Katastrofa smoleńska

#RZECZoPOLITYCE Artymowicz: Podkomisja? Dorabiający emeryci

rp.pl
Pan Macierewicz lubi udawać, że członkowie podkomisji to słynni światowi naukowcy. W rzeczywistości to emigranci dorabiający do emerytury z pieniędzy polskiego podatnika - mówił dr hab. Paweł Artymowicz, astrofizyk z Uniwersytetu w Toronto

- W tupolewie nie doszło do wybuchu ani trotylu, ani żadnej nowej bomby, o której się dowiedziała publiczność. Wiadomo to z danych z rejestratorów, świadków i badań, również ciał ofiar - mówił  Artymowicz.

Profesor tłumaczył, że na taśmach nie słychać wybuchów, gdyż do nich nie doszło.

- Dążenie do udowodnienia, że w tupolewie nastąpił wybuch jest pozamerytoryczne - uważa Artymowicz, według którego w dowodach przedstawionych przez podkomisję smoleńską "trudno znaleźć logikę".

Artymowicz udowadniał, że wybuch bomby termobarycznej zostawiłby ślad w płucach i bębenkach ofiar, a takich śladów podczas sekcji nie stwierdzono. Wybuch, który rozsadziłby kadłub samolotu, byłby słyszalny na lotnisku, a tego nie zeznali świadkowie - mówił profesor. Tłumaczył, że błyski, które widzieli świadkowie, wynikały ze spalania resztek paliwa. - Gdyby wybuchła bomba paliwowa, bardziej niszcząca niż bomba trotylowa, byłoby to widoczne na szczątkach - zapewnił.

- Członkowie zespołu Macierewicza ekscytowali się tym, że żołnierz rosyjski wybijał kijem okno. Gdyby wybuchała bomba, to ona by je wybiła - mówił Artymowicz, według którego nie było to niszczenie dowodów, a jedynie przygotowanie do transportu wraku do hangaru.

Astrofizyk stwierdził, że dziwił go brak inicjatywy zespołu Macierewicza do  tzw.  fact finding mission - wyjazdu na miejsce katastrofy. -  Jeśli to była komisja, która miała wyjaśnić tę katastrofę, dziwne, że zespół w tym celu powołany w ciągu 6 lat nie pojechał do smoleńska i choćby nie zrobił zdjęć - mówił gość Jacka Nizinkiewicza.

Artymowicz tłumaczył, że pień brzozy, w rzeczywistości kilkutonowa kłoda, mogła złamać skrzydło samolotu, na którym blacha jest cienka.

- Najważniejsze są dowody rzeczowe. W śledztwie polskim wszystkie dowody rzeczowe zostały zebrane i opisane. Podkomisja od ponad roku miała do nich dostęp. Nie jest zadaniem podkomisji robienie disneyowskiej animacji, kreskówki. To jest wielka klęska podkomisji. Wszyscy, którzy wierzyli w zamach i którzy nie wierzyli, ufali, ze komisja przedstawi dowody, o których mówiono przez 6 lat. Nie udowodniono żadnego z nich, a wystąpiono jedynie z kolejną bajką z gatunku fantasy - mówił Artymowicz. - Wybuch bomby termobarycznej to czysta fantazja.

Paweł Artymowicz jest zdania, że wśród członków podkomisji nie ma dla niego partnerów do rozmowy - zarówno w kwestii fizyki, jak i procedur lotu. - Tam jest bodaj dwóch specjalistów od wytrzymałości materiałów, którzy nie znają się na lotnictwie. Jestem pilotem amerykańskim i kanadyjskim. Członkowie komisji nie zdają sobie sprawy z tego, jak śmieszne jest czasami to, co mówią. Większość z członków podkomisji to emigranci, nie są członkami polskich uczelni, w większości to emeryci, którzy dorabiają do emerytury z polskich podatków - argumentował gość programu.

- Podkomisja robi Polakom wodę z mózgów. To nie fair także wobec rodzin. Wmawianie, że bliscy tych rodzin zginęli w jakimś tajemniczym spisku, jest moralnie nie OK. Myślę, że pan Macierewicz nie mógł po prostu znaleźć do podkomisji nikogo innego. Wśród polskich naukowców są wybitni specjaliści, ale oni  nie chcieli z Macierewiczem współpracować - mówił Artymowicz.

Gość Jacka Nizinkiewicza przyznał, że zaangażował się w badanie katastrofy dopiero po roku, kiedy się zorientował, że to, co wie z dziedziny fizyki, może być pomocne w wyjaśnieniu katastrofy. Uważa, że to stosunek pracy decyduje o tym, że specjaliści pracujący w LOT lub innych państwowych instytucjach mają mniej lub bardziej oficjalny zakaz wypowiadania się na ten temat. -  Zapewne po mojej ostatniej wypowiedzi zostanę uznany za "eksperta PO", ale zapewniam, że jestem niezależny - mówił profesor.

 Artymowicz uznał, że winę za katastrofę ponoszą braki w wyszkoleniu polskich pilotów.

- Błąd człowieka. Ale fakt, że nie przestrzegano przepisów, był spotykany w 36. Pułku. Chciałbym, żeby podkomisja smoleńska zbadała, czy polscy piloci mieli szkolenia z rosyjskiej frazeologii podejść - jeśli nie, to brak wyszkolenia zaprowadził ich w pułapkę. Mogli rozumieć, że rosyjscy kontrolerzy zezwalają na lądowanie. Ci z kolei wydali odpowiednie polecenia - ale za późno. Popełnili również błędy, ale z punku widzenia prawnego nie można im udowodnić intencyjnego postępowania - uważa fizyk. - O tym jednak już mówiła komisja Millera.

Artymowicz uważa, że przede wszystkim lot prezydenckiego Tupolewa w ogóle nie powinien się rozpocząć - na tak źle wyposażone lotnisko i w tak złych warunkach pogodowych samolot w ogóle nie powinien startować ani na nim lądować.

- Nie wyciągnięto żadnych wniosków z katastrofy w Mirosławcu. Mówiono wówczas o "braku szczęścia". Za katastrofę winę ponoszą ci, którzy odpowiedzialni byli za szkolenie pilotów w 36. pułku - powtórzył Artymowicz.

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL