fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze ekonomiczne

Krzysztof Adam Kowalczyk: Idą burze, nie tylko w przyrodzie

Fotorzepa, Robert Gardziński
Skoro piorunochron w postaci gigantycznego programu pomocowego nie uchronił USA przed społeczną burzą, to czy nasz okaże się wystarczająco silny?

Benjamin Franklin, uwieczniony na studolarówce ojciec założyciel USA i zapalony wynalazca, odkrył, że wyładowania atmosferyczne wywołuje różnica potencjałów, czyli napięcie między naładowanymi ładunkiem elektrycznym chmurami burzowymi a ziemią. W połowie czerwca 1752 r. ujarzmił pioruny – wymyślił piorunochron.

Gospodarczy kryzys będący efektem lockdownu wywołuje napięcia, które też mogą skutkować burzą – społeczną. Część pracujących w polskim handlu i usługach nie odzyska już pracy mimo rozmrażania tych branż. Aż 60 tys. etatów w motoryzacji zagrożonych jest zwolnieniami. Kwalifikacje nie bronią przed bezrobociem, gdy kryzys kąsa całe sektory.

Za piorunochron robią u nas cztery tarcze antykryzysowe. Odkładając na bok spór ekonomistów, czy idąc na ratunek gospodarce, można aż tak głęboko zadłużać państwo, warto zauważyć, że – tak jak wynalazek Franklina – tarcze ochronią tylko tych, którzy znajdą się w ich zasięgu. A i wtedy nie w pełni rekompensują skutki kryzysu, zwłaszcza że ekonomiści, np. prof. Witold M. Orłowski, ostrzegają, że prawdziwe tsunami dopiero nadciąga.

Czy samozadowolenie polityków i zachwyty typu „najlepszy program pomocowy w Europie" nie będą potęgować frustracji tych, do których pomoc nie dotarła albo dociera z trudem? Demonstracje przedsiębiorców nie były przecież wyłącznie częścią kampanii wyborczej. Strachu przed niepewną przyszłością nie złagodzą też sny o potędze z megainwestycjami takimi jak CPK czy mocno wątpliwy przekop Mierzei.

Rośnie oburzenie pracowników Poczty Polskiej, która wydała krocie na niedoszłe głosowanie. W maju kuszono ich premiami za roznoszenie pakietów wyborczych, teraz stają w obliczu obniżki wynagrodzeń. Firma została uwikłana w polityczną mission impossible, podczas gdy jej rywale zarabiają krocie na fali przesyłek z e-sklepów.

Rośnie napięcie na Śląsku, gdzie górnicy karmieni mantrą, że „Polska węglem stoi", nagle odkryli, że ich kopalnie położył na łopatki nie unijny Zielony Ład, ale drobny wirus z Chin. Państwowi decydenci nie umieli zapewnić im bezpieczeństwa pracy w czasie pandemii.

Konsumenci mają dysonans poznawczy: słyszą zapewnienia, że inflacja maleje i będzie maleć, ale w rachunkach widzą skok cen żywności. W czasie pandemii koszyk zakupowy Polaków rozmija się z tym używanym do pomiaru inflacji. Co z tego, że paliwo jest o ponad jedną czwartą tańsze niż przed rokiem, skoro przez dwa miesiące nie tankowałem, bo nigdzie nie jeździłem... To wszystko rodzi frustrację.

W czasie kryzysu protesty są nieuniknione i tylko od elit zależy, czy będą to napięcie łagodzić, czy zaostrzać, podsycając emocje i kierując je np. przeciwko mniejszościom, jak ostatnio. Czasem do wybuchu wystarczy tylko iskra. Tak jak w USA, które zmagają się z pandemią, falą bezrobocia, nieobliczalnym prezydentem i dziedzictwem rasizmu. Nie twierdzę, że w Polsce dojdzie do równie gwałtownych wydarzeń, ale skoro w USA, ojczyźnie Franklina, odgromnik w postaci gigantycznego programu wsparcia dla gospodarki nie okiełznał burzy, to czy nasz – hojny, choć znacznie mniejszy – okaże się wystarczająco silny, by chronić przed piorunami?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA