w Paryżu w trakcie Roland Garros przekonaliśmy się o tym już dawno. Teraz w gruzach legła katedra przy Church Road i chyba nikomu to nie przeszkadza, bo uwielbienie dla Federera uzasadnia rezygnację z dobrych manier.

Djoković przy ludziach zachował się godnie i powściągliwie, ale jestem pewien, że gdy już znalazł się sam na sam ze swoimi, miał dodatkową radość, którą zapewniła mu publiczność, bo nie ma satysfakcji większej niż zwycięstwo na wrogiej ziemi, a taką dla Serba był centralny kort Wimbledonu.

Strażnicy świętych ksiąg tego turnieju od lat szczycą się swym konserwatyzmem, wymagają bieli na korcie i ukłonów w stronę królewskiej loży, ale coraz wyraźniej widać, że to już tylko pozory, bo widzowie nie chcą przestrzegać reguł etykiety zalatującej dla nich naftaliną.

Z tego bajecznego finału można zapamiętać wiele fantastycznych zagrań i to, że pierwszy raz od 71 lat Wimbledon wygrał tenisista, który w finale obronił dwa meczbole, ale ja mam w oczach przede wszystkim jedną scenę. Djoković cieszył się dyskretnie, jakby chciał dać do zrozumienia, że wolałby świętować w bardziej sprzyjającym mu towarzystwie, ale przed jednym się nie powstrzymał: jak przy poprzednich triumfach ukląkł, zerwał źdźbło trawy, włożył do ust, przeżuł i poklepał trawnik z czułością.

Wcale bym się nie zdziwił, gdyby ta trawa, o której bezskutecznie walczący o sukces w Londynie Ivan Lendl powiedział, że dobra jest tylko dla koni, miała w tym roku dla Djokovicia wyjątkowo słodki smak.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA