fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Handel

Koniec chemii z Niemiec. Bruksela bierze się za jakość

Rynek w Świebodzicach: szary mur, persilowa tęcza
Forum, Marek Suchecki
UE nie zakazała wprost podwójnych standardów jakości chemii czy żywności. Ale dała konsumentom podstawę do skarg.

Parlament Europejski przegłosował wczoraj pakiet przepisów chroniących konsumenta. Ich elementem jest uznanie marketingu produktów różnej jakości, pod tą samą nazwą i w identycznym opakowaniu, za praktykę wprowadzającą konsumenta w błąd. Jako taka może ona być zaskarżona, a w konsekwencji firma zapłaci wysoką karę finansową. Jednak proces dochodzenia do tego etapu jest dużo bardziej skomplikowany, niż chcieliby najwięksi obrońcy konsumentów.

Podwójna jakość produktów nie zniknie całkiem z rynku

Projekt przepisów dotyczących podwójnej jakości produktów zrodził się w Komisji Europejskiej w reakcji na skargi płynące z Europy Środkowo-Wschodniej, a w szczególności z trzech krajów: Czech, Słowacji i Rumunii. Tamtejsi politycy i aktywiści alarmowali, że te same opakowania produktów, przede wszystkim żywności, ale też np. chemii gospodarczej, zawierają w różnych krajach różne składniki.

Z reguły, twierdzili oni, w Europie Zachodniej są to produkty wyższej jakości, a we wschodniej części kontynentu – niższej. A więc np. paluszki rybne w Niemczech mogą zawierać 40 proc. mięsa ryby, a w Czechach tylko 30 proc. Albo maślane herbatniki w Niemczech będą miały w składzie masło, a na Słowacji margarynę. Podawano też znany w Polsce przykład, jakoby proszki do prania zawierały mniej substancji aktywnych, czego efektem są popularne w naszym kraju punkty sprzedaży chemii gospodarczej z Niemiec. I nawoływano do zakazania tej praktyki wprost. Czyli pod tą samą nazwę w każdym kraju musiałby się kryć dokładnie ten sam produkt.

– To było po prostu niemożliwe – mówi nieoficjalnie nasz rozmówca w Brukseli znający kulisy negocjacji. Przeciw było wiele państw UE, a także eurodeputowani z grup bardziej liberalnych w myśleniu o gospodarce. Dla nich niezrozumiałe jest, dlaczego urzędnicy mieliby dyktować producentom, co mają umieszczać w opakowaniach. Bo trzeba pamiętać, że składy produktów, choć czasem zróżnicowane, były jednak zgodne z unijnymi i krajowymi przepisami. W niektórych państwach nazwa „ciasteczka maślane" wymagała w składzie masła, w innych nie. Rzekomo inny skład proszków do prania miał być spowodowany innymi lokalnymi zwyczajami: jedni sypią proszku mniej, inni więcej. Czasem różnica bierze się z tego, że po prostu w produkcji w danym kraju używa się lokalnych składników. Niektórzy podejrzewali, że producenci używają gorszych składników na rynkach biedniejszych, żeby obniżyć cenę. Oni sami nigdy jednak nie podnosili tego argumentu. Po pierwsze dlatego, że nigdy nie chcieli przyznać, że oferują różną jakość w różnych krajach. Po drugie, faktycznie czasem ceny na Zachodzie były niższe niż na Wschodzie. M.in. dlatego, że porównywano małe rynki Europy Środkowo-Wschodniej z największym rynkiem w UE – Niemcami, gdzie panuje duża konkurencja. Pełnego obrazu sytuacji jednak nie ma, bo ogólnounijne badanie nie jest jeszcze gotowe. Dostępne są efekty prac cząstkowych, dokonywanych właśnie przez przedstawicieli skarżących się krajów, którzy porównywali produkty w swoich supermarketach z tymi za granicą, przede wszystkim w Niemczech i Austrii.

W nowym prawie nie ma wprost zakazu wprowadzania na różne rynki pod tą samą nazwą i w tych samych opakowaniach produktów różniących się składem. Ale taka praktyka jest uznana za wprowadzającą klienta w błąd. Innymi słowy konsument może złożyć skargę do krajowego urzędu antymonopolowego, jeśli uważa, że został oszukany. I urząd będzie oceniał każdy przypadek z osobna. Jeśli dojdzie do wniosku, że nie ma racjonalnego i akceptowalnego wytłumaczenia dla różnej jakości produktów, że to praktyka rozpowszechniona i dotycząca kilku krajów, to może nałożyć na firmę karę sięgającą nawet 4 proc. wartości obrotów na danym rynku.

– Dobrze, że taka praktyka jest uznana za wprowadzającą klienta w błąd. Źle, że nie jest wprost zakazana – mówi „Rzeczpospolitej" Sebastian Pant, rzecznik europejskiej organizacji konsumenckiej BEUC. Uważa on jednak, że w obecnej sytuacji lepsze to niż nic. Brak kompromisu oznaczałby bowiem odłożenie pakietu na później na minimum pół roku, a może nawet rok czy dwa lata. Bo ten tydzień to ostatnia sesja plenarna Parlamentu Europejskiego w obecnej kadencji.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA