fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kolarstwo

Studnia bez dna

Tao Geoghegan Hart – piąty brytyjski zwycięzca wielkiego touru. Przed nim byli Bradley Wiggins, Chris Froome, Geraint Thomas i Simon Yates
AFP
Tao Geoghegan Hart wygrał Giro d'Italia, a Hugh Carthy stał na podium Vuelta a Espana. To pokazuje, że brytyjskie kolarstwo ma solidne podstawy.

Wszystko zaczęło się od klęski, czyli igrzysk olimpijskich w Atlancie (1996). Tam Brytyjczycy zdobyli tylko jedno złoto i zajęli w klasyfikacji medalowej trzydzieste szóste miejsce. Wyspiarska sportowa duma przyjęła potężny cios, ale zamiast nokautu przyszło otrzeźwienie.

Brytyjczycy zrobili porządki: kupili zagraniczny know-how, zorganizowali system szkolenia oraz podłączyli sportowcom finansową kroplówkę w postaci zysków z narodowej loterii (National Lottery). Cztery lata temu, podczas igrzysk w Rio de Janeiro, wyżej w klasyfikacji medalowej byli tylko Amerykanie. Odpowiedź na pytanie o przyczyny sukcesu jest prosta: „pieniądze". Te trzeba jednak umieć wydawać.

Złoty Londyn

Jednym z beneficjentów zmian, do których doszło w brytyjskim sporcie, było kolarstwo, bo uznano, że na wsparcie zasługują przede wszystkim dyscypliny, które dają podczas igrzysk najwięcej medalowych szans.

Zaczęły więc rosnąć welodromy, gdzie brytyjskich młodzieńców brali w obroty trenerzy z Austrii i Niemiec. Kolarstwo torowe uznano za talizman. To właśnie rywalizacja w londyńskim VeloParku miała być kluczem do sukcesu igrzysk w Londynie (2012). Udało się: gospodarze wygrali siedem z dziesięciu konkurencji, a ósme złoto na szosie dołożył w jeździe indywidualnej na czas były torowiec Bradley Wiggins.

Brytyjczycy postawili zarówno na sport zawodowy, jak i na amatorów. Dziś 2,5 mln mieszkańców kraju jeździ sportowo na rowerze co najmniej raz w tygodniu. Wyniki są spektakularne. Brytyjscy kolarze na igrzyskach w Pekinie, Londynie i Rio zdobyli 38 medali – to więcej niż cała reprezentacja Polski. Sukces był katalizatorem stworzenia grupy zawodowej Team Sky (obecnie Ineos Grenadiers), która miała zdominować rywalizację w Tour de France, czyli najważniejszej kolarskiej imprezie roku.

Jednym z liderów projektu był Dave Brailsford. To on stworzył „marginal gains", czyli filozofię polegająca na szukaniu minimalnych przewag w każdym aspekcie kolarskiego rzemiosła. Chodzi o zebranie wszystkich elementów związanych z jazdą na rowerze i osiągnięciu w każdym choćby 1-proc. poprawy. Suma takich zysków miała przynieść znaczący efekt.

Brailsford dostał pracę w British Cycling i przeprojektował myślenie o sporcie. Był pionierem i szarlatanem, bo na początku XXI wieku wyprzedził swój czas. Zaczął od przemodelowania siodełek w rowerach, aby były wygodniejsze, nacierał opony alkoholem, co poprawiało przyczepność. Prosił zawodników o noszenie elektronicznie podgrzewanych kamizelek, dzięki czemu utrzymywali przed startem optymalną temperaturę mięśni. Używał czujników monitorujących, jak organizm sportowca reaguje na trening. Testował żele do masażu i zatrudnił lekarza, który uczył prawidłowego mycia rąk.

Brailsford określił nawet typ poduszki i materaca, na których mieli spać kolarze, a wnętrze autobusu kazał pomalować na biało, aby sprzątającym łatwiej było wychwycić najmniejsze drobiny kurzu. Olbrzymie pieniądze i wielka idea przyniosły sukcesy. Dwa sezony temu trzech Brytyjczyków (Chris Froome, Geraint Thomas, Simon Yates) wygrało trzy wielkie toury, a w latach 2012–2019 kolarze Team Sky zwyciężyli w siedmiu z ośmiu edycji Tour de France.

Sukces miał jednak także ciemne strony. British Cycling od lat działa w atmosferze oskarżeń o zastraszanie i dyskryminację. Zyski, o których mówił Brailsford, też nie zawsze były marginalne i uczciwe.

Wątpliwości

W sprawach dopingowych kolarze Team Sky nadużywali wyłączeń do celów terapeutycznych (pozwalających np. astmatykom na używanie środków uznawanych za doping), a welodrom w Manchesterze jest zarówno symbolem spektakularnej kariery braci Yates (Simona i Adama), jaki i miejscem, gdzie doktor Richard Freeman miał aplikować swoim podopiecznym plastry z testosteronem.

Poważne dopingowe wątpliwości sprawiły, że na kariery dwóch sztandarowych brytyjskich kolarzy – Bradleya Wigginsa i Chrisa Froome'a – kibice nie patrzą już bezkrytycznie. Nawet w ich ojczyźnie.

Kilka miesięcy temu mogło się wydawać, że na szosie nadchodzi kryzys. Froome zapowiedział odejście z Ineosu, a Brailsford postanowił, że liderem jego zespołu na Wielką Pętlę 2020 będzie Egan Bernal, co miało zwiastować przejęcie panowania w grupie przez Kolumbijczyków. Pandemiczny sezon obrócił jednak przewidywania ekspertów w popiół.

Tour de France okazał się rozgrywką Słoweńców Primoza Roglicia i Tadeja Pogacara. Giro d'Italia zapowiadano jako starcie Gerainta Thomasa z Adamem Yatesem, ale pierwszy poślizgnął się na bidonie i złamał miednicę, a drugiego rozłożył koronawirus. Rzeczywistość zrodziła nową gwiazdę, bo w Ineosie najmocniejszy okazał się Tao Geoghegan Hart, który miał być jedynie pomocnikiem.

25-letni kibic Arsenalu Londyn, który kiedyś przepłynął w sztafecie kanał La Manche, a umiłowanie ciężkiej pracy wziął podobno od ojca budowlańca, walczył o zwycięstwo we Włoszech z Australijczykiem Jaiem Hindleyem, czyli przybocznym Holendra Wilco Keldermana. Obaj po 85 godzinach jazdy i pokonaniu 3350 kilometrów mieli w klasyfikacji generalnej identyczny czas, a losy wyścigu rozstrzygnęła dopiero czasówka.

Nie chciał być praktykantem

Geoghegan Hart jest produktem brytyjskiego systemu szkolenia, ale nie dojrzewał w Ineosie. Wybrał drużynę Belga Axela Merckxa, czyli syna pięciokrotnego zwycięzcy Tour de France, z którym pracował w Kanadzie. Dziś mieszka w Andorze, podobnie jak Carthy.

Ten ostatni, bohater Vuelty, odrzucił kiedyś ofertę Brailsforda, bo nie chciał być praktykantem w wielkiej ekipie. Jechał do Hiszpanii jako żołnierz Kolumbijczyka Daniela Martineza, a po jego wypadku wybił się na niezależność. Wielbiciel snookera i pubów sportowych wdrapał się na podium po wygraniu etapu z metą na Alto de l'Angliru. To przełęcz z podjazdem o fragmentach przypominających ścianę, gdzie trudno wejść, a co dopiero wjechać rowerem.

Hiszpan Alberto Contador zobaczył w nim nawet faworyta wyścigu. I niewiele się pomylił, a może za rok okaże się, że miał rację.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA