Film

"The Disaster Artist": Tajemniczy Polak w Hollywood

Warner
„The Disaster Artist” Jamesa Franco to opowieść o tym, jak powstawał najgorszy film świata. Od piątku na ekranach.

Chyba żaden scenarzysta nie wymyśliłby takiej historii. A rzeczywistość ją napisała. Tommy Wiseau istnieje naprawdę. Wysoki, z długimi czarnymi włosami i wyraźnym, wschodnioeuropejskim akcentem, chciał zostać gwiazdorem w Hollywood. Gdy mu nie wychodziło, wymyślił inną drogę do sukcesu niż przebijanie się przez castingi. Postanowił zrobić film. Sam napisał scenariusz, sam „The Room” wyprodukował, sam go wyreżyserował, sam w nim zagrał.

Nie liczył się z kosztami. Zamiast wynająć kamerę, kupił dwie – cyfrową i 35-milimetrową, później zresztą wykorzystał tylko materiały nakręcone tą ostatnią. Zamiast wykorzystać naturalne plenery, budował całą scenografię. Zanim wyszedł na plan, robił próby z aktorami przez sześć miesięcy. W czasie zdjęć miał czasem na planie prawie 100 osób.

Śmiech z filmu marzeń

Ale zdarzało się, że operator, obserwując jego koszmarną grę, nie wytrzymywał i parskał śmiechem. Jednak reżyser nie przyjmował uwag współpracowników, niezadowolonych wyrzucał. Przyznawał potem, że film jest dokładnie taki, jaki sobie wymarzył: nawet nieostrość obrazu w niektórych scenach została przez niego zaplanowana.

Potem urządził huczną „hollywoodzką premierę”. Na tydzień wynajął salę kinową w Los Angeles, by film spełnił warunek Amerykańskiej Akademii i mógł kandydować do Oscara. „The Room” – historia bankiera, którego żona zdradza z najlepszym przyjacielem – kosztował 6 mln dol., przyniósł z dystrybucji 1800 dol. Film miał potwornie niedobre recenzje, ludzie śmiali się w czasie seansów albo wychodzili w połowie. Na drzwiach do sali powieszono kartkę z informacją, że nie przewiduje się zwrotu pieniędzy za bilet.

A potem stał się cud. Film był tak zły, że stał się... kultowy. Ma swoje fankluby, do dzisiaj odbywają się na całym świecie projekcje. Na jego podstawie powstała gra komputerowa, a przyjaciel reżysera, aktor Greg Sestero, napisał książkę o powstawaniu „The Room”.

Długo nikt nie wiedział, skąd się właściwie Wiseau wziął. On sam nie chciał nigdy mówić o swoich korzeniach. Twierdził, że jest Amerykaninem, jego akcent sugerował jednak co innego. Zagadkę ostatecznie wyjaśnił Rick Harper, który przygotowując dokument „The Room Full of Spoons”, dotarł do kuzyna Wiseau’a w... Poznaniu. Według niego autor „The Room” nazywał się naprawdę Tomasz Wieczorkiewicz i wyjechał z Polski jako młody chłopak.

Studiował aktorstwo na kilku różnych kursach, a nawet w szkole Stelli Adler, ale był i jest nadal koszmarnym aktorem. Nad „The Room” zaczął pracować w 1997 roku. Najpierw miała to być sztuka teatralna, którą chciał wystawić na Broadwayu. Potem zdecydował się na film. W wywiadach mówił, że inspirowali go Orson Welles i James Dean. Tajemnicą pozostaje, skąd miał na ten film pieniądze – te, drobnostka, 6 mln dol.

W swoim dokumencie Harper ujawnił, że Tomasz Wieczorkiewicz rozkręcił interes i przez jakiś czas sprzedawał w Paryżu ptaszki zabawki. Tak ponoć narodziło się jego nazwisko: W od Wieczorkiewicz, a iseau od francuskiego słowa oiseau – ptak. Ale czy handlując ptaszkami, można zarobić tyle, żeby wydać 6 mln dol. na film?

Sam Wiseau twierdzi, że dochody ma z własnej firmy, w której m.in. importował kurtki z Korei Południowej. Niektórzy członkowie ekipy „The Room” podejrzewali, że prał brudne pieniądze. W każdym razie na planie na nic nie brakowało, a Sestero w swojej książce napisał, że za rolę w „The Room” Wiseau zaproponował mu bardzo wysokie honorarium.

Reżyser prowokator

Pięć lat po premierze Wiseau w wywiadzie dla „Entertainment Weekly” powiedział: „Zadaniem reżysera jest prowokować – czy to w dramacie czy w komedii”. Często też powtarza: „Możecie śmiać się, płakać, dyskutować, tylko proszę, nie rańcie się nawzajem”.

Pewnie to samo mogliby powiedzieć inni artyści „najgorsi”, którzy też zyskali wielką sławę. Bo przecież za ich rozpaczliwymi próbami stoją zwykle marzenia i ambicje. Tak jak w przypadku innego „najgorszego reżysera” – Eda Wooda czy „najgorszej śpiewaczki” – Florence Foster Jenkins. Oni też stali się bohaterami filmów – Wood świetnego komediodramatu Tima Burtona, Jenkins – aż dwóch ciekawych produkcji, Stephena Frearsa i Francuza Xaviera Giannoliego.

Wiseau niejako ich wyprzedził, bo film o nim powstał już za jego życia. James Franco sam zagrał tytułową postać, tworząc portret człowieka śmiesznego i żałosnego, ale pełnego marzeń. Szkoda, że nie próbował zbliżyć się do tajemnicy swojego bohatera. Na pewno jednak przypomniał, że za każdą niemal artystyczną próbą, nawet tą nieudaną, stoją czyjeś nadzieje i wysiłek. „The Disaster Artist” jest jednocześnie opowieścią o przyjaźni łączącej Wiseau i Sestera. I czuje się w tym filmie – mimo prześmiewczego dystansu – sporo empatii i ciepła.

Film Franco intryguje publiczność tak jak jego protagonista. I zdobywa laury. Najpierw była Złota Muszla na festiwalu w San Sebastian, potem Złoty Glob dla Franco za najlepszą rolę komediową, ostatnio nominacja do Oscara za adaptowany scenariusz. A po drodze jeszcze mnóstwo innych wyróżnień, głównie za tytułową kreację.

Wyrobnik ekranu

Może zresztą James Franco, który robi kilkanaście filmów rocznie, wie, o czym opowiada. Zbliżając się do czterdziestki, ma na swoim koncie blisko 150 ról i prawie 40 pozycji wyreżyserowanych. Tylko na ten rok zapowiadane są 4 (!) jego własne filmy i 14 (!) takich, w których bierze udział jako aktor.

A Tommy Wiseau? Miewał trudne chwile, na jakiś czas zniknął, dzwoniąc do Sestero, płakał, że „jest w piekle”. Ale wrócił. I pracuje. Razem z przyjacielem wystąpił właśnie w filmie „Best F(r)iends”, podobno przygotowuje też kilka nowych, własnych projektów.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL