fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Handel

Rząd ustalił ceny maksymalne. Dobry pomysł, lecz niewykonalny

W efekcie epidemii wiele sklepów, zwłaszcza mniejszych, zamknęło podwoje. Pozostałym trudniej będzie podnosić ceny. Nowe przepisy mają chronić konsumentów.
Fotorzepa, Robert Gardziński
Tarcza antykryzysowa daje rządowi specjalne uprawnienia do ustalania cen maksymalnych. Ma to zapobiegać spekulacjom, ale w praktyce może być niebezpieczne dla sprzedawców i producentów.

W dużym pakiecie antykryzysowym, który od 1 kwietnia wszedł w życie, znalazły się też przepisy, które mają chronić konsumentów przed nadmiernym wzrostem cen i innymi nieuczciwymi praktykami.

Ochrona ma polegać na tym, że minister rozwoju, czyli Jadwiga Emilewicz, w porozumieniu z ministrem zdrowia oraz ministrem rolnictwa, będzie mógł w drodze rozporządzenia ustalić maksymalne ceny lub maksymalne marże w handlu hurtowym lub detalicznym.

Czytaj także: Koronawirus: Polacy boją się pustych sklepów i wyższych cen

Przeciw spekulantom

– Co do zasady taki przepis pojawił się w odpowiedzi na zapotrzebowanie społeczne, czyli skargi konsumentów, którzy rzeczywiście mogli się spotkać ze wzrostem cen. Ma więc zapobiegać spekulacjom – komentuje Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Idea słuszna, ale wprowadzenie takiego instrumentu w życie może być praktycznie niemożliwe. Bo nie mamy choćby aparatu państwowego, który mógłby wyłapać wszystkie przypadki albo obiektywnie ustalić, czy doszło do nadmiernego wzrostu cen, czy może jednak nie – podkreśla.

– Specjalne uprawnienia dla minister w zakresie regulacji cen mogą oznaczać możliwość ręcznego sterowania cenami rynkowymi. Tak duża ingerencja w relacje gospodarcze co do zasady może być szkodliwa – uważa też Aleksander Łaszek, główny ekonomista Forum Obywatelskiego Rozwoju.

Urzędowe cenniki?

Obawy ekspertów wynikają m.in. z tego, że przepisy są bardzo ogólne i niejasne. Nie jest np. dokładnie ustalone, jakie produkty mają podlegać kontroli urzędniczej. W ustawie mowa o towarach lub usługach „mających istotne znaczenie dla ochrony zdrowia lub bezpieczeństwa ludzi, lub kosztów utrzymania gospodarstw domowych". Może więc chodzić o farmaceutyki, leki, maseczki, rękawiczki ochronne czy płyny dezynfekujące, na które popyt – a razem z nim ceny – rzeczywiście gwałtownie wzrósł.

Ale w kategorii produktów istotnych dla „kosztów życia gospodarstw domowych" może się już znaleźć choćby cała żywność (np. chleb, warzywa, mięso itp.), środki higieny osobistej (np. papier toaletowy, mydło, szampon) czy nawet różnego rodzaju usługi (np. dostawy internetu czy czynsz).

Uderzenie w maseczki

Z zapisów ustawy trudno też wyczytać, co ma być uznawane za nadmierny wzrost. Przepisy mówią jedynie, że w odpowiednim rozporządzeniu można wziąć pod uwagę „wysokość cen w okresie poprzedzającym wprowadzenie stanu zagrożenia epidemicznego, a także uzasadnione zmiany kosztów produkcji i zaopatrzenia". Trudno więc powiedzieć, czy wzrost ceny danego produktu o 20 proc. będzie już przesłanką nałożenia cen regulowanych, czy będzie on musiał zdrożeć o 100, a może o 1000 proc.?

– To będzie ustawa bardzo trudna do wprowadzenia w życie – komentuje też Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole Bank Polska. – Przede wszystkim należałoby udowodnić, że wzrost ceny jest efektem próby nieuczciwego wykorzystania sytuacji. Tymczasem produkty mogą drożeć m.in. ze względu na brak podaży surowców czy wzrost kosztów produkcji, dostaw lub kosztów pracy – zaznacza Borowski. – A jeśli rząd chce walczyć ze wzrostem cen środków ochrony zdrowia, to niech natychmiast zleci uruchomienie produkcji tych środków. Nie rozumiem, dlaczego tego dotychczas nie zrobiono – dodaje ekonomista.

– Jeśli produkcję maseczek czy płynu dezynfekującego zaczyna firma, która dotychczas tego nie robiła, to ceny mogą być wyższe niż w przypadku firmy już doświadczonej – zauważa Aleksander Łaszek. – Nowe rozwiązania mogą więc zablokować produkcję czy import tak potrzebnych obecnie środków ochronnych – ostrzega ekonomista.

– Odnoszę wrażenie, iż cała ta ustawa ma na celu uspokojenie konsumentów i zapewnienie, że rząd czuwa nad sytuacją. I być może odstraszy potencjalnych spekulantów. Mam nadzieję, że tak się stanie i nie będzie ona stosowana w praktyce, bo po prostu sobie tego nie wyobrażam – dodaje Soroczyński.

Kary za złamanie zakazu

Inicjatorem przepisów o cenach maksymalnych jest Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

W połowie marca prezes UOKiK Tomasz Chróstny, alarmował, że do urzędu docierają sygnały o rażącym podwyższaniu cen niektórych produktów żywnościowych i artykułów higienicznych, a także o stosowanych na rynku marżach „naruszających zasady współżycia społecznego". Zgodnie z zapisami tarczy antykryzysowej sprzedawcy i producenci mają zakaz stosowania w obrocie na terytorium Polski cen lub marż wyższych niż ustalone w rozporządzeniach resortu rozwoju. Kontrolę nad stosowaniem się do zakazu mają sprawować Inspekcja Farmaceutyczna, Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych, Inspekcja Sanitarna oraz Inspekcja Handlowa. Za jego złamanie grozi kara od 5 tys. zł do 5 mln zł.

Opinia dla „rzeczpospolitej"

Łukasz Bernatowicz, ekspert Business Centre Club

Nowe przepisy mają nie dopuścić do sytuacji, by ktoś zbijał majątek na nieszczęściu czy podbijał ceny w sposób nieuzasadniony. Można zrozumieć takie podejście, zwłaszcza w kontekście problemów z cenami i dostępnością środków ochrony zdrowia. Jednak z zapisów ustawy nie wynika wprost, że kontrola cen nie rozleje się na całą gospodarkę ani kiedy się skończy.

Jest to odejście od zasad wolnego rynku, w krajach gospodarki wolnorynkowej w zasadzie niedopuszczalne. Chyba że sytuacja jest nadzwyczajna. I oczywiście obecnie mamy sytuację nadzwyczajną. Rząd udaje, że tak nie jest, ale bocznymi drzwiami wpycha rozwiązania przystające do stanu klęski żywiołowej czy stanu wyjątkowego.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA