fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Finanse

Przyszłość bankowości to wirtualny pieniądz

123rf.com
Wszystko wskazuje na to, że przyszłość bankowości musi przestać opierać się na pieniądzu w fizycznej postaci.

To nie będzie łatwy temat, ale wiele rzeczy w obecnej gospodarce odbiega od tych wymarzonych. Coraz częściej okazuje się, że prawdopodobnym lekarstwem na kłopoty kolejnych transz programów QE, odwrotem od rosnących deficytów budżetowych i jednocześnie receptą na ujemne stopy procentowe może stać się przechodzenie na pieniądz wirtualny.

Zaleca go Andy Haldane, główny ekonomista Banku Anglii. Według niego banki centralne powinny poważnie rozważyć wprowadzenie pieniądza w postaci znanej z Bitcoina, ale bez tworzenia nowych walut. Mogą pozostać te same, jednak bez fizycznej postaci. Jaki cel przyświeca zatem tej idei?

Przykład płynie z Japonii. W kraju kończą się od pewnego czasu banknoty. Najbardziej brakuje tych o nominale 10 tysięcy jenów. Bank Japonii zamierza dodrukować dodatkowe 180 mln ich sztuk. Musi, bo większość dotychczasowych mieszkańcy kraju zdążyli pochować w domach, sejfach oraz meblach. Znane są przypadki wypełniania domowych sprzętów banknotami tak profesjonalnie, że następnie po śmierci właścicieli pieniądze idą na przemiał wraz z niepotrzebnym fotelem lub komodą. Od 2010 roku bank centralny Japonii w ciągu każdego roku fiskalnego wypuszcza na rynek ponad miliard wspominanych banknotów, w 2016 musi stworzyć ich o 17 proc. więcej.

Banki stają się mniej atrakcyjne ze względu na ujemne oprocentowanie depozytów. 16 lutego Bank Japonii wprowadził tzw. NIRP (Negative Interest Rate Policy), które najszybciej przekłada się co najwyżej na wzrost liczby kupowanych domowych sejfów. W Europie także obowiązuje taka strategia. Niestety ekonomista Haldane ostrzega przed jej konsekwencjami. Jedną z głównych staje się ZLB, kolejny dziwnie brzmiący akronim.

To "zero lower bound", wycofywanie oszczędności z banków, gdy stopy procentowe lądują poniżej zera. Receptą może stać się rezygnacja z monet i banknotów. Nie będzie czego wycofywać, ludzie nie staną się nadmiernie podejrzliwi, a programy poluzowywania ilościowego będą w stanie uzyskać jakąkolwiek przewagę nad pełzającym kryzysem. Dotychczasowe metody na dłuższą metę okazują się bowiem nieskuteczne.

Pieniądz byłby ten sam, miałby wsparcie rządu, ale nie istniałby w namacalnej postaci. Haldane wchodzi na pole graniczące z ekonomiczną futurologią. Bardziej przypomina to "Bajki robotów" Lema niż gospodarcze wytyczne XXI wieku. Recesja pojawia się coraz częściej i przychodzi niemal co dekadę. Dodrukowywanie w ramach kolejnych poziomów QE nie stymuluje konsumentów tak, jak chcieliby tego ekonomiści, zatem w szaleństwie nowej teorii być może pozostaje jedyny ratunek.

Krach rynku Bitcoinów na japońskiej giełdzie Mt. Gox pokazał, że elektroniczny pieniądz oznacza nowe kłopoty. Równie szybko może zniknąć, jak i się pojawić. Konsekwencje załamania wirtualnego jena czy euro mogłyby wywołać burzę nie do opanowania. Pojawia się koncepcja przekształcenia długu w obligacje zerokuponowe lub nowy rodzaj kart debetowych zawierających środki obywateli na podobnej zasadzie co karty prepaid w telefonach.

Nie wiadomo, czy koncepcja się przyjmie, ale z pewnością przydałaby się prawdziwa debata pełna różnych rozwiązań, także z pogranicza science fiction. Ekonomia musi wznieść się na nowy poziom, to samo dotyczy modelu dochodu, stabilności wynagrodzeń w erze ekonomii współdzielenia oraz braku rozwiązań z wykorzystaniem dotychczasowych środków.

Piotr Kuczyński, główny analityk domu inwestycyjnego Xelion pozostaje sceptyczny do nowej koncepcji - Wirtualne waluty oparte o specjalnych zasadach oprogramowania (czyli wspominane block-chain) robią od pewnego czasu furorę... w mediach. Dużo się o nich pisze i mówi, ale przeciętny zjadacz chleba nie miał z nimi styczności. I długo mieć nie będzie. Nie wierzę też w to, ze takie waluty są lekarstwem na ujemne stopy depozytowe - dodaje Kuczyński i podkreśla - nie ma programu, do którego nie można się włamać. Pierwsze takie włamanie odeśle wirtualne waluty na śmietnik.

Źródło: ekonomia.rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA