fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Jan Czekaj: Nasz kryzys jest lepszy niż wasz

Bloomberg
Epidemia jest wykorzystywana do poszerzania zakresu własności państwowej, co zagraża długookresowemu, stabilnemu wzrostowi polskiej gospodarki.

Dyskusja nad odwołaniem wicepremiera Jacka Sasina przebiegła według znanego schematu, który od kilku lat jest obecny w polskiej polityce. Zamiast dyskutować o politycznej odpowiedzialności Jacka Sasina usłyszeliśmy znaną melodię. Rządzący zdają się przekonywać obywateli, że w trakcie poprzedniego kryzysu, który wydarzył się za rządów PO, było znacznie gorzej, mimo że jego skala była znacznie mniejsza. Parafrazując znany refren możemy stwierdzić, że rządzący chcą powiedzieć: nasz kryzys jest lepszy niż wasz, gdyż skala obecnego kryzysu oraz podjęte rząd działania w sferze medycznej i gospodarczej przekraczają wszystko, co kiedykolwiek i gdziekolwiek się wydarzyło. To jest kryzys na miarę i oczekiwania dobrej zmiany.

Ten schemat dyskusji ma pozwolić rządzącym osiągnąć dwa ważne cele. Pierwszym jest utrwalenie przekonania, że realizowana od kilku lat polityka gospodarcza, z jej mierzejami, CPK, repolonizacją zapewniła Polsce niespotykany wcześniej okres gospodarczego rozkwitu. Drugim jest stworzenie swego rodzaju alibi na wypadek kryzysu. Rządzący zdają się przekonywać obywateli, że jeżeli Polska wejdzie w ostrą recesją, to nie będzie to wina rządzących, tylko obiektywnych okoliczności, całkowicie niezależnych od obecnej władzy, która nota bene najdzielniej na świecie radzi sobie z przeciwnościami losu.

Zastanówmy się jednak jak ten obraz ma się do rzeczywistości. Propagowany od lat obraz Polski przeżywającej od 2015 roku niebywały rozkwit gospodarczy nie do końca jest prawdziwy. Po pierwsze, tempo wzrostu PKB Polski w latach 2016–2019, jakkolwiek relatywnie wysokie (średnio około 4,4 proc. rocznie), tylko nieznacznie było wyższe niż wieloletnia średnia od początku transformacji do roku 2015 (średnio 4,1 proc. rocznie).

Tempo wzrostu PKB od przejęcia władzy przez PiS wcale nie było najwyższe po roku 1990 – znacznie wyższe przeciętne tempo wzrostu PKB (6,4 proc.) osiągnięto w latach 1994–1997 za rządów SLD/PSL. Po drugie, oznaki spowolnienia w polskiej gospodarce pojawiły się zanim wybuchła pandemia koronawirusa. W kolejnych kwartałach 2019 roku tempo wzrostu PKB spadało i w pierwszym kwartale tego roku byłoby niewiele wyższe, nawet gdyby się koronawirus nie pojawił. Według większości prognoz ta spadkowa tendencja utrzymywałaby się w kolejnych kwartałach 2020 roku. Koronawirus daje rządowi swego rodzaju alibi – pozwala zrzucić odpowiedzialność za nadchodzący kryzys na czynniki niezależne.

Ważnym elementem argumentacji o wyższej skuteczności walki z obecnym kryzysem był argument zaczerpnięty z giełdy. Uzbrojony w wykresy Jacek Sasin wykazywał, że w trakcie poprzedniego kryzysu spadek kursów na warszawskiej giełdzie był głębszy niż obecnie, a przedkryzysowy poziom notowań nie został nigdy osiągnięty. Nie ulega wątpliwości, że są to stwierdzenia prawdziwe. Wicepremier zapomniał jednak dodać, że przez ostatnie ponad cztery lata rządy sprawował PiS i na te rządy spada znaczna część odpowiedzialności za ten stan rzeczy.

Gdybyśmy chcieli mierzyć sukcesy rządów PiS sytuacją na giełdzie, to musielibyśmy wystawić im ocenę negatywną. Aby wyeliminować wpływ kryzysu na notowania giełdowe posłużmy się w tym celu danymi dotyczącymi poziomu indeksu WIG20 od 23 października 2015 roku (ostatnie notowanie przed wyborami parlamentarnymi) do 20 lutego 2020 roku (ostatnie notowania przed ostrymi spadkami kursów w związku z koronawirusem). W okresie tym indeks WIG20 spadł o 0,4 proc.

Pamiętajmy przy tym, że był to okres relatywnie wysokiego wzrostu polskiej gospodarki i dobrej koniunktury w gospodarce światowej, co sprzyja inwestowaniu w krajach rozwijających się i wpływa pozytywnie na notowania giełdowe. Ta dobra koniunktora znajdowała odzwierciedlenie w indeksach giełdowych w różnych krajach, które w większości odnotowały istotne wzrosty. Na przykład indeks giełdy nowojorskiej (NYSE) wzrósł w omawianym okresie o 64 proc., niemiecki DAX o 20 proc., a indeks giełdy londyńskiej o 17 proc. Jeszcze wyższe wzrosty odnotowały giełdy w państwach rozwijających się. Indeks giełdy w Budapeszcie wzrósł o ponad 92 proc., giełdy w Bukareszcie – o ponad 44 proc., giełdy rosyjskiej – o ponad 81%,proc., a giełdy słoweńskiej – o ponad 41 proc.

Można postawić pytanie, dlaczego, mimo relatywnie szybkiego wzrostu PKB i korzystnych uwarunkowań zewnętrznych, indeks warszawskiej giełdy nie wykazywał odpowiedniego wzrostu. Odpowiedź na to pytanie jest prosta: warszawska giełda jest zdominowana przez spółki skarbu państwa, które gwałtownie tracą na wartości.

Mimo wzrostu, od przejęcia władzy przez PiS w 2015 roku udziału państwa we własności akcji spółek wchodzących w skład indeksu WIG20 (Pekao, Alior, spółki energetyczne) ich udział w kapitalizacji giełdy zmniejszył się z 69 proc. do 58 proc. Wartość spółek kontrolowanych przez państwo spadła w analizowanym okresie o 18,5 proc. (o 38,3 mld zł), podczas gdy wartość spółek prywatnych wzrosła o 26,8 proc. (o 40,3 mld zł). Jeden z najważniejszych dogmatów PiS-owskiej myśli ekonomicznej nie sprawdza się w praktyce.

Premier Morawiecki w trakcie dyskusji nad dymisją wicepremiera Sasina dowodził ile to dobrodziejstw wynika z przejęcia przez państwo kontroli nad ważnymi przedsiębiorstwami. To proste zestawienie przeczy jego słowom. Państwo nie spełnia dobrze funkcji kontroli właścicielskiej nad przedsiębiorstwami.

Wydawałoby się, że w Polsce, która doświadczyła „dobrodziejstw” państwowej własności przedsiębiorstw, nie trzeba tego tłumaczyć. Tymczasem rządzący, którzy z taką determinacją walczą z postkomunizmem, z nie mniejszym zaangażowaniem przystąpili do odtworzenia jednego z najważniejszych elementów gospodarki komunistycznej – państwowej własności środków produkcji. Plany stworzenia państwowego holdingu spożywczego zwiastują nową „bitwę o handel”. Tego inaczej nie można nazwać niż dążeniem do zbudowania neokomunizmu czy etatystycznego socjalizmu.

Przyczyny nieefektywności państwowej, a w istocie partyjnej kontroli nad przedsiębiorstwami są proste – kryteria oceny działań podejmowanych przez zarządy uzależnione od aparatu partyjnego mają polityczny a nie ekonomiczny charakter. Jak działa ten mechanizm, możemy prześledzić na przykładzie największych „osiągnięć” renacjonalizacyjnych – banków i energetyki.

Państwo PiS zawsze chciało przejąć kontrolę nad tymi dwoma strategicznymi sektorami. Już w pierwszych dniach po przejęciu władzy, zamiast skoncentrować się na rozwoju sektora energetycznego, spółki energetyczne obarczono zadaniami finansowania, w znacznej mierze politycznych celów, takich jak: ratowanie górnictwa czy finansowanie produkcji samochodów elektrycznych. Ponadto, jednemu z PiS-owskich kacyków wpadł do głowy pomysł zbudowania sobie pomnika w postaci nowego węglowego bloku energetycznego. Kilka dni temu środki masowego przekazu donosiły, że Enea i Energa, spółki zaangażowane w budowę tego bloku, zaliczyły w straty ponad 1 mld zł wydanych dotychczas na budowę bloku, która od początku nie miała sensu ekonomicznego.

Jeżeli dołożymy do tego brak jasnej koncepcji polityki cenowej w odniesieniu do energii elektrycznej, to nie może dziwić nas, że od przejęcia władzy przez PiS cztery firmy energetyczne (Enea, Energa, Tauron, PGE) straciły na wartości, do 20 lutego 2020 roku, 25,2 mld zł. Dopełnieniem i częściowym objaśnieniem tego obrazu jest polityka kadrowa – jedna z firm energetycznych (Energa) ma bodajże już ósmego prezesa od 2015 roku.

Sytuacja w sektorze bankowym jest podobna. Znacjonalizowane banki (Pekao i Alior) straciły od 23 października 2015 roku do 20 lutego 2020 roku 21 mld zł wartości rynkowej (Alior 7,3 mld zł, Pekao 13,7 mld zł). Warto także podkreślić, że po głębokim załamaniu w trzeciej dekadzie lutego oraz pierwszej dekadzie marca, giełda warszawska odrobiła do dziś 32 proc. start poniesionych w tym okresie (do 12 marca). W tym samym czasie kurs akcji Pekao spadł o dalsze 14 proc., a kurs Aliora odrobił jedynie 7 proc. strat. Dzisiejsze kursy tych banków są katastrofalnie niskie: w porównaniu do stanu z 23 października 2015 roku kurs Aliora spadł o 84 proc. a Pekao – o 61 proc. To są rzeczywiste miary „sukcesu” PiS-owskiej polityki gospodarczej.

Można zastanowić się, jaka siła ciągnie notowania znacjonalizowanych banków w dół. Aby odpowiedzieć na to pytanie należy zwrócić uwagę na przyczyny, które legły u podstaw nacjonalizacji. Obok poszerzania partyjnych wpływów w ważnych przedsiębiorstwach, które umożliwiają obsadzanie kluczowych, wysoko płatnych stanowisk partyjnymi nominatami, w przypadku sektora bankowego mamy jeszcze jedną ważną przyczynę. Otóż sprawowanie kontroli nad bankami umożliwia skierowanie zasobów pieniądza zgromadzonych w bankach na finansowanie sztandarowych inwestycji etatystycznego państwa PiS, które nie mogłyby być sfinansowane na warunkach rynkowych.

Do najważniejszych projektów tego typu można zaliczyć: zakończony całkowitym fiaskiem program budowy polskich promów pasażerskich, niejasny stan zaawansowania prac na produkcją samochodu elektrycznego, przekop Mierzei Wiślanej, budowa bloku węglowego w elektrowni Ostrołęka, budowa CPK, finansowanie nacjonalizacji upadających przedsiębiorstw (np. PESA), itp.

Prawdopodobnie jesteśmy u progu kolejnej fazy budowy neokomunizmu – przejmowania przez państwo prywatnych firm ze środków zgromadzonych w PFR w ramach tzw. tarczy finansowej, które w przyszłości będą wymagały dalszego wsparcia finansowego, także bankowego. Sceptycyzm, z jakim inwestorzy giełdowi podchodzą do perspektyw znacjonalizowanych banków, znajdujący odzwierciedlenie w poziomie ich notowań giełdowych, nie może dziwić.

Wskazane wyżej uwarunkowania pokazują, że przyczyny narastającego załamania gospodarczego są związane nie tylko z epidemią koronawirusa. Mają one z jednej strony charakter koniunkturalny, o którym wspomniałem na początku, jak i głębszy – systemowy.

Przyczyny o charakterze systemowym mają decydujące znaczenie, gdyż będą wyznaczały warunki i możliwości rozwoju polskiej gospodarki w okresie po ustąpieniu epidemii koronawirusowa. Dziś epidemia daje bardzo dobre wytłumaczenie przyczyn narastającego kryzysu, co jednak ważniejsze – jest wykorzystywana do poszerzania zakresu własności państwowej w gospodarce, co, jak starałem się wykazać wyżej, zagraża długookresowemu, stabilnemu wzrostowi polskiej gospodarki. Epidemia koronawirusa kiedyś ustąpi, skutki niekorzystnych zmian w gospodarce będą trwać.

Prof. dr hab. Jan Czekaj pracuje na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie, w przeszłości był członkiem Rady Polityki Pieniężnej.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA