fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

"Fale": Kino wielkiej wrażliwości

Grzegorz Zariczny i operatorka Weronika Bilska na planie „Fal”
Kino
Wśród młodych reżyserów pojawiła się indywidualność. „Fale” Grzegorza Zaricznego od piątku na ekranach.

Należy do nowego pokolenia twórców, którzy szturmem weszli ostatnio do polskiego kina. Ma 33 lata i na koncie znaczące sukcesy. Jego dokument „Marysina polana” dostał nagrodę w Krakowie, „Gwizdek” wygrał sekcję filmu krótkiego na najważniejszym festiwalu kina niezależnego Sundance, debiut fabularny „Fale” trafił do prestiżowego głównego konkursu w Karlowych Warach. Ale Grzegorz Zariczny nie jest dzieckiem szczęścia: wszystko wypracował sobie sam. Z niemałym trudem.

– Jestem zwyczajnym chłopakiem ze zwyczajnej rodziny – mówi „Rzeczpospolitej”. – Wyrosłem w podkrakowskiej wsi. Nauka w liceum w Nowej Hucie była dla mnie gigantycznym skokiem, długo czułem się gorszy od kolegów wychowanych w mieście. To prawda, teraz trochę się zbudowałem, ale chcę robić filmy o ludziach, którym świat nie sprzyja. Wyrzuconych na margines, mozolnie walczących o odrobinę szczęścia i powodzenia, z niemałym trudem próbujących uporządkować własne życie.

Bohaterkami „Fal” są dwie dziewczyny. Chcą zostać fryzjerkami, to dla nich szansa na lepsze życie. Należą do tej grupy, która nie załapała się na wielkie przemiany, nie poczuła wiatru w żaglach, nie rozwinęła biznesów, nie wsiadła do autobusów jadących do Londynu. Obie z mozołem budują swój świat.

 

Jednak „Fale” to nie tylko opowieść o trudnym starcie i braku perspektyw. To również film o samotności i nieumiejętności nawiązania bliskich relacji. W swoim środowisku, w rodzinie. Filmowa Kasia wyrosła w biednym domu, z niepracującym ojcem zaglądającym do kieliszka. Rodzice Ani rozwiedli się. Matka potem bardziej dbała o nowego faceta niż o córkę, więc Ania wróciła do ojca. Ale mówi: „Ten telewizor, ta kanapa to nie moje. Mnie się tu nic nie podoba. Wszystko bym zmieniła”. Jakby nie była u siebie. Ma w pamięci razy, które jako dziecko dostawała, gdy ojciec się upił. Teraz mężczyzna się stara, jednak pokonanie bariery obcości i urazów nie jest łatwe. W „Falach” dwie dziewczyny ciągną do siebie, bo szukają namiastki bliskości. Ale dominuje tu poczucie bezsilności.

W „Falach” Zariczny zatarł granicę między dokumentem i fabułą. Pomogła mu w tym świetnymi zdjęciami, pełnymi długich ujęć, operatorka Weronika Bilska. I ten film, może nie bezbłędny, ma w sobie prawdę. Niczego na wyrost nie obiecuje. Ani dziewczynom, ani widzowi. Jak w życiu. A jego zakończenie porusza i zostaje w pamięci.

– Kino nie jest dla mnie terapią, ale przecież próbuję w nim szukać jakichś życiowych strategii – mówi reżyser.

Urodził się w 1983 roku we wsi Kokotów. Dziś to niemal przedmieście Krakowa, jednak 25 lat temu był tu inny świat. Pobudzająca wyobraźnię przyroda, ale też pozostałości po PGR, bieda, mężczyźni tacy jak ojciec Grzegorza, szukający roboty za granicą.

Droga Zaricznego to podstawówka we wsi obok, potem liceum w Nowej Hucie. I geografia na Jagiellonce. Ale nie został nauczycielem. Pisał wiersze, tańczył w zespole Słowianki. W Nowej Hucie chodził do kina i na warsztaty filmowe. Andrzej Wajda, który przypadkiem zobaczył jego etiudki, namówił go, by zdawał do filmówki. Zariczny podjął próbę i się nie dostał. Ale wtedy już się uparł. Rzucił studia, łapał drobne fuchy, żeby zarobić na życie, i przygotowywał się do egzaminów. Po roku zdał na Wydział Radia i Telewizji w Katowicach.

Z perturbacjami skończył studia, tak naprawdę w Szkole Wajdy zrozumiał, czym jest reżyseria.

– Gdyby nie było tej szkoły, nie odnalazłbym się – twierdzi. – Tam Marcel Łoziński, Jacek Bławut, Kasia Kowalczyk powiedzieli mi: „Ty jesteś chłopak spod Wieliczki, rób filmy o swoim świecie”.

I poszło. W „Marysinej polanie” Zariczny podglądał w bacówce położonej wysoko w górach czterech juhasów wypasających owce, przez kilka letnich miesięcy skazanych tylko na siebie. Twarde chłopy gadają głównie o kobietach, a film układa się w opowieść o miłości, zdradzie, tęsknocie. W „Gwizdku” sportretował chłopaka, który przez sędziowanie meczów chce wyrwać się z wiejskiej biedy. Ale szybko zdaje sobie sprawę, że ceną za sukces musi się stać kompromis moralny. Bohaterką dokumentu „Love, love” stała się uczennica fryzjerstwa Kasia Kopeć. To ona zagrała w potem jedną z głównych ról w „Falach”, w drugiej wystąpiła jej koleżanka Ania Kęsek.

Zariczny szuka tematów blisko siebie. To jego siła. W Kokotowie, gdzie mieszka razem z żoną i córką. W Nowej Hucie, która go kiedyś przygarnęła, robi materiały dla kroniki w miejscowej telewizji. Również w ten sposób poznaje dramatyczne ludzkie historie.

Pracuje intensywnie. Realizuje kilka dokumentów, dostał z PISF dofinansowanie na kolejną fabułę „Piecyk”. Dokumentuje film, w którym pierwowzorem bohatera ma być jeden z baców z „Marysinej polany”. W Nowej Hucie spotkał dziesięcioletniego chłopca, który stał się kurierem przenoszącym narkotyki, nie wiedząc o tym. „Chcę stanąć w jego obronie” – mówi, a ja myślę, że takie zdanie usłyszałam kiedyś od jednego z najwspanialszych artystów, jakich znałam – Krzysztofa Krauzego.

Po karlowarskim pokazie „Fal” zagraniczni dziennikarze nazwali Grzegorza Zaricznego „młodym polskim Loachem”. Śmiał się. Ale coś w tym jest. Bo Zariczny ma swoje Nuneaton i podobną jak angielski mistrz wrażliwość społeczną. Taka wrażliwość bardzo jest dziś polskiemu kinu potrzebna.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA